Leszek Wójtowicz - strona główna
StartWydarzeniaBiografiaMP3GaleriaTeksty piosenekMediaBlogKsięga gościLinkiKontakt
 Media - artykuły, wywiady, recenzje
14.02.2006
Gdy cichnie śmiech - Dziennik Polski 22.06.01


Gdy cichnie śmiech
Z LESZKIEM WÓJTOWICZEM rozmawia Wacław Krupiński

- Ile czasu spędziłeś w krakowskim więzieniu na Montelupich?

- 2 godziny 15 minut. Tyle trwał koncert Piwnicy pod Baranami dla więźniów. Pamiętam, jak Piotr po koncercie mówił: "Czekamy na was w Piwnicy", po czym wstał postawny bandzior i rzekł: "To trzymajcie się młodo, bo jeszcze mam 15 lat do odsiadki".

- A Twój kolega ze studiów napisał w "Gazecie w Krakowie", że tam pracowałeś?

- Coś mu się, jak mówiła Janina Garycka, pomytlało. Nigdy nie pracowałem na Montelupich...

- A skąd pomysł, by studiować prawo, bo ktoś urodzony w Poznaniu, jak Ty, powinien mieć porządny zawód?

- Podpowiedziała mi to intuicja. Jako uczeń I Liceum im. Jana Długosza w Nowym Sączu nie znałem jeszcze powiedzenia z czasów Boya, że wypada skończyć prawo, a potem się zastanowić, co dalej? I wyszło, na to, że to bardzo dobry pomysł, także dlatego, że te studia uczą niezwykłej wręcz dyscypliny w pisaniu, pokory wobec słowa... Zresztą nazwiska paru pisarzy to potwierdzają.

- I korciło Cię to prawo dalej, skoro w 1980 roku, w czerwcu, dałeś w Piwnicy pożegnalny występ, po którym zamierzałeś oddać się karierze prawnika...

- Tak było, śpiewałem wówczas w grupie Pracownia wiersze Bursy, Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Jesienina, ale traktowałem to jako piękną, ale przejściową, przygodę. Tak więc, kiedy mój wielki przyjaciel, który wprowadził mnie do Piwnicy, prof. Franciszek Studnicki, wskazał możliwość rozpoczęcia aplikacji radcowskiej, uznałem, że czas zająć się czymś poważnym.

- Miesiąc później pojechałeś jednak, z grupą artystów, na olimpiadę do Moskwy, z której wróciłeś...

- ...z napisaną piosenką "Olimpiada 80", po czym już w grudniu dałem w Piwnicy premierowy recital "Niepewna pora", złożony wyłącznie z autorskich piosenek. I tak zaistniałem już naprawdę w kabarecie. Było mi o tyle łatwiej, że nikt przede mną nie śpiewał ostrych tekstów o naszej rzeczywistości. A jak mądrze zauważył kiedyś Piotr, jeśli chce się być w Piwnicy, należy zrobić wszystko, by nie powielać Demarczyk, Koniecznego, Dymnego, ... Naturalnie pomogła mi także swoboda, którą przyniosła ze sobą niezapomniana pierwsza Solidarność.

- Wizyta w stolicy sowieckiego imperium stworzyła barda Wójtowicza...

- Tak. Szok przeżyty w Moskwie sprawił, że zacząłem pisać. A zobaczyłem rzeczy niezwykłe, np. kolumny ciężarówek z wojskiem, pędzące w stronę stadionu na Łużnikach... Pamiętam też występy w tzw. klubie polskim; o ustalonej godzinie radziecki milicjant otwierał klub, wchodzili Polacy, odbywał się występ, po czym pod nadzorem tegoż milicjanta wszyscy salę opuszczali.

- Gwoli prawdy, dodam, bom świadkiem Twego występu na Studenckim Festiwalu Piosenki, że pisałeś i wcześniej...

- Nie mówmy o pierwocinach, nawet ich nie pamiętam.

- Pamiętasz za to na pewno pierwszy występ w Piwnicy?

