Leszek Wójtowicz - strona główna
StartWydarzeniaBiografiaMP3GaleriaTeksty piosenekMediaBlogKsięga gościLinkiKontakt
 Blog
27.04.2010

Dzisiaj moje urodziny. Przed blokiem, w którym mieszkamy z Haliną znowu przepięknie zakwitła magnolia. Znowu radość połączona ze smutkiem. Radość bo życzeń serdecznych otrzymałem tak wiele. Smutek bo trzynaście lat temu zmarł jak wiadomo Piotr Skrzynecki. Niepowtarzalny i niezastąpiony. Na Jego grobie wśród kwiatów zapłonęły lampki od Artystów i Przyjaciół. Słońce dotyka delikatnie płatków magnolii. Bezcenne wspomnienia lśnią w zakamarkach pamięci. Oddalam dziś od siebie zgiełk świata. Jestem spokojny.



26.04.2010

W grudniu 2008 roku napisałem, że nie przykładam się do kontynuowania bloga, ponieważ: „nuży mnie przewidywalność, oraz powtarzalność  zdarzeń w świecie polityki”. Od czasu, kiedy 10 maja 2009 r. pożegnałem się tutaj z moim przyjacielem prof. Zbyszkiem Łagockim umieściłem zaledwie dwa komentarze. Pisząc, o przewidywalności oraz powtarzalności miałem rzecz jasna ma myśli ludzkie zachowania. Nie próbowałem natomiast i co oczywiste nie mogłem przewidzieć tego, co stało się 10 kwietnia. Zginęło 96 osób i każda z tych śmierci jest tak samo bolesna.
Los pokazał nam swoją wykrzywioną złym grymasem twarz pozostawiając uczucie bezsilności. Bezsilności wynikającej z braku możliwości zrozumienia tego, co się stało tak niedawno i przed siedemdziesięciu laty. Nie można zrozumieć sensu katastrofy, podobnie jak nie można zrozumieć bestialstwa zbrodni, której dopuścili się na polskich jeńcach sowieci. Tak było jest i będzie. Śmierć pomimo, iż jest jedną z niewielu pewnych na tym świecie spraw wywołuje odruch niezgody na rzeczywistość, zaś każda kaźń narusza dotkliwie przekonanie o dobru natury ludzkiej. Chmura wulkanicznego popiołu, która zawisła nad Europą spotęgowała wrażenie apokalipsy.
Gdyby uznać, że człowiecze plany wywołują ironiczny grymas Stwórcy, to doprawdy lepiej byłoby, aby nie istniał. Pozostaje więc rozpaczliwa nadzieja, że poza czasem, poza życiem i poza dotykalnym światem  jest Bóg, który z nas nie szydzi, ale darzy miłością, która jest sensem jedynym.
Od tragedii upłynęło już ponad dwa tygodnie. We wszelkich możliwych mediach napisano, bądź też wypowiedziano niewyobrażalne ilości słów. Były to słowa mądre i piękne, słowa nieprzemyślane i głupie, a także słowa haniebne.
Dobre słowa wypowiadały dziesiątki milionów ludzi współczujących najszczerzej Polakom. Wzruszyli mnie zwłaszcza Rosjanie. Nigdy nie miałem wątpliwości, że pomimo często bardzo trudnych relacji politycznych między naszymi państwami jest wspólne myślenie naszych dwóch narodów.
Katastrofa pod Smoleńskiem, jakże blisko Katynia zwróciła uwagę świata na mroczne karty radzieckiej historii. Zbrodnia katyńska przestała być sprawą wyłącznie polską. Jeżeli zdarza się, że straszne wydarzenie przynosi ze sobą jakieś dobre owoce to mamy do czynienia z taką właśnie sytuacją.
Słowa nieprzemyślane i głupie to przede wszystkim mnożące się absurdalne teorie spiskowe na temat przyczyn dramatu. Ich komentowanie to z jednej strony strata czasu, a z drugiej z pewnością nie należy ich przemilczać.
Wreszcie słowa haniebne. Dzielenie Polaków na tych, którzy mają prawo wyrażać swój żal z powodu śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego i pani Marii Kaczyńskiej to ogromne nadużycie. Każdy ma prawo wyrażać się krytycznie o aktualnie rządzących i ma też prawo do smutku z powodu ich tragicznej śmierci.
Osobny akapit poświęcę sprawie pochówku Pary Prezydenckiej na Wawelu. Godna królów ceremonia pogrzebowa nie przysłoniła faktu, iż decyzja jego eminencji kardynała Stanisława Dziwisza wywołała podziały i kontrowersje. Czymże są one jednak w obliczu samej śmierci? Wobec niej wszyscy jesteśmy równi.



19.01.2010

Mam takie wrażenie, że choćby się cała Platforma Obywatelska spotykała na wszelkich możliwych cmentarzach z najrozmaitszymi podejrzanymi typami i tak nie zmieni to wyników sondaży. Potwierdza się całą ostrością diagnoza, którą sformułowałem parę lat temu. Każdy kolejny błąd obecnej ekipy rządzącej jest natychmiast przykrywany bzdurnymi wypowiedziami polityków PiS z wielce szanownym prezesem Jarosławem Kaczyńskim na czele.
Aby odwołać prezydenta Łodzi – Jerzego Kropiwnickiego potrzeba było zgodnie z obowiązującym w RP prawem frekwencji w referendum wynoszącej 19% i większości głosów przeciw. Prezydent Kropiwnicki referendum przegrał. Frekwencja wyniosła mniej więcej 22% zaś za odwołaniem wypowiedziała się miażdżąca ilość głosujących, czyli około 95%.
Na tym można by całą historię zakończyć, ale tak dobrze póki co nie ma i nie będzie. Oto sympatyzujący z byłym już prezydentem Łodzi prezes Jarosław Kaczyński zechciał rzucić w medialną przestrzeń taką oto myśl szczerozłotą:  „Tych, którzy nie poszli, było dużo więcej. W tym sensie prezydent Kropiwnicki wygrał, a mimo wszystko został odwołany. Jest w tym mechanizmie coś chorego”.
No i proszę! Szef największej w Sejmie partii opozycyjnej obudził się malowniczo, aby obwieścić, że w Polsce obowiązuje chore prawo. Jestem dziwnie spokojny, że gdyby analogiczne referendum przegrał prezydent miasta wywodzący się z Platformy Obywatelskiej, wtedy pan prezes chwaliłby to samo prawo pod niebiosa.
Kontynuując wątek prezesa Kaczyńskiego stwierdzam, że jego pupilek, eurodeputowany Jacek Kurski dzielnie wciela w życie swoją niezapomnianą dewizę polityczną, czyli „ciemny lud to kupi”. Pobekujący czasami przy wtórze fatalnego akompaniamentu własnego na gitarze patriotyczne pieśni europejski poseł najwyraźniej dosłownie wierzy w swoją obelżywą dla Polaków wizję. Nie tak dawno wypalił w jednym z wywiadów co następuje: „Kto chce podnieść rękę na Jarosława Kaczyńskiego, musi wiedzieć, że Jacek Kurski mu tę rękę obetnie". Do głowy panu europosłowi nie przyszło, że ktokolwiek śmiałby znać niesławną wypowiedź Józefa Cyrankiewicza z 1956 roku wygłoszoną w czasie wydarzeń poznańskiego Czerwca. W końcu skoro lud ciemny jest, to o historii własnego kraju na pewno pojęcia nie ma. Wiem, że czytający te słowa z pewnością ową wypowiedź znają, ale dla porządku ją przytoczę:  „Każdy prowokator lub szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie”. Ręce opadają!



15.01.2010

Nowy rok zdążył się już nieźle rozpędzić, a ja przewrotnie kartkuję kalendarz jego poprzednika. Był dla mnie bardzo ciekawy. Wiele zdarzyło się w mojej pracy artystycznej. Zanim jednak o tym opowiem przypomnę, iż właśnie w ubiegłym roku odeszło dwoje moich, jakże serdecznych wielkich przyjaciół:  prof. Maria Orwid i prof. Zbyszek Łagocki. Wielka to dla mnie i Haliny strata, a jednocześnie wielka wdzięczność kierowana ku Panu Wszechrzeczy, że znaliśmy Ich przez tyle dobrych lat.
Zacznę od tego, że parę razy brałem udział w jury „Śpiewać każdy może” w Klubie Rotunda. Impreza ta przez wiele lat znakomicie prowadzona przez Zbyszka Książka zakończyła już niestety swoje istnienie. Szkoda.
Śpiewałem w programach Piwnicy zarówno w sobotnie, krakowskie noce, jak i w koncertach wyjazdowych. Odwiedziliśmy wiele miast w Polsce.
Grałem recitale, a było ich naprawdę niemało i cieszyły się zawsze gorącym przyjęciem. Szczególnie pracowity był przełom maja i czerwca.
5 czerwca miałem zaszczyt zaśpiewać w koncercie rocznicowym z okazji 20-lecia wyborów z 1989 roku. Pod Pomnikiem Powstańców Śląskich w Katowicach wystąpili w kolejności: Wojciech Waleczek – pianista, Joanna Szczepkowska, Jerzy Radziwiłowicz, piszący te słowa, grupa „Pro Forma”, oraz we własnej osobie sir Bob Geldof z zespołem. To był niezapomniany koncert. Tomkowi Belerowi, który do tego projektu mnie zaprosił serdecznie dziękuję!
Wcześniej z tej samej okazji zagrałem recitale w Warce i Bełchatowie, zaś nieco później w Warszawie na zaproszenie Stowarzyszenia Wolnego Słowa.
Nie mogło w minionym roku zabraknąć mojej obecności w Raciborzu. Najpierw majowy Festiwal Wiersza i Piosenki Ekologicznej, gdzie uczestniczyłem w pracach jury, a następnie we wrześniu kolejny Jubileusz Zespołu "Miraż". Współprowadziłem ten koncert i śpiewałem. Elżbiecie i Andrzejowi Biskupom ślę uśmiechy!
12 września Piwnica znowu zagrała piękny „Koncert dla Piotra S.” w rocznicę Jego urodzin. Tym razem w Operze Krakowskiej. Zaśpiewałem „Rocznicę” przyjętą przez łaskawą Publiczność wręcz entuzjastycznie.
Oczarowany drzwiami, które stworzył Igor Mitoraj dla kościoła jezuitów w Warszawie napisałem we wrześniu piosenkę pod tytułem „Modlitwa u drzwi”. Z pewnością wiele razy powrócę do tego utworu na estradzie. Korzystając z uprzejmości mojego przyjaciela, dr Kamila Pietrasika, pozwoliłem sobie przekazać opatrzone stosowną dedykacją nagranie Mistrzowi.
16 października śpiewałem w Stalowej Woli, w trakcie szalonego benefisu, którym uczczony został Konrad Mastyło największy z piwnicznych pianistów.
Pod koniec października zaśpiewałem recital w Dusseldorfie, z okazji upadku muru berlińskiego. Na sali prestiżowej Villa Horion zasiedli w większości Niemcy, ale dzięki tłumaczeniu, którego na żywo dokonywał Andrzej Koliński z Instytutu Polskiego występ udał się niezwykle. Szczególnie ciepło wspominać będę ciekawe rozmowy z Wolfgangiem Templinem, opozycjonistą z dawnego NRD.
W dniach 13, 14 listopada zasiadłem w jury I Przeglądu Poezji Śpiewanej im. Piotra Skrzyneckiego w Mińsku Mazowieckim, oraz zagrałem recital, który przyniósł mi wiele wzruszeń biorąc pod uwagę fakt, że przed laty Piotr Skrzynecki i Jego brat Józef zostali przed laty uhonorowani tytułami Honorowych Obywateli Mińska Mazowieckiego. Małgosi Sulawskiej dziękuję serdecznie!
Wreszcie 20 listopada zagrałem wspólny koncert z Antoniną Krzysztoń i Jackiem Kleyffem w Sali Ratuszowej Pałacu Kultury w czasie trwającego wtedy Kongresu Dysydentów.
Rok zakończyłem udziałem w koncertach piwnicznych kolęd, które odbyły się w Warszawie i Poznaniu, a potem był Sylwester tradycyjnie spędzony z Haliną w krakowskim Magistracie. Zaśpiewałem krótki, pięknie oklaskiwany recital i współprowadziłem z dr Kazimierzem Barczykiem aukcję na rzecz dzieci z polskich rodzin ze Wschodu. W Nowy Rok wkroczyłem radosny. 
 



10.05.2009

Wczoraj w nocy zmarł prof. Zbigniew Łagocki.

Zbyszku kochany! Profesorze!
Byłeś arcymistrzem fotografii, cenionym pedagogiem, artystą związanym z Piwnicą pod Baranami od najdawniejszych czasów. Niezwykłym człowiekiem, którego prawość zawsze mnie onieśmielała, budząc jednocześnie niekłamany podziw. Przyjaźń, którą darzyłeś moją żonę i mnie to jeden z piękniejszych darów losu, jaki w życiu otrzymaliśmy.
Z niebywałą wręcz trafnością ukazywałeś w swoich fotografiach, że pomiędzy oślepiającym błyskiem bieli, a tajemniczą otchłanią czerni pulsują rozmaite odcienie szarości, z których tak naprawdę składa się nasze życie i bywa ono urzekające. Kiedy używałeś koloru, wtedy świat oglądany Twoimi oczami okazywał się dobry i przyjazny. Akty Twojego autorstwa zachwycały subtelnością, tak rzadką w obecnych czasach.
Kiedyś zechciałeś powiedzieć, że Piwnica pod Baranami kojarzy Ci się z elegancją. Tacy pozostaniemy na Twoich zdjęciach, my artyści.
Patrząc przez wizjer aparatu fotograficznego i uwalniając spust migawki dokonywałeś rzeczy niemożliwej, to znaczy zatrzymywałeś czas. Czyniąc to uśmiechałeś się zawsze wiedząc jaką niespodziankę czynisz temu mocarzowi. Zawsze dbałeś o szczegół wiedząc doskonale, że bez niego nie ma sztuki, a jednocześnie fotografowałeś z pozazdroszczenia godnym rozmachem.
Nigdy nie zapomnę mojego zachwytu, kiedy to przed wielu laty z zapartym tchem oglądałem legendarny już "czarny album" zatytułowany po prostu "Piwnica". W najśmielszych marzeniach nie przewidywałem wtedy, że będziemy kiedyś razem z Tobą i Twoją asystentką Marysią Pyrlik pracować nad albumem zatytułowanym równie prosto, czyli "Dom na Groblach". Ileż rozmów odbyliśmy wtedy. To była praca pełna najgłębszego sensu. Uratowałeś od zapomnienia to zadziwiające miejsce, jakim było mieszkanie Janiny Garyckiej przy Placu na Groblach. Miejsce, gdzie rezydował Piotr Skrzynecki i gdzie spotykali się ludzie sztuki, która nie przemija. Dzięki Twoim czarodziejskim obrazom pamięć o tamtych czasach jest znacznie pełniejsza. Jest piękna. Umiałeś nadać kruchym przedmiotom uwiecznionym na kartach albumu rangę symboli.
Parę lat temu wybrałeś się w podróż do ukochanego Lwowa gdzie się urodziłeś. Powiedziałeś wtedy, że przypominasz sobie chropowatość muru, którego dotykałeś idąc codziennie do szkoły. Okazało się, że mur stoi nadal. Mogłeś go znowu po latach dotknąć zamykając bezpowrotnie jedną ze swoich historii.
Kochałeś jazz, kochałeś literaturę, malarstwo, rzeźbę, architekturę, kochałeś anielski i drapieżny śpiew Ewy Demarczyk. Zawsze byłeś z Piwnicą radując się naszymi sukcesami i wspierając nas kiedy nadchodziły gorsze chwile.
Ujmowało mnie Twoje zatroskanie sprawami publicznymi. Mając określone poglądy nigdy nie próbowałeś ich nikomu narzucić. Jak to śpiewamy w naszym hymnie pt. "Dezyderata" wypowiadałeś swoją prawdę jasno i spokojnie.
Świat stał się bez Ciebie mniejszy i bardziej trywialny. Dziękuję Ci Przyjacielu za wszystko. Teraz pewnie rozmawiasz o tajemnicach światłocieni z Rembrandtem i z Vermeerem. Edith Piaf śpiewa dla Ciebie zaś aniołowie cieszą się, że przybyłeś. Nam pozostał smutek jak pustka prześwietlonego negatywu.



5.05.2009

Zakończona w niedzielę triada świąt państwowych nie wywołała we mnie patriotycznych uniesień. Piąta rocznica wstąpienia Polski do Unii Europejskiej przebiegła w nastroju ogólnonarodowej nudy. Wygłoszono mnóstwo podniosłych przemówień, z których tak naprawdę niewiele wynikało. Zabrakło między innymi rzetelnej analizy przypominającej ścieranie się przed laty poglądów za i przeciw akcesji naszego kraju do europejskiej wspólnoty. Bardzo ciekawe byłoby przypomnieć na przykład tyrady przeciwników integracji. Twierdzili oni wtedy, że Polska poniesie gigantyczną klęskę polegającą na upadku rodzimego rolnictwa, a także sprowadzenia naszych obywateli do roli taniej siły roboczej. Ponadto nasza tożsamość narodowa miała ulec zagładzie, zaś kultura całkowitej degradacji. Nic takiego się nie stało, natomiast ówcześni krzykacze startują obecnie do Europarlamentu pod pozorem naprawy Unii, kiedy tak naprawdę chodzi im wyłącznie o sute wynagrodzenia europosłów.
Skoro wspomniałem o pieniądzach to przewiduję klęskę PiS-u w czerwcowych wyborach, gdyż jeżeli czegoś nauczyliśmy się w trakcie dwudziestu lat od upadku komunizmu, to niewątpliwie umiemy liczyć pieniądze. Katastrofalne w swojej zakłamanej propagandzie spoty telewizyjne i kłujące w oczy billboardy wywołują wśród wyborców reakcje sprzeczne z zamierzeniami domorosłych speców od wizerunku publicznego działających w otoczeniu Jarosława Kaczyńskiego. Partie są jak wiadomo finansowane z naszych podatków i to my wszyscy chcąc nie chcąc płacimy za te wszystkie brewerie.
Pierwszego Maja ucieszną niespodziankę sprawił wszystkim Lech Wałęsa występując na zjeździe eurosceptycznej partii Libertas w Rzymie. Sowicie jak się okazało opłacony były prezydent wygłosił kilkanaście sloganów, zaś część publiczności nagrodziła go okrzykami "TW Bolek" i "zdrajca". Całym sercem jestem po stronie Lecha Wałęsy, kiedy jest on podle atakowany, ale w tych okolicznościach nie znajduję w sobie śladów współczucia.
W Dzień Flagi Państwowej Prawo i Sprawiedliwość uraczyło zdumioną Publiczność nowym billboardem przypominającym, a jakże by nie flagę państwową. Przekaz jest prostszy niż konstrukcja poczciwego cepa, czyli Polska to PiS i jego zwolennicy, a reszta Polski wrogowie. Bardzo to bliskie stwierdzeniu o tych, którzy "stoją tam, gdzie stało ZOMO".
Tego dnia obejrzałem również w TVP, czyli co podkreślam w telewizji publicznej program pt. "Kocham cię Polsko". Ściśle mówiąc obejrzałem jedynie fragment, gdyż uczucie zażenowania nakazało mi wyłączyć telewizor już po paru minutach. Wrzeszcząca publika w studio, podskakujące aktoreczki i aktorzy, mizdrzący się prowadzący, idiotyczne pytania i nastrój patriotyzmu ze złego snu, to przeżycie ponad moje siły. Traktowanie widzów jak bandę idiotów to doprawdy kuriozalny sposób realizowania "misji publicznej".
Trzeciego Maja w dzień szczególnie uroczysty stało się natomiast coś, co skłania mnie do złożenia solennej obietnicy. Przemawiając na Placu Zamkowym w Warszawie prezydent Lech Kaczyński powiedział, że: "To prawda, historia dokładnie nie powtarza się nigdy. Ale pewne elementy się powtarzają. W Polsce też nie tak dawno mówiono o rzekomym zagrożeniu demokracji. W istocie było to zagrożenie przywilejów ludzi, którzy nie działali dla Polski. Działali dla siebie. Zdarzyło się w innych warunkach, że nasi rodacy uwierzyli, że demokracja istotnie jest zagrożona. Nie była - i mówię to specjalnie dzisiaj. Nie była przez jedną sekundę". Skoro Lech Kaczyński został prezydentem, to nic nie stoi na przeszkodzie, abym także ja został kiedyś Głową Państwa. Obiecuję, że wtedy wygłoszę przemowę, w której obwieszczę, że za niedawnych czasów, o których pan prezydent zechciał wspomnieć demokracja była zagrożona. Jestem o tym przekonany!



29.04.2009

Przyznam z pokorą, że wczorajszy dzień poświęciłem na odpoczynek po poniedziałkowym świętowaniu. Dzisiaj piszę i czynię to z wielką przyjemnością. Zanim kilkanaście minut po godzinie dwudziestej pierwszej wysłuchałem wzruszony gromkiego "sto lat" zaśpiewanego przez moje Koleżanki i Kolegów odbyło się zebranie Zespołu Kabaretu dotyczące spraw istotnych. Poruszane tematy owiane są piwnicznym nimbem tajemnicy, a zatem pisać o nich nie będę.
Wracam do urodzin. Moich pięćdziesiątych piątych urodzin. Odpowiednio wcześnie poczyniłem stosowne przygotowania polegające na zakupie alkoholu i wielkiego słoja ogórków kiszonych na Placu Imbramowskim. Ogórki cieszyły się tak dużym powodzeniem, że do domu przywiozłem triumfalnie puste naczynie. Dostałem miłe memu sercu prezenty. Piotr Kuba Kubowicz obdarował mnie książką zatytułowaną "Polska niewzykła", która oprócz zdjęć i opisów zawiera przydatne w wakacyjnych wędrówkach mapy. Michał Półtorak, nasz pierwszy, piwniczny skrzypek ofiarował mi przywiezione z Turcji szklane "oko proroka", które teraz spogląda na mnie uważnie zachęcając do pisania. Beata Czernecka przyniosła zabawnego kota z drewna, który dołączył do kolekcji figurek kotów mojej Żony. Otrzymałem również pudełko czekoladek, które zostały błyskawicznie skonsumowane, a także rozmaite wykwintne alkohole spożyte równie szybko i radośnie. Żartobliwy prezencik od Kamili Klimczak, czyli naszej pieśniarki i aktorki najmłodszego pokolenia okazał się hitem natury politycznej. Było to czekoladowe jajo z intrygującą zawartością. W jaju znajdował się plastikowy, składany kaczorek - hokeista. Nie potrafię zrozumieć, na czym ma polegać działanie tej zabaweczki, ale wielu działań podejmowanych przez PiS również nie rozumiem, a zatem zdziwiony nie jestem.
Szczególnie piękny moment przeżyliśmy wszyscy wznosząc do Nieba toast za Piotra Skrzyneckiego. Był to wyraz naszej wdzięczności za wszystko, co dla nas uczynił będący kontynuacją spotkania w południe na Cmentarzu Rakowickim nad grobem Mistrza.
Tak jak to przewidziałem wiele przedwczoraj wspominaliśmy i były to naprawdę dobre chwile. W towarzystwie piwnicznych artystek zaśpiewałem "Magię obłoków" z repertuaru Marka Grechuty, oraz "Let it be" Beatlesów. Na fortepianie zagrał Tomek Kmiecik, pianista i kompozytor. Przy sędziwym instrumencie zasiadł również Adrian Konarski wykonując krótki recital utworów uroczo różnych w tym tych własnego autorstwa.
Dziękuję Przyjaciołom za przybycie, dziękuję za ciepłe słowa, dziękuję za atmosferę, którą jedynie Oni stworzyć potrafią. Markowi Pacule dziękuję za mowę wygłoszoną w imieniu Wszystkich. Piotrowi Fersterowi dziękuję za ważną rozmowę. Po prostu dziękuję.