- To był 1975 rok, studiowałem, a Piotr zapowiedział mnie: "Młody poeta, posłuchajcie młodego poety...". Nie miałem odwagi prostować, że to nie moje wiersze. Gdy parę tygodni później Piotr zapowiedział mnie z imienia i nazwiska, czułem się jakbym Pana Boga za nogi złapał...

- Po śmierci Piotra Skrzyneckiego byłeś jednym z tych artystów Piwnicy, którzy chcieli, by ona trwała...

- To Janina Garycka na wieść o tym, że ma nie być kabaretu powiedziała mi dokładnie tak: "Ja Ci każę, żebyś Ty mi pomógł uratować kabaret. Co najwyżej stracisz paru "przyjaciół"". Przekonywać mnie nie musiała, to była jedna z takich chwil, kiedy człowiek wie, że powinien zachować się tak, jak mu dyktuje sumienie. A moje sumienie nie miało wątpliwości. Na szczęście, większość artystów pragnęła, by Piwnica trwała.

- Po ponad czterech latach uważasz, że to było słuszne stanowisko?

- Powiem, więcej, jestem wręcz szczęśliwy, że kabaret działa, że wciąż tłumnie przychodzi publiczność. Dzięki temu, w metafizyczny sposób, Piotr i Janina Garycka są z nami, i Wiesiek Dymny, i Krzyś Litwin. Wciąż jestem przekonany, że najpiękniejszym pomnikiem dla artysty jest jego trwające w ciągłym rozpędzie dzieło. Tak napisałem po śmierci Piotra w "Dzienniku Polskim"...

- ...na którego łamach prowadziłeś wspólnie z Piotrem "Dziennik Piwnicy pod Baranami"...

- ...a potem jeszcze sam. Szkoda, że zniknął.

- A jednak wciąż są głosy, że bez Piotra Piwnica już nie ta, że podtrzymują ją artyści, którzy bez niej nie mogliby egzystować...

- Każde posiadające wartość przedsięwzięcie artystyczne musi z założenia mieć wrogów - im mocniej owi przeciwnicy się odzywają, tym bardziej potwierdza to zasadność istnienia takiego tworu. Najważniejsze, że niezwykła formuła, jaką stworzył Piotr, sprawdza się, żyje... Co nie zmienia faktu, że Piotr był osobą niezastąpioną.

- Bardzo lubisz opowiadać złośliwe anegdoty o piwniczanach, może byś wydał taką książkę...

- Fakt, że skończyłem prawo, wcale nie oznacza, że mam ochotę przez dwa lata nie wychodzić z sądu... A mówiąc całkiem serio, te anegdoty znacznie lepiej brzmią w gronie przyjaciół, przy zacnym trunku...

- Poznaniak, dorastający w Nowym Sączu stał się zagorzałym miłośnikiem Krakowa...

- Bo to takie miasto, że jeśli ktoś ma choćby śladową wrażliwość, to zakochać się w nim musi. Skrzynecki, warszawiak z urodzenia, zawsze mawiał, że Piwnica nie mogłaby powstać i egzystować w innym mieście niż Kraków. Może to kwestia świętego kamienia, którego podobno nie ma... Ja wierzę, że jest.

- Kim dla Ciebie był Piotr Skrzynecki, ów "największy blagier świata" - jak śpiewasz. Narodziłby się bard Wójtowicz, gdyby nie Skrzynecki?

- Pewnie tak, ale byłoby mu znacznie trudniej. Pamiętam, jak opracowywaliśmy mój recital. Przez dwa tygodnie codziennie analizowaliśmy wszystko - także jak usiąść na scenie, jakim gestem poprawić okulary, kiedy się uśmiechnąć. Piotr inspirował niezwykle, on nie wskazywał, że ma być tak bądź inaczej, ale poprzez negację pewnych pomysłów kazał się zastanowić, jak ma być... Kiedyś w jednej piosence, o bardzo wyraźnych rymach, kazał mi jeden z nich złamać... Długo się kłóciliśmy, znacznie później zrozumiałem, że on miał rację...

- Opowiedz o Twoich mistrzach...

- To naturalnie Piotr, który mnie nauczył, jak być na scenie, Zygmunt Konieczny, który nie tyle uczył mnie komponowania, bo ja muzykę sobie układam, co zrozumienia, że jeżeli się pisze bardzo gęsty tekst, to trzeba muzykę traktować z pokorą, by nutami tekstu nie zagadać, i profesor - jak o nim mówię - Wojtek Młynarski, z którym odbywałem długie rozmowy na temat pisania tekstów, puent, że nie zawsze trzeba wszystko mówić wprost... A do tego dochodzą moje fascynacje: Brassens, Brel, Moustaki, Okudżawa, Wysocki...

- Powiedz, czy fakt, że wiele Twoich tekstów jest wciąż aktualnych cieszy Cię czy martwi?

- Niezwykle gorzka to satysfakcja. Słowo bard odwołuje się przecież do poetów średniowiecza podejrzewanych o zdolności profetyczne, o zdolność przewidywania przyszłości. "Moją litanię", najbardziej znaną i chyba najważniejszą piosenkę, jaką napisałem - za którą 20 lat temu dostałem jedną z głównych nagród na festiwalu w Opolu, a wtedy znaczyło to ogromnie wiele - już nie raz chciałem przestać śpiewać. Lecz ona wciąż, choć powstała w zupełnie innej sytuacji politycznej, nabiera jakiejś upiornej świeżości.

- Ale w czerwcu 1980 roku intuicja Cię zawiodła i to całkowicie...

- Tak, po wspomnianym już pożegnalnym występie moja szanowna małżonka sugerowała, że powinienem zacząć pisać sam. "Ale o czym? Przecież nie o miłości, skoro o niej pisał Apollinaire?" - "Przecież jest polityka, która nas osacza..." - odrzekła Halina. Na co odpowiedziałem: "Jaka polityka, w tym kraju nic się nie zmieni...". Dwa miesiące później porozumienia sierpniowe były podpisane. Pocieszam się, że nie ja jeden się myliłem.

- Polityka tak obecna w Twoich piosenkach nigdy Cię nie kusiła?

- Jeśli przyjąć to, co o polityce powiedział papież Jan Paweł II - że polityka to powinna być roztropna troska o dobro wspólne - to ja się nią nawet zajmuję. Ale zostać politykiem? Mam zbyt wiele pokory w sobie, a ponadto nie widzę ugrupowania politycznego, w którym mógłbym się jako polityk zrealizować. A jeszcze jest i ten drobiazg, że polityka wymaga działania grupowego, a ja jestem indywidualistą...

- Śpiewasz o tym w jednej z najnowszych piosenek...

- Chwile, kiedy siedzę nad kartką papieru, to niewyobrażalnie piękna samotność. A potem ją przenoszę na scenę.

- Gdzieś wyczytałem, że widziano w Tobie ministra...

- Krążyły w pewnych kręgach towarzyskich, w Warszawie zresztą, pomysły, bym został ministrem kultury w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego... Na szczęście propozycji nie otrzymałem.

- Rozmawiamy z okazji wydania, nakładem Wydawnictwa Naukowego Akademii Pedagogicznej w Krakowie, Twojego tomu "Moja litania", zawierającego 106, ułożonych chronologicznie, tekstów piosenek... To, jeśli nie liczyć tomiku, jaki wydali Ci studenci przed 11 laty, Twój debiut... Czemu tak późno?

- Gdybyś mnie zapytał o prognozy ekonomiczne dla Europy Środkowej albo trendy rynkowe dotyczące Polski, to prawdopodobnie w wielu momentach wywodu na ten temat bym się nie mylił. Natomiast jednej rzeczy nie umiem - dbać o własne interesy. Gdyby nie wielka przyjaciółka artystów, także piwnicznych, pani Maria Broda, tej książki by nie było. Pani Marii zawdzięczam także, że jesienią ukaże się mój tom w serii "Biblioteka bardów" Wydawnictwa Twój Styl.