27.04.2009

Dziś moje urodziny. Przed blokiem znowu kwitnie magnolia. Dzień tak intensywnie przesycony słońcem, że aż trudno uwierzyć w istnienie smutku. Trzeba wracać do kontynuowania swoich zapisków na stronie.
Pięćdziesiąt pięć lat! Dwie piątki obok siebie skłaniają do zastanowienia. Szybko przebiegły te lata i przebiegły pięknie. Wieczorem będę świętować w Piwnicy z Przyjaciółmi. Pewnie powspominamy trochę, a wtedy jak błękitny cień pojawi się właśnie smutek.
Dwanaście lat temu odszedł Piotr. Nikt Go nie zastąpi, a jednocześnie jestem całkowicie pewien, iż trwanie Kabaretu to najczulsza z możliwych form pamięci o Nim. Bądź z nami Mistrzu i Przyjacielu. Bądź z nami dzisiaj w Piwnicy. Niech Twój uśmiech dotknie naszych dusz jak słońce dotyka płatków magnolii. Wiele razy życzyłeś ludziom ze sceny, aby byli szczęśliwi. Niech tak się stanie.



12.02.2009

No i stało się! Jan Maria Rokita może cieszyć się popularnością na miarę początku XXI wieku. Popularnością dorównującą gwiazdom popkultury, której nie uzyskał dzięki wcześniejszej działalności politycznej i publicystycznej. Wszystko dzięki swoim popisom na pokładzie samolotu wiadomych linii, oraz postępowi technicznemu.
Jest wszędzie, to znaczy nie on osobiście, ale jego głos piętnujący agresję odwiecznego wroga Polski. Na ulicach, w supermarketach, w biurach firm i ważnych urzędach, na dworcach, a także na lotniskach, oraz w domach zachwyconych współobywateli ów głos rozbrzmiewa. Wszystko dzięki oprogramowaniu telefonów komórkowych, które pozwala dźwięki ściągnięte z sieci jako tak zwany "dzwonek" w aparacie zainstalować.
Dzięki niedoszłemu premierowi z Krakowa skończyły się czasy firmowych sygnałów i muzycznej papki płynącej z wszechobecnych komórek. Teraz Jan Maria swym niepowtarzalnym wokalem z elektronicznych cudeniek skarży się przejmująco wołając: Ratujcie mnie! Niemcy mnie biją! Ratujcie mnie!
Ciekawe jednak, że posiadacze telefonów komórkowych, oraz ich mniej lub bardziej przypadkowe otoczenie reagują perlistym śmiechem. Ja wiem dlaczego, ale były poseł Rokita z pewnością tego nie wie. Jego małżonka, a także niektórzy politycy również. 



11.02.2009

Dzisiaj na Cmentarzu Żydowskim przy ulicy Miodowej w Krakowie przyjaciele pożegnali prof. Marię Orwid. Była uczennicą prof. Antoniego Kępińskiego, wybitnym profesorem psychiatrii, inicjatorką projektu terapeutycznego dla Dzieci Holocaustu i Drugiego Pokolenia Ocalonych.
Darzyła swoją przyjaźnią moją żonę i mnie, co poczytywaliśmy sobie z Haliną za wielkie wyróżnienie dane nam przez łaskawy Los. Nigdy nie ośmieliłem się zapytać Marii skąd wzięła tyle sił, aby tak pięknie żyć po ocaleniu z otchłani Zagłady. Zresztą nie musiałem o to pytać, gdyż każdą chwilą swojej pracy, każdym słowem i każdym uśmiechem dawała znać Światu, że jest Aniołem. Nie żadnym tam cukierkowym bytem z tandetnych pocztówek, ale Aniołem prawdziwym. Takim, który potrafi zmarszczyć brew i uderzyć pięścią w stół, kiedy trzeba bronić prawdy. Bronić przyjaciół.
Pracowała ciężko a jednocześnie Jej fascynacją sztuką była doprawdy imponująca. Zaprzyjaźniona z Piotrem Skrzyneckim i Jego podopiecznymi śledziła uważnie poczynania Piwnicy pod Baranami ciesząc się szczerze z naszych sukcesów.
Wielokrotnie miałem zaszczyt śpiewać i grać w czasie spotkań Stowarzyszenia Dzieci Holocaustu i te chwile zachowam w pamięci tak długo, jak długo Bóg na to pozwoli. Była szalenie wdzięcznym słuchaczem. Nie ukrywała wzruszenia i nie ukrywała radości. Zapamiętam Jej dźwięczny, młodzieńczy głos i Jej oczy, w których mieszkała wielka mądrość. Uwielbiała żartować, ale kiedy na przykład roztrząsaliśmy dziwne drogi polityki, wtedy poważniała i wiedziałem, że mogę liczyć na doprawdy bezcenne uwagi pomagające się w tym całym bałaganie odnaleźć. Ostatni raz spotkałem się z Nią w grudniu na urodzinach Ruth Buczyńskiej. Była taka pogodna.
Któregoś dnia ukończyłem piosenkę pt. "Znów pojawił się wariat". Obawiałem się, czy aby przypadkiem w refrenie nie dotknąłem zbyt głęboko spraw, które pojmuję jedynie intuicyjnie. Posłałem Marii mailem tekst i z duszą na ramieniu czekałem na ocenę. W późniejszej rozmowie telefonicznej uspokoiła mnie ciepło wyrażając swoją akceptację. Od tej pory śpiewając tę pieśń myślę o Marii i tak już pozostanie. Przytoczę tutaj ten refren i uczynię to z z wdzięcznością.

Idę
A miasto się szczerzy
Do mnie bez opamiętania
Idę
Choć nikt mi nie wierzy
Że podłe czary odganiam

Gadam
Najczęściej do siebie
Słowa paciorki z żelaza
Gadam
Bo znaki na niebie
Każą proroctwa powtarzać

Biegnę
Bo ściany dokoła
Pewnie za chwilę mnie zgniotą
Biegnę
To los apostoła
Po mnie zaraza i potop

Krzyczę
Gołębie się płoszą
Krąży pierzasta husaria
Krzyczę
Gazety donoszą
Że znów pojawił się wariat

Szalony jest nasz świat. Szalony i częstokroć ponad ludzką miarę okrutny. Nie wiem na czym polega działanie naszego umysłu, ale wiem na pewno, że czasami zaczyna on szwankować. Życie staje się nie do zniesienia. Wykonanie najprostszych czynności urasta do rozmiarów heroicznego czynu. Powietrze staje się kolczaste, światło przeraża swoją jaskrawością, a ciemność staje się przestrzenią pełną żarłocznych demonów. Wtedy potrzebny jest lekarz umysłu, lekarz duszy. Potrzebny jest Anioł, który sam często dotknięty boleśnie przez Los przyniesie pomoc. Który mocą swojej dobroci i wiedzy pomoże podjąć walkę ze słabościami mogącymi nas unicestwić.
W piątek zadedykuję Marii swój recital. Niechże Pani Profesor posłucha gdziekolwiek się teraz znajduje, a pewien jestem, iż miejsce w którym przebywa jest godne Jej Osoby. 



10.02.2009

Świat po raz kolejny ukazał swoją straszną twarz. Wiemy już na pewno, że polski geolog został zamordowany przez pakistańskich talibów. Żadna wiara, żadna idea i żadne przekonania nie usprawiedliwiają tak bestialskiego postępowania. Bóg, na którego żarliwie powołują się mordercy został po raz kolejny zbrukany. Zbrukany został także Islam. Zbrukany został Koran.
Z wielkim niepokojem obserwowałem medialne doniesienia na temat reakcji polskich polityków. Jak na razie panuje atmosfera powściągliwości i oby tak pozostało.
Natomiast wpisy na forach internetowych budzą we mnie niesmak i wściekłość. Anonimowość, którą daje ta forma komunikacji powoduje, że niektórzy piszący zachowują się jak zwykłe bydło i to określenie jest najłagodniejsze, jakie mi przychodzi do głowy. Nie będę cytować konkretnych wypowiedzi, gdyż nie są tego godne. Pakistańscy bandyci odnieśli wielki sukces uruchamiając w umysłach niektórych moich rodaków niewyobrażalne pokłady nienawiści i porażającej głupoty. Zdaję sobie sprawę, że jest to zjawisko w skali kraju marginalne, ale samo jego istnienie musi niepokoić.
Dobry Pan rozpina dla nas świetliste tęcze miłości i płacze kiedy ciemnieją przez nas ludzi codziennie.



5.02.2009

Przez półtora dnia nie miałem dostępu do internetu. Coś się gdzieś popsuło i nic na to poradzić nie mogłem. Przy okazji okazało się, że bez dostępu do sieci można żyć, co jest dla mnie spostrzeżeniem zdecydowanie optymistycznym. Z drugiej jednak strony bez tego środka komunikacji nie mógłbym podzielić się z czytającymi treścią moich zapisków.
Dzisiaj w mediach wszelakich króluje Okrągły Stół ja jednak przekornie napiszę o Kaliszu, ponieważ jutro do Kalisza się z Piwnicą wybieramy. Występy w tamtejszym Centrum Kultury i Sztuki wspominam z dwóch powodów. Po pierwsze wykonałem tam premierowo piosenkę pt. "Spójrz na mnie Europo", a po drugie z powodu pewnej niezwykle komicznej sytuacji.
Oto na scenie pojawił się nasz Piwniczny Aktor, czyli Czesław Wojtała, aby w dziwnym stroju własnego projektu i wykonania wygłosić jeden ze swoich autorskich monologów. Czesław monologował, Publiczność rozbawiona reagowała śmiechem i brawami, aż tu nagle nastąpił moment, ze tak powiem krytyczny! Po słowach "A ten co w mauzoleum trupem pokazał wszystkim..." pewna dystyngowana Dama siedząca w pobliżu sceny nie wytrzymała i korzystając z długiej pauzy rzuciła w przestrzeń oczywiste w tych okolicznościach słowo. Tego co się potem na widowni i za kulisami wyprawiało nie podejmuję się opisać. W każdym razie występ Damy spotkał się również z wielkim aplauzem.
Po co o tym piszę? A tak sobie! Jutro jak już napisałem jedziemy do Kalisza, a w mediach nastrój takiej powagi, że aż trudno wytrzymać.



3.02.2009

W niedzielę zakończył w Krakowie swoje obrady Kongres Prawa i Sprawiedliwości. Cudnie ufryzowany i opalony prezes Jarosław Kaczyński udowodnił, że ma niebywałe wręcz poczucie humoru! Przeprosił tych z etosowej inteligencji, którzy poczuli się dotknięci niefortunnymi wypowiedziami polityków PiS. Ogłosił solennie, że PiS chce teraz pokoju a nie wojny. Wezwał do zapomnienia o koalicji PiS z Samoobroną i LPR. Swój dramatyczny apel uzasadnił stwierdzeniem, że Prawo i Sprawiedliwość zostało do takiego kroku zmuszone. Zmuszone przez Platformę Obywatelską, żeby nie było żadnych wątpliwości.
Pragnę tutaj z całą cierpliwością na jaką mnie stać poinformować pana prezesa, że nikt w naszym kraju nie jest zmuszany do sprawowania władzy. Jeżeli jakieś ugrupowanie nie posiada tak zwanej "zdolności koalicyjnej" z wiarygodnymi partnerami politycznymi, to najzwyczajniej w świecie rządzić nie powinno.
Pan prezes Kaczyński mówił również, że Polska powinna być nowoczesna. Ten żart wydał mi się doprawdy najsmaczniejszy! Wyobrażam sobie mój kraj sterowany w stronę nowoczesności przez Jarosława Kaczyńskiego ramię w ramię z ojcem Tadeuszem Rydzykiem, oraz znaną ze swojej pokojowej działalności ekipą lustratorów, a także znawców stosowania prawa karnego ze Zbigniewem Ziobro na czele.
W tym miejscu wrócę na chwilę do wspomnianego wcześniej zapomnienia, które drastycznie kłóci się z postulowaną troską o pamięć historyczną. No chyba, że wspólnych rządów z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem nie uznamy za fragment naszej najnowszej historii, ale za żart wymyślony ku uciesze żądnego igrzysk ludu.
Myślę, że należy dodać również kilka słów komentarza na temat pokojowych zamiarów Prawa i Sprawiedliwości. Najlepszym odzwierciedleniem rzetelności owych zapewnień jest wypowiedź posła Jacka Kurskiego, który powiedział dokładnie tak: "W polityce jak w życiu trzeba mieć szczęście, PiS to była koniunktura, PO przynosi Polsce pecha". Rozumiem, że gdyby Jarosław Kaczyński nadal był premierem, to finanse światowych potęg gospodarczych nadal byłyby stabilne i o żadnym kryzysie nie mogłoby być mowy.
Ponadto zaledwie wczoraj niezawodny poseł Gosiewski na propozycję PO, aby na czas kryzysu ograniczyć finansowanie partii politycznych z budżetu państwa wypalił, że PiS jest przeciwko "korupcyjnemu finansowaniu"! Ja pana posła nawet trochę rozumiem i nie chodzi bynajmniej o kwestię ewentualnej korupcji na szczytach władzy. Specjaliści od wizerunku publicznego zatrudnieni przez PiS mają z pewnością w planie kolejne spoty i billboardy reklamujące nieomylność tego ugrupowania, a taka zabawa kosztuje ciężkie pieniądze.
Najlepszym przykładem ostatnie dzieło sławiące dokonania Prawa i Sprawiedliwości. W ramach "ocieplania wizerunku" poza doprowadzeniem do porządku fryzury prezesa Kaczyńskiego pojawiły się w tym filmiku miłe Panie nazwane już przez przekorny lud, który na przekór stwierdzeniu Jacka Kurskiego nie wszystko kupi "Aniołkami" bądź "Króliczkami" Kaczyńskiego. Pani posłanka Joanna Kluzik-Rostkowska opowiada z ekranu, że "za rządów PiS powstało ponad milion nowych miejsc pracy". Zaiste uroczy żarcik. Niby się wszystko zgadza, ale nie do końca. Owe miejsca pracy powstały, bowiem na fali światowej koniunktury i nie, dlatego, że PiS w ich powstaniu pomógł, ale dlatego, iż zbytnio nie przeszkadzał. Pani posłanka Aleksandra Natali-Świat obwieszcza z kolei, że "PiS doprowadził do obniżenia podatków". Owszem podatki obniżone zostały, ale zapowiadana przez jej ugrupowanie obietnica wprowadzenia dwustopniowej skali podatkowej nie została zrealizowana. Czyli kolejny żarcik. Z kolei pani posłanka Grażyna Gęsicka opowiada jak to PiS pozyskiwał z Brukseli miliardy dotacji unijnych. W domyśle - dzisiaj miliardy pozyskiwane nie są. Bardzo śmieszne przyznam to szczerze. Najzabawniej jest na końcu spotu reklamowego. Prezes Jarosław Kaczyński ze śmiertelną powagą stwierdza, co następuje: "Rządziliśmy skutecznie! Jesteśmy silni doświadczeniem". Tego nawet nie próbuję skomentować, bo palce drżą na klawiaturze z powodu śmiechu, który ogarnia mnie w sposób niepowstrzymany.
Wszystko, co usłyszałem w relacjach z Kongresu PiS było jakże twórczym rozwinięciem tej telewizyjnej reklamy.
Na koniec słów parę o byłym artyście Piwnicy pod Baranami, a obecnie zagorzałym działaczu PiS Leszku Długoszu. Jak donosi tabloid "Fakt" artysta ów zagrał w Jamie Michalika w trakcie kolacji, którą tamże spożywało szefostwo jego ukochanej partii. Nie byłem tam, więc nie wiem, czy biesiadujący w trakcie występu odkładali łyżki, noże i widelce, ale mam nadzieję, że Leszek Długosz z właściwym sobie przejęciem zaśpiewał: "Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda, że dni nasze, dni wiosenne nawet we śnie. Przepłynęły beznamiętnie, bezszelestnie jak ta woda. Jaka szkoda, jaka szkoda, jaka szkoda".




1.02.2009

Przerywając moje stanowczo zbyt długie milczenie obwieszczam z radością, że Salon w Krakowie funkcjonuje znakomicie! Mam na myśli spotkania muzyczne, które organizuje w Klubie Adwokata mecenas Stanisław Kłys, wybitny znawca muzyki i najszczerszy przyjaciel artystów. Pisałem już o tych spotkaniach wielokrotnie, ale wracam do tematu z ogromną przyjemnością.
Zacznę od wydarzenia, które miało miejsce 21 stycznia 2009 roku. Trudno, abym nie pamiętał tej daty wystąpili bowiem światowej klasy i sławy muzycy, czyli prof. Elżbieta Stefańska - klawesyn i prof. Kazimierz Moszyński - flet. Grali zarówno w duecie jak i partie solowe. Wieczór prowadził co oczywiste mecenas Kłys i co równie oczywiste czynił to wspaniale.
Licznie zgromadzona Publiczność mogła wysłuchać między innymi utworów Haendla, Bacha i Mozarta. Uroczą niespodzianką były skrzące się ciekawymi szczegółami opowiastki o instrumentach, na których grali znakomici Goście. Wszyscy byli pod ogromnym wrażeniem wirtuozerii zaprezentowanych wykonań. Pani Profesor połączyła niesamowitą wręcz technikę gry z dyskretną subtelnością. Pan Profesor czarował równie mistrzowską biegłością, która współgrała z lekkością przepiękną. W szybujących przez salę Klubu Adwokata dźwiękach brzmiała również najprawdziwsza elegancja, której tak mało dookoła. Gromkie oklaski nagrodziły występujących, którzy ku radości Publiczności obiecali uśmiechnięci, że nie jest to ich ostatni występ w tym miejscu.
Niewiele czasu upłynęło od wydarzenia, które wzbudziło mój szczery zachwyt, a już kolejne spotkanie Pan Mecenas zorganizował aby Przyjaciół tym razem kolędami ucieszyć. 29 stycznia wieczorową porą za oknami nad krakowskim Rynkiem ulatywali zasłuchani aniołowie a w Klubie Adwokata śpiewał Chór Mariański prowadzony z młodzieńczą werwą przez maestro Jana Rybarskiego, który w niektórych utworach osobiście akompaniował na fortepianie. Repertuar zróżnicowany i chwytający za serca. Wykonania perfekcyjne. Opowieści na temat poszczególnych utworów ubarwiały kolędowe spotkanie. Wielkie oklaski.
Pan Mecenas świątecznie radosny wspomagał występujących słowami, które celne były i dobre. Wspomniał między innymi jak czarodziejskim miejscem jest Klub Adwokata skoro spotykają się tam Przedstawiciele Palestry z obecną Panią Prezes Sądu Okregowego, trojgiem jej Poprzedników, byłym Prokuratorem Okręgowym, licznymi Sędziami Sądu Apelacyjnego, Krajowym Duszpasterzem Prawników, Profesorem biblistyki PAT, Radcami Prawnymi, Prezesem Izby Notarialnej, oraz Profesurą Uniwersytetu  Jaqiellońskiego aby słuchać muzyki i toczyć rozmowy o sztuce. Sztuce, która uskrzydla.
Miałem zaszczyt zagrać na początku drugiej części koncertu dwie swoje kolędy, czyli "Dla miasta i świata", a także "Światłem otulony". Śpiewałem i grałem bez mikrofonów. Za niekłamane brawa serdecznie dziękuję.
Kiedy na koniec kłanialiśmy się wszyscy obdarowani pąsowymi różami zaczął bić stojący w kącie zegar. Pan Mecenas zechciał stwierdzić, że nawet zegar dziękuje artystom. Salon trwa. Trwa pięknie.



24.12.2008

Dzisiaj Wigilia. Powiadają, że w ten szczególny dzień zwierzęta przemawiają ludzkim głosem. Kto wie? Może Kret i Teoś, czyli koty rezydujące u znakomitej tłumaczki Elżbiety Petrajtis w Warszawie powiedzą coś ciekawego. Jestem pewien, że one, podobnie jak inni "bracia mniejsi" wyrażą swoje zdumienie z faktu, iż ludzie nie potrafią ze sobą po ludzku rozmawiać.
W TVP mamy teraz utrzymywane z naszych podatków dwa warczące na siebie zarządy, oraz dwóch równie uprzejmych i kompetentnych prezesów. Wątpliwej jakości to prezent pod choinkę dla obywateli Rzeczpospolitej.
Pomimo wszystko nadal wierzę cokolwiek naiwnie, że polityka może służyć wspólnemu dobru. Zawsze jest jakaś nadzieja. Pomimo wszystko.



23.12.2008

Jakiś czas temu Piotr Ferster, czyli nasz piwniczny dyrektor zapytał mnie, dlaczego nie kontynuuję pisania bloga? Odpowiedziałem, że nuży mnie przewidywalność, oraz powtarzalność  zdarzeń w świecie polityki.
Ostatni wpis dotyczył wyboru Baracka Obamy na prezydenta USA. Wiele zdarzyło się od tamtego dnia i dobrze byłoby coś napisać w poprzedzający wigilię wieczór.
Patrząc na podrygi aktorów nie tylko polskiego życia publicznego przypominam sobie bardzo stary kawał. Kawał ten ma brodę dłuższą niż święty Mikołaj, ale niepokojąco pasuje do spektaklu, którego świadkami jesteśmy codziennie.
Pani nauczycielka zadaje dzieciom pytanie: kochane dzieci! Powiedzcie, co mamy z gęsi? Na to wstaje niezastąpiony Jasiu i z dumą obwieszcza, że z gęsi mamy smalec! A co jeszcze? Smalec! Powtarza Jasiu. No dobrze chłopcze, a na czym Ty śpisz? Na łóżeczku. A czym się przykrywasz? Pierzyną. A co jest w pierzynie? Dziury. A oprócz dziur? Pierze. No widzisz Jasiu, wiec powiedz, co jeszcze mamy z gęsi? Smalec!
Choćby nie wiem, co wyprawiała rządząca koalicja możemy mieć całkowitą pewność, że Prawo i Sprawiedliwość wspierane gorliwie przez pana prezydenta Kaczyńskiego natychmiast pośpieszy z pomocą, aby notowania Platformy Obywatelskiej przypadkiem się nie obniżyły. Koncert 11 listopada w rocznicę odzyskania niepodległości był straszliwym niewypałem. Brak zaproszenia Lecha Wałęsy wywołał uczucie niesmaku. Beztroski rajd w stronę posterunku wojskowego w Gruzji podjęty wspólnie z prezydentem Saakaszwilim sprawiał wrażenie dziecinnej zabawy. Azjatycka podróż Lecha Kaczyńskiego okazała się wyjątkowo niefortunna. Nieobecność głowy państwa na Jubileuszu przyznania Nagrody Nobla Lechowi Wałęsie to fakt trudny do skomentowania, zwłaszcza, że w ten sposób prezydent Kaczyński ostentacyjnie uniknął spotkania z prezydentem Sarkozym. Traktat Lizboński ogłoszony został wielkim sukcesem prezydenta RP i polityki zagranicznej PiS. Kiedy Lech Kaczyński traktat podpisze? Ano wtedy, kiedy uczyni to Irlandia. W poprzedniej kadencji Sejmu PiS przygotował ustawę dotyczącą tak zwanych emerytur pomostowych bardzo podobną do zawetowanej teraz przez prezydenta. Wtedy ustawa była dobra, a teraz nie jest. Co mamy z gęsi? Smalec! Dzisiaj trzecia rocznica wyboru Lecha Kaczyńskiego na najwyższy urząd w Polsce. Jak tak dalej pójdzie to ludziska zaczną masowo kupować zegarki odliczające czas do końca tej prezydentury.
Karać, karać i jeszcze raz karać! Grzmiał srogo niegdysiejszy minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Kiedy jednak okazało się, że sam został surowo ukarany za niewyobrażalnie głupią i niebezpieczną w skutkach wypowiedź pod adresem "doktora G" były pan minister gaworzy o zemście politycznej. Pan minister Kownacki, który popisał się wpadką dyplomatyczną opowiadając bzdury na temat wypowiedzi Baracka Obamy w sprawie tarczy antyrakietowej pobiera bajońską odprawę z PKN Orlen. Bardzo to pouczające zwłaszcza dla młodych ludzi. Jarosław Kaczyński lży z trybuny sejmowej marszałka Stefana Niesiołowskiego bo ma rację i już! Skazujący opozycjonistów sędzia Kryże był wiceministrem sprawiedliwości, gdyż rząd tegoż Jarosława Kaczyńskiego potrzebował fachowców, tak jakby w Polsce nie można było znaleźć prawnika bez komunistycznej przeszłości. Nasz czerwony jest dobry, bo jest nasz. Co mamy z gęsi? Smalec!
Kryzys światowy został wywołany przez operacje finansowe będące wynikiem straszliwej wręcz chciwości i krótkowzroczności. Ratowane przez amerykańską administrację banki otrzymały dotychczas pomoc finansową w wysokości bagatela 350 miliardów dolarów. Jak wykorzystały tę astronomiczną kwotę? Nie powiedzą, bo to tajemnica bankowa! Przyznam, że podobne przykłady bezczelności w naszym kraju się nie zdarzają, ale może jedynie dlatego, że nie mamy takich pieniędzy. Co mamy z gęsi? Smalec!
Świat bywa jednak przepiękny. Wczoraj byliśmy z Haliną gośćmi wieczoru urodzinowego u mecenas Ruth Buczyńskiej. Jak zwykle atmosfera salonu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Eleganckie towarzystwo. Błyskotliwe rozmowy. Na piwniczny Opłatek dotarłem z opóźnieniem, ale w salach Kabaretu zastałem wielu Przyjaciół. Składaliśmy sobie życzenia, śpiewaliśmy kolędy. Aniołowie byli z nami.