- To może wreszcie i płyta? Masz na swoim koncie jedynie dwie wydane nielegalnie, jeszcze w latach 80., kasety...

- Moja żona twierdzi, że płyta się ukaże... Kiedy? Nie wiem. Gdy wydawałem poza cenzurą, wyglądało to tak, że zjawił się u mnie w mieszkaniu przedstawiciel firmy NOWA, a w przypadku kasety wydanej przez CDN umówiono mnie w studio Akademii Muzycznej w Warszawie i w ciągu kilku godzin powstała kaseta.

- Chcesz powiedzieć, że teraz się nikt nie zjawia...

- Przyszedł przedstawiciel jednego z wielkich koncernów fonograficznych z propozycją nagrania płyty - ja z moją gitarą plus perkusja, bas, instrumenty klawiszowe, saksofon itp. Rozmawialiśmy krótko.

- Ale przecież miały wydać Twoją płytę Polskie Nagrania?

- Piosenki nagrałem w 1989 czy 1990 roku. I pewnie ta taśma tam gdzieś leży, tylko że firma popadła w kłopoty finansowe.

- Jak nie cenzura, to ekonomia. A niegdyś, przypomnijmy, jedna z Twoich piosenek nie mogła zaistnieć nawet na festiwalu Zakazane Piosenki w 1981 roku w gdańskiej hali Olivii...

- "Pielgrzymka" - kolejna reminiscencja pobytu w Moskwie, w mauzoleum Lenina... Cenzura, która na tym festiwalu pozwoliła na wiele, w tym przypadku powiedziała nie, argumentując, że to tak, jakby w kabaretach moskiewskich nabijano się z Matki Boskiej Częstochowskiej. Ubawiło mnie to, ponieważ śpiewałem tę piosenkę w Piwnicy... Cóż, w kwestiach ówczesnego ZSRR wszyscy byli ostrożni. W `87 roku Piwnica występowała w warszawskim klubie Riviera-Remont. Nie uprzedziwszy Piotra, co zaśpiewam, przedstawiłem "List z Paryża", apokaliptyczną wizję ofensywy radzieckiej na Europę zachodnią oraz "Żar i płomień", takie spojrzenie na Polskę przez osobę Włodzimierza Wysockiego. Piosenki świetnie przyjęto, schodzę za kulisy, a Piotr z ogromną, i słuszną pretensją, mówi: "Nie możesz grać dwóch antyradzieckich piosenek naraz, no jedną, jedną...".

- Podobne opowieści moglibyśmy snuć długo...

- Na przykład, jak w stanie wojennym z gliwickiego Kinoteatru X dostałem telegram: "Przepraszamy, koncerty nieaktualne z powodu braku cenzury". I na tym pieczątka: "OCENZUROWANO".

- Wyjaśnijmy, brak cenzury czyli zgody lokalnego urzędu na występ...

- A z pozwoleniami bywało różnie. Zaśpiewałem w Gdańsku piosenkę "O świetlistych oczach mojej żony", a w niej słowa: "a tu zobacz do jasnej cholery jak pocięli ostatni mój tekst", a pani cenzor z pretensjami: "Jak pan może, przecież cenzura nie przeszkadza artystom, wręcz przeciwnie".

- Nie ma tych słów w piosence...

- Zmieniłem na: "A tu zobacz, co dzieje się z nami, nie te czasy i zapał nie ten...". Tak jest lepiej.

- A propos zapału; czemu tak mało piszesz dla innych - Twoje piosenki śpiewają w Piwnicy Ewa Wnukowa, Beata Rybotycka, Dorota Ślęzak, Jacek Wójcicki - nawet dostał za jedną z nich, z muzyką Grzegorza Turnaua, nagrodę w Opolu...

- Bo ja w ogóle nie piszę wiele, te 106 tekstów to niemal wszystkie.

- A co z piosenką "Trochę jesteśmy a trochę nas nie ma", do których muzykę stworzył Konrad Mastyło - usłyszałem ją w Piwnicy tylko raz. Znasz powód?