5.11.2008

Amerykanie dokonali wyboru. Czterdziestym czwartym prezydentem USA został czarnoskóry kandydat Demokratów, Barack Obama. Jesteśmy świadkami przełomu, który jeszcze tak niedawno byłby za Oceanem nie do pomyślenia. Hasło wyborcze kampanii prezydenta elekta brzmiało: "Yes, we, can", czyli "Tak, możemy". Głosujący niewątpliwie uwierzyli w możliwość zmian, które są w sposób oczywisty konieczne. Wojna w Iraku, wojna w Afganistanie, kryzys gospodarki amerykańskiej, który wywołał kryzys światowy. Trudna to będzie prezydentura, zwłaszcza, że obudzone zostały wielkie nadzieje.
Warto jednak marzyć. Marzyć z całych sił. Marzyć na przekór wszystkiemu! - Miałem sen! - wykrzyknął do tłumów pastor Martin Luther King w Waszyngtonie. Był rok 1963. - Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie niewolników i synowie właścicieli niewolników usiądą razem przy braterskim stole! Miałem sen, że pewnego dnia nawet stan Missisipi, stan trawiony obecnie bezprawiem i uciskiem, przemieni się w oazę wolności i sprawiedliwości! Miałem sen, że czwórka moich małych dzieci żyć będzie w społeczeństwie, w którym oceniać się je będzie nie według koloru skóry, lecz według zalet ich charakteru! Spełniły się marzenia wielkiego wizjonera.
Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przebieg kampanii wyborczej. Była piekielnie droga. Rywalizujący kandydaci używali wszelkich dostępnych technik medialnych, aby dotrzeć do swoich wyborców. Bywało bardzo ostro, ale nikt nie przekraczał granic dobrego smaku i przyzwoitości. Kiedy na jednym z wieców Johna McCain`a pewna zaperzona pani stwierdziła do mikrofonu, że Barack Obama to żaden Amerykanin, ale jakiś Arab i człowiek niegodny zaufania ten dobitnie przeciwstawił się temu stwierdzeniu mówiąc, że jego rywal do Białego Domu jest przyzwoitym człowiekiem, zaś różnią ich jedynie poglądy polityczne. John McCain pokazał również, że można przegrywać z klasą gratulując Barackowi Obamie zwycięstwa. Z kolei Barack Obama zapewnił, że będzie prezydentem wszystkich Amerykanów i nie szczędził dobrych słów pod adresem swojego przeciwnika. Mój wielki podziw budziły rzesze wolontariuszy pracujących z zapałem w obydwu sztabach wyborczych. Stany Zjednoczone ogarnęła wielka debata. Debata pełna zatroskania o kraj. Próbowano szukać dróg wyjścia z piekielnie trudnej sytuacji. Nie pozostaje nic innego jak życzyć nowej administracji amerykańskiej wszelkiego powodzenia. Mądra polityka prowadzona przez supermocarstwo to także szansa dla naszego kraju.
Na koniec gorzkie pytanie. Widziałem w telewizji ludzi wiwatujących na ulicach miast Stanów Zjednoczonych. Cieszyli się nie tylko z sukcesu Obamy, ale również z bliskiego odejścia George W. Busha. Czy Polskę czeka podobna radość z powodu końca kadencji Lecha Kaczyńskiego? 



1.11.2008

 Dzisiaj Wszystkich Świętych. Zapaliłem lampki na grobach Piotra Skrzyneckiego, Janiny Garyckiej, Marka Grechuty i innych Przyjaciół, o których najczulej pamiętam. Zapaliłem je także od moich Znajomych z ulubionego czata, gdzie spędzam czas na pogawędkach. Kiedy Piotr i Janina udawali się w swoją ostatnią podróż nie było czegoś takiego jak czat. Nie było też Mostu Kotlarskiego, przez który jechałem dzisiaj na Cmentarz Podgórski. Czas pędzi. Tak było, jest i będzie dopóki nie rozpadnie się świat. Jeżeli coś ma swój początek, to musi mieć również swoje trwanie i swój koniec.
W czwartkowy wieczór zagraliśmy w Piwnicy koncert niezwykły. Był to "Koncert dla naszych Nieobecnych". Każdą nutą i każdym słowem wspominaliśmy tych, którzy odeszli. Wystąpiły zespoły "Beale Street Band", "Boba Jazz Band" i artyści Kabaretu. Pomysłodawcą tego przedsięwzięcia był szef "Jazz Klubu Piwnica pod Baranami", znakomity puzonista Marek Michalak, który wraz ze mną pełnił również rolę konferansjera. Zaśpiewałem "Dla Janiny" i "Pytania o zmierzchu". Koncert pulsował jak światło dobrej gwiazdy przynosząc coraz to nowe nastroje.
Później zasiedliśmy w Sali Planetarium. Długo trwały te nasze rozmowy i były piękne. Nostalgiczne i radosne. Piotr, Janina, Wiesiek Dymny, Krzyś Litwin, Marek Grechuta, Andrzej Warchał, Halina Wyrodek i nie tylko Oni przybyli do nas na falach wspomnień abyśmy się nie smucili. Abyśmy wiedzieli, że myślą o nas tak jak my o nich myślimy. Święte bywa słowo i święta bywa muzyka. I pamięć też bywa święta.



19.10.2008

Dwadzieścia cztery lata temu został bestialsko zamordowany ksiądz Jerzy Popiełuszko. Niezapomniany kapelan Solidarności. Charyzmatyczny kapłan i ujmujący skromnością człowiek. Pomimo upływu czasu trudno jest pisać o tej zbrodni dokonanej przez zbirów ze Służby Bezpieczeństwa. Nie wszystko zostało wyjaśnione w sterowanym przez ówczesne władze procesie morderców i nie wszystko jak sądzę wyjaśnione będzie.
Byliśmy z Haliną na pogrzebie księdza Popiełuszki. Kiedy wracaliśmy do Krakowa przepełnionym pociągiem moja żona powiedziała: - Musisz napisać pieśń. Po prostu musisz!
Tak też uczyniłem i dzisiaj przypominam tekst tej gorzkiej ballady. Trzeba pamiętać. Pamiętać, aż do bólu.


PAMIĘCI  KSIĘDZA  JERZEGO

Cóż można zdziałać wobec takiej śmierci
Gdy wzniosłość hymnów to najczystszy banał
Gdy nie wystarczą marne strofy wierszy
Cóż można wobec takiej śmierci zdziałać

Trudno wyszeptać - niech Twa będzie wola
Gdy gniew rozsadza żałobne czuwanie
Gdy anioł mordu krąży dookoła
Trudno się zgodzić z Twym wyrokiem Panie

Łatwo zwątpienie przyjąć w swoje progi
Gdy tak okrutnie karana jest miłość
Gdy słowa prawdy to przeklęte słowa
Łatwo zwątpienie w swoje progi przyjąć

Ciężko się wyrzec wstrętu i pogardy
Gdy teraz wszystko stało się możliwe
Gdy resztki złudzeń zdeptane upadły
Ciężko się wstrętu i pogardy wyrzec

Ale najciężej jest szczerze przebaczyć
Gdy ból uparty szarpie nasze serca
Gdy trzeba walczyć przeciwko rozpaczy
Najciężej szczerze przebaczyć mordercom

Wciąż nas otacza kordon tępej siły
Gwałtu bezprawia zatajonych zbrodni
Lecz my w ofiary Twojej moc wierzymy
Ojczyzna nigdy Ciebie nie zapomni

Ty nie odszedłeś w chłód cmentarnej ciszy
Żyjesz i będziesz żyć w naszych marzeniach
Błagaj więc Boga niech nasz krzyk usłyszy
Niech się dokona łaska przemienienia

Niech wstaną z kolan porażeni strachem
Niech będą dzielni - gotowi na wszystko
Niech się zatrwożą władcy mrocznych gmachów
Odpowiedzialni za koszmar nad Wisłą

Wszystko to będzie - lecz gdy przymknę oczy
Widzę plam czarnych taniec nieustanny
Tak wirowały tej złowieszczej nocy
Strzępy szarpanej przez zbirów sutanny

jesień 84' 



17.10.2008

W czasie rozmowy z premierem Donaldem Tuskiem poprzedzającej swoją szarżę na Brukselę prezydent Lech Kaczyński wypominał braki w wykształceniu prezydenta Lecha Wałęsy. Kłopot polega na tym, że byli i obecni działacze PiS stosują metodę podwójnych standardów polegającą na tym, że to, co nie uchodzi przeciwnikom nie jest żadną skazą wśród polityków tego ugrupowania. Jeżeli bowiem Lech Wałęsa ze swoim wykształceniem zawodowym nie powinien zasiadać w "Radzie Mędrców" Unii Europejskiej, to technik mechanik poseł Krzysztof Putra nie jest godny piastowania funkcji wicemarszałka Sejmu RP.
Wydawałoby się, iż wczorajsza rocznica pontyfikatu papieża Jana Pawła II skłoni przedstawicieli narodu do pewnej powściągliwości, ale gdzie tam. W TVP Info odbyła się rutynowa pyskówka na temat niedawnego Szczytu UE w Brukseli. Marszałek Stefan Niesiołowski stwierdził dobitnie, że prezydent Kaczyński nie jest prezydentem Polski, tylko prezydentem PiS-u, ponieważ nie działa w interesie kraju, ale wspiera wyłącznie działania partii, z której się wywodzi. Na odsiecz ruszył wspomniany wyżej marszałek Putra. Wezwał swojego adwersarza do poszanowania Konstytucji RP, według której prezydent jest najwyższym przedstawicielem Rzeczypospolitej Polskiej, a zatem nie prezentuje macierzystego ugrupowania.
Patrzyłem osłupiały w ekran telewizora. Pan marszałek najwyraźniej mylił określone Ustawą Zasadniczą umocowanie prezydenta w strukturach państwa z praktyką sprawowania przez niego najwyższego urzędu. Żeby nie było żadnych wątpliwości uważam, że prezydent Kaczyński już dawno zapomniał o tym, iż powinien reprezentować nie tylko tych, którzy głosowali na niego oraz PiS. Nie jest to skądinąd realizowanie odmiennej od Platformy Obywatelskiej wizji rozwoju kraju, ale nachalna propaganda wyborcza. Dodam, że premier Tusk również popełnia rozliczne błędy marząc o przyszłej prezydenturze, ale ilość owych gaf jest proporcjonalnie znacznie mniejsza. Błędem było rzecz jasna odmówienie prezydentowi rządowego samolotu do Brukseli, oraz parę niefortunnych wypowiedzi.
Potem rozmowa zeszła na brukselskie przepychanki. Marszałek Niesiołowski odniósł się do postępowania prezydenta na Szczycie Unii zarzucając Lechowi Kaczyńskiemu rozliczne grzeszki będące w sprzeczności z linią polityki zagranicznej rządu. Marszałek Putra nastroszył wąsy i znowu wezwał do poszanowania konstytucji, według której Prezydent w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem. W tym momencie ręce mi opadły z bezsilności. Pan marszałek najwyraźniej kpił sobie z oglądających program, w tym z mojej skromnej osoby. Kpił, albo co gorsza był przekonany, że to co mówi ma sens.
Konstytucja panie marszałku Putra określa powinności Głowy Państwa. Powinności powtarzam, które nie są przez Lecha Kaczyńskiego jako reprezentanta państwa w stosunkach zewnętrznych zbyt często realizowane. Najwyraźniej pan marszałek traktuje ustawę zasadniczą jako zbiór zaklęć, czyli twór bajkowy myśląc, że to co w niej napisane automatycznie przekłada się na polityczną rzeczywistość. Mógłbym w tym miejscu metodą prezydenta Kaczyńskiego dodać kilka złośliwych uwag na temat wykształcenia pisowskiego znawcy prawa konstytucyjnego, ale tego nie uczynię. Wnioski nasuwają się same.



16.10.2008

Kiedy byłem w szkole podstawowej jeden dociekliwy kolega zadał siostrze katechetce pytanie, czy Polak może zostać wybrany papieżem? Siostra odpowiedziała szczerze, że każdy z biorących w konklawe kardynałów może zostać wybrany, ale jest to praktycznie niemożliwe, gdyż większość głosujących to Włosi, którzy zawsze popierają kandydata ze swojego grona.
Po latach okazało się, że owo niemożliwe stało się faktem! Trzydzieści lat temu kardynał Karol Wojtyła, przybysz z dalekiego kraju został Głową Kościoła.
Pamiętam niemożliwą do opisania radość ludzi wiwatujących na ulicach Krakowa. Pamiętam niezwykle chłodne informacje i komentarze komunistycznych mediów. Coś jednak paradoksalnie łączyło ogarniętych entuzjazmem obywateli PRL i ponurych sekretarzy partyjnych. Wszyscy byli przekonani, że oto stoimy u progu wielkich zmian.
Tak się właśnie stało. Jan Paweł II od słynnej rozmowy z tłumem na balkonie bazyliki św. Piotra rozpoczął pielgrzymowanie w imię miłości i prawdy. W imię wiary i wolności. Nieprzypadkowo użyłem słowa "rozmowa". Świeżo wybrany papież ujął zgromadzonych skromnością i uśmiechem mówiąc: - Nie wiem, czy potrafię wyrażać się jasno w waszym, w naszym języku. Jeżeli się pomylę to mnie poprawicie! - Poprawimy! - odkrzyknęli zgromadzeni.
Pontyfikat Jana Pawła II był piękny i biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń końca XX, oraz początku XXI wieku niesłychanie trudny. Duch odmienił jednak oblicze "tej ziemi". Żyjemy w zupełnie innej Polsce, którą Karol Wojtyła po prostu kochał, i o której pomyślność modlił się codziennie. Wspierał nas w mrocznym czasie stanu wojennego i cieszył się wraz z nami z odzyskanej przez Polskę suwerenności.
Papież pielgrzym odwiedzał ludzi różnych kolorów skóry i różnych przekonań. Chciał rozmawiać ze wszystkimi i rozmawiał. Spotkanie w Asyżu z przywódcami światowych wyznań było wydarzeniem bez precedensu w historii. Nazywał rzeczy  po imieniu, jak wtedy, gdy na Sycylii wykrzyczał straszną prawdę o włoskiej mafii. Był orędownikiem pokoju na przekór interesom wielkich mocarstw. Był mistykiem, a jednocześnie człowiekiem niesłychanie bezpośrednim.  Kiedy w telewizji oglądałem pamiętne spotkanie z wiernymi w Wadowicach nie mogłem uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Tyle było w pogawędce o latach młodości ciepła i wzruszenia. Dotknięty ciężką chorobą cierpiał z innymi cierpiącymi. Umarł pogrążając w żałobie miliony.
Swój recital, który miałem zaszczyt zagrać w strajkującej Stoczni Gdańskiej 31 sierpnia 1988 roku rozpocząłem od słów Jana Pawła II o Westerplatte. "O słusznej sprawę, o którą nie można nie walczyć". Wypowiadałem te słowa z wielką pokorą. Nie mogło być inaczej.
W świątecznym nastroju nie można jednak zapominać o tym jak bardzo praktyka naszej politycznej codzienności rozmija się fatalnie z nauczaniem naszego Wielkiego Rodaka. Przedstawiciele wszelkich możliwych ugrupowań egzystujących na arenie życia publicznego prześcigają się w cytowaniu fragmentów homilii, a także encyklik Jana Pawła II, ale nic z tego nie wynika. Gra polityczna, czyli zwykły element demokracji przekształciła się w totalną wojnę na wyniszczenie. Nienawiść, kłamstwo, obłuda i typowe polskie sobiepaństwo wdzierają się do naszych domów z telewizji, radia i prasy. Nad wszystkim krąży chichoczący demon głupoty. Nikt nie jest bez winy. Powtarzam nikt!
Jesteś teraz  sługo boży Janie Pawle II tam gdzie nie ma śmierci i cierpienia nie ma. Stoisz w świetle prawdy, która zbawia i w świetle miłości, która uzdrawia chore dusze. Wiem, że nasze, ziemskie sprawy niczym są wobec Wszechistnienia Boga, ale proszę Cię zechciej westchnąć do Pana, aby opamiętał ludzkie umysły. Abyśmy nie oszaleli. 



15.09.2008

Zimno. Deszcz siąpi. Chmury po niebie łażą jak stada burych, leniwych kotów. Słońce chyba poszło na wódkę i świecić mu się zbytnio nie chce. Kaloryfery jeszcze nie działają. Spróbuję jednak jakoś się ogrzać. Ogrzać się wspomnieniami, tym bardziej, że są one bardzo świeże.
W piątkowy wieczór o godzinie 19.30 rozpoczął się w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego dwunasty już "Koncert dla Piotra S.". Na scenie pojawili się artyści występujący obecnie w Piwnicy oraz ci, którzy już tego nie czynią w Kabaretowe Soboty. Razem odbyliśmy coś w rodzaju podróży w czasie, gdyż doskonale znanym Publiczności numerom towarzyszyły propozycje premierowe.
Szczególne wzruszenie wywołał odtworzony na telebimie "Szał" w wykonaniu zmarłej tak niedawno Haliny Wyrodek, a także fragment monologu zmarłego również w tym roku Andrzeja Warchała. Nie będę rzecz jasna recenzować występów moich Koleżanek i Kolegów, ale korzystając z okazji chcę złożyć im szczere gratulacje. Blisko czterogodzinny program świetnie poprowadził Marek Pacuła, którego zapowiedzi cieszyły dowcipem i lekkością.
Zaśpiewałem "Nasz lunapark". Rewelacyjne nagłośnienie pozwoliło mi przekazać słuchającym wszelkie subtelności nowej ballady. Zarówno tekstowe jak i muzyczne. Jestem przekonany, że swoją pieśnią dokonałem udanej próby opisu zawiłości naszych czasów. Po raz kolejny śpiewałem "o sprawach, które wszyscy znamy". Otrzymałem wielkie brawa i wiele wyrazów uznania w rozmowach, które odbyłem w trakcie przerwy Koncertu, a także później w Piwnicy.
Piszę i czuję ciepło. Kiedy na koniec programu zaśpiewaliśmy "Dezyderata" i na bis "Przychodzimy, odchodzimy", wtedy poczuliśmy wyraźnie obecność przyjaznych duchów, które przybyły z daleka, aby cichutko szepnąć nam kilka dobrych słów. Tych nigdy dosyć.



1.09.2008

Wczoraj w Salonach Piwnicy pod Baranami odbyła się uroczystość szczególna. Świętowaliśmy trzydzieste urodziny Sebastiana L. Kudasa, naszego piwnicznego scenografa i rysownika. Dostojny Jubilat zawitał w Kabarecie dzięki Jerzemu Skarżyńskiemu i Piotrowi Skrzyneckiemu. Swoją przyjaźnią i bezcennymi radami darzyła go zawsze Janina Garycka.
Przybywające wieczorową porą doborowe Towarzystwo wręczało bohaterowi wieczoru eleganckie prezenty, a następnie zasiadało przy stole aby wznosić kwieciste toasty, oraz rozmawiać zarówno o sprawach subtelnie marginalnych jak i tych bardzo istotnych. Wśród upominków nie mogło zabraknąć czegoś na miarę początku XXI wieku. Był to podarek od pewnej bardzo znanej Dziennikarki i miał formę multimedialną. Nie zdradzę na czym ów przepyszny żart polegał. Powiem tylko, że wywołał salwy śmiechu rozbawionych Gości.
Tej nocy anegdoty skrzyły się wyjątkowym blaskiem sprawiając wszystkim niekłamaną radość. W szklaneczkach wykwintnych alkoholi rozgościły się malutkie tęcze kusząc swoimi kolorami.
Życzyliśmy Sebastianowi wielu sukcesów i wszelkiej pomyślności ubolewając nad srodze podeszłym już wiekiem piwnicznego Artysty. Bądź szczęśliwy Przyjacielu! 



31.08.2008

Jako komentarz do tegorocznych, gdańskich obchodów rocznicy Sierpnia 80, oraz strajków sprzed dwudziestu lat pozwalam sobie zamieścić tekst mojej najnowszej ballady.


NASZ LUNAPARK

W przestrzeni gęstej od gorzkich pytań
W środku Europy na skraju światów
Błyszczy lunapark Rzeczpospolita
Raj dla szalbierzy oraz wariatów

Tu regularnie w świątek i piątek
Oraz o zgrozo także w niedzielę
Mając w pogardzie słowo - wyjątek
Diabeł zaprasza na karuzelę
 
Zbudujemy coś pięknego bo budować miło
Potem wszystko podpalimy żeby się paliło
Jak już będzie się paliło zaklaszczemy w dłonie
Bowiem jest nam zawsze miło gdy coś pięknie płonie

Wsiadajcie ludzie - zachęca chytrze
Oto jest władzy wszelakiej koło
Można się poczuć jak po pół litrze
A nawet jeszcze bardziej wesoło

Kręcą się zatem wszyscy jak leci
Każdy do takiej zabawy skory
Na przykład znany obrońca dzieci
Który poleca by tłuc bachory

Zbudujemy coś pięknego ...

Ksiądz antenowy oraz dziennikarz
Obaj głoszący tę samą pustkę
Działacz co z wielką trudnością czyta
Ale przemowy ćwiczy przed lustrem

Kolejny geniusz śmiało obwieszcza
Że dinozaury żyły za Piasta
Inny zaś pragnie odkłamać Wieszcza
Wieszcz carskim szpiclem był no i basta

Zbudujemy coś pięknego ...

Bóg i Ojczyzna naród i wiara
To hasła naszej codziennej jazdy
Do tego święta krew na sztandarach
W górze przeklęte zdychają gwiazdy

Diabeł ze szczęścia łapy zaciera
Diabeł nad Wisłą nigdy nie ziewa
Codziennie nowej farsy premiera
Można mieć pewność że ktoś zaśpiewa

Zbudujemy coś pięknego ...