- Trudne pytanie. Może jest trochę za gorzka, za prawdziwa... Kondzio ma plan, by ją wydać na singlu, zatem pewnie do niej wrócimy.

- Bardowie to obecnie zjawisko zanikające - czemu?

- Kiedyś po recitalu przychodzili do mnie słuchacze i mówili, pan opowiedział w sposób poetycki to, o czym myślimy, marzymy, czego się boimy... Teraz coraz częściej słyszę zdziwienie, że to niesamowite, że jeszcze ktoś proponuje piosenkę, która ma gęsty, precyzyjnie napisany, tekst, mówiący "o sprawach, które wszyscy znamy"... Niemniej wierzę, że obecna sytuacja, paradoksalnie, pomoże ambitnej piosence. Rynek tak bardzo zachłysnął się komercją, że może dojdzie do przesytu owym Nic i ludzie znów zaczną się domagać czegoś bardziej wartościowego.

- Jaki masz pomysł na dalsze życie?

- Nic się nie zmieni. Będę pisał kolejne piosenki opisując i kraj, i świat, i miasto, i kabaret...

- Po 20 latach nie masz dość - ileż razy można konstatować te same wady rodaków, ileż razy można pytać: "Jaki jeszcze numer mi wytniesz"?

- Nie, nie mam dość, a dla higieny psychicznej, swojej i słuchaczy, piszę i piosenki takie, jak "Wieża paradoksów", "Malownicza wyliczanka" czy ostatnia - "Magiczna tafla szkła" - żartobliwe i złośliwe, wzbudzające w publiczności autentyczne rozbawienie, choć, jak ucichnie śmiech, zostaje - mam nadzieję - i refleksja, że wesoło nie jest.

- "Gdy uważnie spoglądam dookoła / Na ten bajzel głupotę i fałsz / To zdumiony tak pragnę zawołać / Kraju mój - jakim cudem wciąż trwasz" - te słowa sprzed 13 laty nie straciły na aktualności...

- I nie stracą. Taka jest kondycja ludzka. Pamiętam, jak po `89 roku zadawano mi pytania, to o czym teraz będzie pan pisał? O tym samym. Bo nie wierzę, że oto nastąpią rządy aniołów, że pozbędziemy się głupoty, pychy i będzie tak pięknie, że nic, tylko śpiewać o miłości i to wyłącznie szczęśliwej, bo nawet nieszczęśliwie zakochanych nie będzie.

- Czyli nie masz złudzeń, że się gitarą i piórem da naprawić świat?

- Nie. Ale trzeba próbować... Wierzę, że pewna ilość osób, które tych piosenek wysłuchają, będzie ostrożniejsza słuchając polityków, czytając gazety, czy oglądając telewizję. Zawsze starałem się nie tylko opisać świat, w jakim przychodzi nam żyć, ale i pokazać, co ten świat z nami czyni, jak się w nim zachowujemy.

- A zatem nadal będziesz opisywał "ten kraj" odmieniając go przez wszystkie przypadki...

- W jednej z najnowszych piosenek zawarłem słowa: "ja uwierzcie najzwyczajniej kocham ten przedziwny kraj jak kobietę bardzo piękną, choć szaloną...". Uważam, że Polska to jest kraj niezwykły, nieprzewidywalny - głupi i genialny zarazem. Nie rozumiem tego i nawet nie jestem w stanie opisać. Zatem śpiewam: "Ja nie liczę twych wad ale pytam od lat jaki jesteś naprawdę mój kraju?" I pewnie do końca życia sam odpowiedzi nie udzielę. A mój kraj, "ten kraj" - w mojej intencji ta zbitka słów wcale nie ma pejoratywnego wydźwięku - pewnie jeszcze niejeden numer mi wytnie.

WACŁAW KRUPIŃSKI

Autor: Wacław Krupiński
Źródło: Dziennik Polski

Copyright © 2018 Leszek Wójtowicz. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie strony Website