30.08.2008

Przedwczoraj w ramach szczecińskich obchodów dwudziestej rocznicy strajków na Wybrzeżu w sierpniu 1988 roku wziąłem udział w niezwykle interesującym koncercie, który nosił tytuł "Bardowie Pokoleń". Na placu zajezdni tramwajowej Muzeum Techniki i Komunikacji zgromadziło się ponad tysiąc dwieście osób.
Znakomite nagłośnienie i perfekcyjne światła. W kolejności występów na estradzie pojawili się: piszący te słowa, szczeciński rapper Łona, oraz Paweł Kukiz z zespołem Piersi. Każdy z występujących przedstawił, jak na barda przystało swoją śpiewaną opowieść na temat świata i kraju. Na temat nas wszystkich i czasu, w którym przyszło nam żyć. Pełne pasji były to opowieści. Różnorodna stylistyka artystów sprawiła, iż koncert pulsował autentycznością. Żadnego zadęcia i fałszu. Publiczność w bardzo różnym wieku. Od nastolatków do posiwiałych świadków wydarzeń sprzed lat.
Zaśpiewałem dziesięć ballad rewelacyjnie przyjętych przez słuchających . Dziesiątą pieśń wykonałem na bis i był to utwór pod tytułem "Choćby się zatrząsł dom". Wcześniej nie mogło zabraknąć wspomnień, którym złożyłem ukłon piosenkami: "O świetlistych oczach żony" i "Moją litanią". Premierowe wykonanie utworu pt. "Nasz lunapark" zakończyło się wielkim sukcesem.
Z radością oznajmiam, że moi młodsi koledzy wystąpili znakomicie wzbudzając prawdziwy entuzjazm. Potwierdziła się stara prawda, jak ważny jest dobry pomysł i za pomysł takiego właśnie muzycznego spotkania składam szczere gratulacje uroczej ekipie Szczecińskiej Agencji Artystycznej.



19.08.2008

Wczoraj pożegnaliśmy Halinę Wyrodek. Na cmentarzu w Olkuszu pojawiło się bardzo wielu Przyjaciół Artystki. Po świetlistym niebie wędrowały pierzaste obłoki, ale nasze serca pełne były wielkiej zadumy i smutku.
Mszę świętą w domu pogrzebowym rozpoczęło gorzkie w swojej wymowie wykonanie pieśni pt. "Ta nasza młodość". Żeński chórek śpiewał jak zwykle, ale partia Haliny została przepięknie zagrana na skrzypcach przez Agatę Półtorak, Michała Półtoraka i Michała Chytrzyńskiego. Lekcję przeczytał Rafał Jędrzejczyk, zaś psalm zaśpiewała ogromnie wzruszona Beata Czernecka. Pochodziła z Olkusza. - Kiedyś szukano tu żył srebra, to Halina Wyrodek była żywym srebrem wrażliwości - powiedział w żałobnej homilii zaprzyjaźniony z Piwnicą ks. Wiesław Dawidowski. Mówił o nadziei, która pozwala nam wytrwać pomimo bólu. Wielu obecnych nie kryło łez. Śpiewał Piotr Kuba Kubowicz.
Na cmentarzu, nad trumną Koleżanki dwa wiersze śpiewane przez Nią fantastycznie wyrecytował przyciszonym głosem skupiony Czesław Wojtała.   Dyrektor Artystyczny Kabaretu - Marek Pacuła odczytał swój pierwszy, a zarazem ostatni skierowany do Niej list. Po Marku przemówił Jerzy Nowak - nestor krakowskich aktorów. Łamiącymi się głosami zaśpiewaliśmy "Przychodzimy, odchodzimy". Grób Haliny przykryła góra kwiatów. Aniołowie z obłoków słali nam przesłanie nadziei.
Potem w Piwnicy miało miejsce spotkanie, które trudno będzie zapomnieć. Czułym rozmowom towarzyszyła puszczana w barze płyta Haliny. Jedyna płyta, którą nagrała. Wódeczka i wspomnienia. Mnóstwo wspomnień. Miałem nieodparte wrażenie, ze na przekór ostatecznemu wyrokowi Losu Halina pojawi się nagle i wykrzyknie: - Co tak beze mnie bankietujecie? Rzeczywiście była z nami i w pamięci naszej pozostanie. Wierzę, że kiedyś znowu się spotkamy. Tam gdzie nie ma śmierci i cierpienia nie ma. Tam gdzie miłość wypełnia wszystko.



14.08.2008

We wtorek nad ranem zmarła Halina Wyrodek - Artystka wybitna. Koleżanka i Przyjaciółka z Piwnicy.
Śpiewając o młodości, która "z kości i krwi" opowiadała także o sobie. Taka właśnie była. Bezkompromisowa, szalona, a jednocześnie niezwykle ciepła. Żadnego udawania. Prawdziwa aż do bólu.
Na scenie potrafiła porazić krzykiem i oczarować szeptem. Umiała także rozbawić do łez. Nie można było przejść obojętnie obok jej niezapomnianych interpretacji.
Kochała życie i żyła naprawdę intensywnie. Kiedy się smuciła to smuciliśmy się wraz z Nią. Kiedy się złościła to trzęsło się pół świata. Kiedy się radowała wtedy świat stawał się bardziej kolorowy.
Cieszyła się najpiękniej z małych, codziennych spraw i z wielkich scenicznych sukcesów.
Jej przejmujący śpiew powodował, że ludzie płakali. Teraz także zapłaczą, gdy tego śpiewu zabrakło na zawsze.



29.06.2008

Wczoraj ostatni w sezonie program Kabaretu. O północy gromkim "sto lat" uczciliśmy solenizantów, czyli Piotra Ferstera, Piotra Kubę Kubowicza i Pawła Pierzchałę. Wspominaliśmy najczulej Piotra Skrzyneckiego dziwiąc się szybkości upływu czasu. Obecność Joasi i Jurka Wienerów, sióstr Bożeny i Reni Leszczyńskich i prof. Andrzeja Gaberle dodała piwnicznemu spotkaniu pięknego blasku.
Poniżej  pozwoliłem sobie zamieścić fragment spisanego przeze mnie komentarza do albumu "Dom na Groblach". Życzę odrobiny wzruszenia podczas lektury!

"Imieninowe wspomnienia Piwniczan i Piwnicznych Przyjaciół według miejsc, z pominięciem dat ułożone"

Mały domek na drodze do Bronowic
- prof. Jerzy Skarżyński - Jedliśmy chleb z płatkami kwiatów. Alkoholu było niewiele, a rano udaliśmy się na basen. Piotr nie zdejmował kapelusza i nie pływał. Było nas tylko parę osób. Pamiętam Wieśka, Basię Nawratowicz, i jedną panią, historyk sztuki z Warszawy...

Stadnina koni
- Ola Maurer - To było tuż po moim ślubie. Na łące między drzewami wisiały lampiony. Byłam ubrana w suknię z jedwabnej, morelowej żorżety, o ton bledszej niż piękny zachód słońca. Taki kolorowy, radosny wieczór...

Dwór "Senator" w Zakrzowie
- Jacek Wójcicki - Nie było żadnych skandali, w każdym razie nie przypominam sobie takowych. Szalenie elegancko. W ogrodzie paliły się tajemnicze ognie. Goście przyjeżdżali z niejakim opóźnieniem, klucząc po okolicy. Wynająłem pokoik, co pozwoliło mi zjeść dystyngowane śniadanko w towarzystwie Piotra, który jak zawsze poprosił o coś małego i mokrego, czyli... pół jajka na miękko!

Nowy Kleparz
- Zygmunt Konieczny - Przychodziłem zawsze na Groble do Janiny w wigilię imienin. Wchodziliśmy przez okno i przez okno wychodziliśmy. Natomiast we ""właściwych imieninach" nie uczestniczyłem, bo nie lubiłem być terroryzowany przez odległość i czas. Wyjątkiem było spotkanie na Nowym Kleparzu.

"Uni Bar" - Wola Justowska
- Jan Kanty Pawluśkiewicz - Goście bawili się nadzwyczajnie, natomiast właścicielka lokalu chcąc zrobić "interes życia" przygotowała ogromną ilość pieczonych, zleżałych od Nowego Roku kurczaków. Nie muszę dodawać, że nikt tego ścierwa nie kupił, choć czasy były nielekkie...

- Robert Hobrzyk - Tę noc będę pamiętał ze względu na słynną pointę u państwa Pawluśkiewiczów, dotyczącą pewnego fotela morską trawą wypełnionego i pewnego nie do końca wypalonego papierosa...

Przegorzały - "U Zyiada"
- Rafał Jędrzejczyk - Zostałem do rana, bo Piotr obiecywał, że obejrzymy niezwykłe widowisko. Miał rację. O świcie mgły znad Wisły uniosły się w górę, a my mieliśmy wrażenie, że taras restauracji poszybował wraz z nami gdzieś bardzo wysoko!

Most Dębnicki
- Leszek Wójtowicz - Płynąłem łódką po Wiśle śpiewając dla Piotra "Jezioro Rtęci". Na nabrzeżu bawił się tłum Gości. Reflektory lotnicze oświetlały Wawel. Jedynie śpiący pod mostem kloszard nie był z tego wszystkiego zadowolony i wybrał sobie na tę noc spokojniejszą sypialnię.

Dworzec Główny w Krakowie
- Beata Rybotycka - Przyszłam prosto z teatru. Najbardziej pamiętam to, że Piotr zaprosił mnie do walca. Teraz, kiedy przechodzę przez dworzec, słyszę tę muzykę...

- Tamara Kalinowska - Poczułam się (nareszcie!!!) swobodnie i na miejscu wśród piwnicznych gości. Napisałam wtedy (nareszcie!!!) żartobliwą "Pieśń kolejową", którą zaśpiewałam z Dominiką Kurdziel.
"... Bo ja jestem Twą koleją
Twą miłością i nadzieją
Tylko kolej czule złączy
serca dwa..."

- Maciej Skalski - Niepowtarzalna sceneria. Najmilej wspominam muzykowanie z Kondziem Mastyło. Darliśmy się wszyscy, będąc konkurencją dla "oficjalnej kapeli".

- Adam Ziemianin - Dzień wcześniej spotkałem Piwniczan, którzy pod przewodnictwem Piotra dokonywali "dworcowej wizji lokalnej". Zostałem serdecznie zaproszony. Warunkiem było wygłoszenie wiersza o tematyce kolejowej. Tak też się stało.
"...Stąd wszystkie drogi
w nieznane drożą
Więc każdy tor
jest tylko ślepym torem..."

Ogród Botaniczny
- Konrad Mastyło - Czarodziejski wieczór. Odurzający zapach kwiatów. Szampan. Graliśmy dla Piotra z Michałem Półtorakiem wspólnie z cygańską kapelą. Poczułem się wtedy "prawdziwym cyganem".

Vis a´ Vis
- Halina i Zbyszek Liszkowie - Te ostatnie... Świece, lampiony, wielu przyjaciół. Nad ranem odwoziliśmy kwiaty na ul. Worcella. Brat Piotra - Józef spóźnił się na pociąg. Dzień zastał nas w czasie dekorowania mieszkania Solenizanta zgodnie z Jego wskazówkami.

Plac Imbramowski
- Piotr Ferster - Dawno temu. Długi, obficie zastawiony stół. Świece i sztuczne ognie. Mnóstwo porozrzucanej marchwi, resztek kapusty i kalafiorów. Zadziwiliśmy tym rautem warzywnych hurtowników, którzy zachwyceni wznosili z nami liczne toasty. W sumie spędziliśmy wspólnie z Piotrem dwadzieścia pięć Spotkań Imieninowych...



28.06.2008

Dzisiaj pierwszy dzień Małopolskiego Pikniku Lotniczego. Impreza ta odbywa się już po raz piąty w okolicach Muzeum Lotnictwa na krakowskich Czyżynach. Stamtąd do mojego osiedla jedynie żabi skok, mogę, więc śledzić z okna powietrzne akrobacje. Jest, na co popatrzeć, ale czymże są najbardziej skomplikowane lotnicze wywijasy przy umysłowej ekwilibrystyce mojego ulubionego polityka? Niczym są - odpowiadam solennie!
Oto kilka złotych myśli wygłoszonych ostatnio przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego w sprawie domniemanej współpracy Lecha Wałęsy z SB, oraz wiedzy, jaką na ten temat były premier posiadał i posiada obecnie. Cytuję:
- Nasz cel współpracy z Lechem Wałęsą był następujący: zdobyć władzę. I nam się to udało.
- Gdybym to publicznie wtedy ogłosił zostałbym zdezawuowany. Także moja własna partia by tego wtedy nie zrozumiała.
- Krótko mówiąc: z punktu widzenia tego, czym kierować się powinien polityk, tj. realizacji celu, byłoby to postępowanie całkowicie bezrozumne.
- To jest prawda. Ja mogę to zaświadczyć także w sposób uroczysty, także jeżeliby ktoś zechciał odbierać ode mnie w tej sprawie przysięgę, to jestem gotów przysiąc.
Przymykam oczy i taki oto ciąg obrazów widzę proroczym natchnieniem niesiony. W wyreżyserowanej przez Jacka Kurskiego, a prowadzonej z wdziękiem przez Jana Pośpieszalskiego audycji telewizyjnej prezes Kaczyński dłoń na krucyfiksie kładzie, oczy do nieba wznosi i na tle uduchowionego śpiewu Leszka Długosza przysięgę składa. W tle archiwalne zdjęcia kukły "Bolka" płonącej przed laty w trakcie pamiętnej demonstracji naprzeciw Belwederu. W ten sposób brama historii z hukiem się za zdrajcą zamyka, zaś przywódca PiS-u w rejony bohaterskie wstępuje stając się od tej pory Wyznacznikiem, Racji, Sensu i Prawdy Jedynej.
Widzenie znika, a ja zaczynam się zastanawiać, co by było, gdyby rzeczywiście takie jasełka się zdarzyły, a później wyszłoby na jaw, że można udowodnić, iż pan prezes biorąc Boga na świadka  z pełną premedytacją kłamał?
Sprawa wydaje się prosta. Jarosław Kaczyński udzieliłby wtedy wywiadu. Najpierw spojrzałby znowu w niebo, a następnie w obiektywy kamer i powiedziałby tak: - Przyświecała mi wyższa, niedostrzegalna przez innych powinność. Chcąc w establishment podły uderzyć skrótu myślowego na temat mojego byłego szefa użyłem. Dążyłem do władzy, a to usprawiedliwia mnie w sposób oczywiście oczywisty. Stwórca sens mojej widział misji, a skoro widział, to o żadnym krzywoprzysięstwie nie może być mowy.
Na koniec niezwykle istotne pytanie! Czy to naprawdę wyłącznie fantazje wywołane widokiem śmigających po niebie samolotów?



26.06.2008

Marzenia się czasem spełniają! Przyszło mi to do głowy kiedy oglądałem niesamowity w swojej dramaturgii mecz Niemcy - Turcja. Oglądałem to widowisko z zazdrością mając w pamięci nieporadne zachowanie na boisku naszej reprezentacji.
Skąd zatem nagła myśl o marzeniach? Aby odpowiedzieć na to pytanie muszę cofnąć się do zamierzchłych czasów sprzed 1989 roku. Kwitła wtedy na scenach i estradach szlachetna sztuka aluzji. "Po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy" - śpiewał Wojciech Młynarski i wszyscy od Bałtyku aż po szczyty Tatr wiedzieli doskonale, że ta "babcia" to Związek Radziecki z Leonidem Breżniewem i jego późniejszymi następcami na czele. Niby się pisało o czymś zupełnie niegroźnym politycznie, a tak naprawdę sens utworu tkwił znacznie głębiej. Okazuje się zresztą, że te metoda odczytywania treści piosenek święci ostatnio dosyć dziwne triumfy. Niedawno ktoś ze śmiertelną obwieścił, że piosenka pt. "Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma" to w rzeczywistości zakamuflowana opowieść o braku wolności w okresie PRL-u! Jak zawsze nie wiadomo - śmiać się, czy płakać?
Wracam do tematu. W połowie lat osiemdziesiątych cenzura zaostrzyła drastycznie kurs wobec śpiewających poetów i "przemycenie" czegokolwiek do oficjalnych, czytaj legalnych występów stawało się coraz trudniejsze. Nadmieniam, że od 1983 roku "Moja litania", czyli jakby nie patrzeć pieśń nagrodzona w Opolu została solennie zakazana przez niezapomniany Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, czyli cenzurę właśnie.
Zasiadłem, więc wtedy do pisania pełen słusznego gniewu w nadziei przechytrzenia demonicznej maszynerii realnego socjalizmu. Nadzieję miałem o tyle słuszną, że wiosną 1986 roku powstała naprawdę udana piosenka pt. "Konkurs gitarowy". W piłce nożnej działo się tak jak się działo, a zatem powstał utwór lekki założenia zatytułowany "Piosenka futbolowa". Obie wspomniane ballady śpiewałem później z powodzeniem. Śpiewałem i wzdychałem marząc, aby żyć w kraju gdzie piosenkę o mizernym poziomie narodowego kopania piłki można odczytywać wprost, beż żadnych aluzji. No i doczekałem się! Tekścik wygląda jakbym napisał go parę dni temu, a nasze orły zagrały jak wiadomo jeszcze gorzej niż to się zdarzało ich poprzednikom w połowie lat osiemdziesiątych. Życzę przyjemnego czytania!


PIOSENKA FUTBOLOWA

O futbolu napisano pioseneczek całą masę
Pastwił się nad tym tematem dziennikarzy mądrych rój
Więc choć zbyt się na tym nie znam jednak korci mnie by czasem
Do tej całej paranoi dodać także głosik swój

Zastanawia mnie czasami sprawa bardzo zagadkowa
Że jeżeli naszym graczom zdarzy się wystąpić źle
Wtedy rzutki komentator ma przygotowaną mowę
I bez żadnych ceregieli zawiadamia wszystkich że…

Błędy owszem ale przecież założenia były słuszne
Chłopcy dali z siebie wszystko na co ich od dawna stać
A poza tym winien sędzia i przeciwnik wredny głównie
Kto mógł bowiem się spodziewać że potrafi lepiej grać

Zaczekajmy więc spokojnie aż ekipa się odnowi
Zwyżka formy nadejść musi - pewne jak dwa razy dwa
Trener mógł się trochę mylić - jednak chwała trenerowi
Bo następca to na pewno radę sobie łatwo da

Bardzo trudno komentować wystąpienia równie mądre
Mimo to nieśmiało rzucę jedną wywrotową myśl
Że jeżeli chcemy piąć się - zamiast lecieć wciąż na mordę
Trzeba zmienić założenia i to szybko - choćby dziś !

lipiec 86'



24.06.2008

Czas zakończyć "blogowe wakacje". Lenistwo bywa czasem wskazane, ale nie należy przesadzać.
Wczoraj nad Krakowem przetoczyła się nawałnica połączona z oberwaniem chmury i gradobiciem. W życiu publicznym podobnie. Kraj znowu podzielony na dwa wrogie obozy, a wszystko za sprawą wydanej przez Instytut Pamięci Narodowej książki pt. "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii". Temperaturę konfliktu widać najlepiej na forach internetowych. Przekonani o agenturalnej przeszłości byłego prezydenta RP posyłają przeciwników do wszystkich diabłów, wyzywając przy okazji od zdrajców, zaś druga strona nie pozostaje w żaden sposób dłużna nazywając interlokutorów idiotami. Zacytowałem rzecz jasna jedynie najłagodniejsze określenia, gdyż nie mam ochoty zamieniać swojej strony w rynsztok.
Mam ogromne pretensje do Lecha Wałęsy o to, że kiedyś dopuścił do swojego otoczenia Jarosława i Lecha Kaczyńskich. Gołym okiem widać było wówczas, że owi politycy chcą rządzić Polską zza pleców prezydenta sukcesywnie ubezwłasnowolniając go politycznie. Kiedy jednak postawił on na Mieczysława Wachowskiego usuwając braci z Belwederu wtedy nagle nastąpiło olśnienie. Patriotyczna iluminacja nakazująca ujawnić, że Lech Wałęsa to agent "Bolek". Resztę czytający moje słowa znają doskonale.
Książki nie czytałem, ale dostępne w internecie materiały skłaniają mnie do stwierdzenia, że mamy do czynienia z pracą wykonaną w celu osiągnięcia określonych skutków politycznych. Jeżeli jednak bohater opracowania wytrzyma ciśnienie całej tej sytuacji, to ma wielką szansę, iż jego legenda ulegnie wzmocnieniu. Jest to ewidentny paradoks, którego istnienia najwyraźniej nie przewidziała ekipa byłego premiera i obecnego prezydenta, a także oni sami.
Tak czy owak ludzie pozostaną przy swoich poglądach. Dla jednych Lech Wałęsa będzie nadal herosem walki z realnym socjalizmem, a dla innych sterowaną z Moskwy kreaturą.
Co ponadto? Ano mamy za sobą upadek marzeń o sukcesach na Euro 2008. Fakt ten przesadnie mnie nie zmartwił, ponieważ zakończyła się niesmaczna kampania promująca żłopanie piwska, kupowanie telewizorów i innych jakże niezbędnych dóbr pod pozorem manifestowania naszej dumy narodowej. Nie wywiesiłem polskiej flagi ozdobionej nazwą znanego browaru ponieważ uważam tego typu połączenie za zwykły skandal.
Przyznam się natomiast, że obejrzałem część koncertów Festiwalu w Opolu. Nie wszystkie, ale jednak. Byłem ciekaw jak też wyglądać będzie "święto polskiej piosenki". No i zobaczyłem! Szmira poganiała szmirę, zaś upiorny natłok efektów komputerowych i zbędnej choreografii sprawiał wrażenie transmisji z podrzędnego lunaparku. Konferansjerskie wyczyny dwóch krakowskich pieśniarzy pominę chłodnym milczeniem, oprócz stwierdzenia, że wspomniani dżentelmeni sprawiali wrażenie niezwykle z siebie zadowolonych. Pomyłka w przyznaniu nagrody, którą następnie odebrano, aby wręczyć komuś innemu, to kuriozum absolutne. Koncert piosenek Wojciecha Młynarskiego poprowadzony dyskretnie przez Adama Nowaka dowiódł z kolei, że niewielu wykonawców powinno śpiewać utwory Mistrza. Pięknym akcentem była obecność na scenie jego samego. Szkoda, że nie zaśpiewał. Ogromna szkoda.
A co u mnie? Z wielką radością wspominać będę wręczenie pani Oldze Tokarczuk Nagrody "Odry". Zagrałem dla Laureatki i Znakomitych Gości recital na dziedzińcu  "Ossolineum". Oby zawsze zdarzały mi się tak piękne chwile.
Z czułością wspominam pobyt w Raciborzu na zaproszenie Elżbiety i Andrzeja Biskupów. Kolejny, bo już siódmy "Festiwal Ekologiczny Piosenki i Wiersza dla Dzieci i Młodzieży Szkolnej" pozwalam sobie ocenić jako niezwykle udany. Uczestniczyłem w pracach jury i proszę mi uwierzyć, że czyniłem to z przyjemnością.
Dosłownie parę dni przed Festiwalem w Opolu miał miejsce w Klubie Rotunda roczny finał Konkursu "Śpiewać każdy może". Cóż za różnorodność artystycznych propozycji! Wszyscy występujący zasługiwali na nagrody, ale tę jedyną otrzymała młodziutka Małgorzata Nakonieczna z Kielc rewelacyjnie śpiewająca jazz.
Tymczasem diabelskie koło absurdów kręci się widowiskowo również w Małopolsce. W ostatnią niedzielę rodzimi faszyści znowu demonstrowali w Myślenicach unosząc łapy w hitlerowskim pozdrowieniu. Zabawiali się w ten sposób jak na razie bezkarnie, gdyż prokuratura rozpatrująca ich sprawę z ubiegłego roku umorzyła postępowanie stwierdzając, iż jest to salut rzymski. Kończę pisanie zupełnie nowej piosenki. Będzie bardzo gorzka.



17.05.2008

Ubył kolejny kawałek naszego świata. Zmarł Andrzej Warchał. Satyryk, scenarzysta, reżyser, aktor nie tylko piwniczny. Jest taka scena w "Amatorze" Krzysztofa Kieślowskiego, kiedy to w kuluarach festiwalu filmowego awanturuje się niezadowolony z werdyktu jury reżyser. Tę malutką, ale istotną rolę zagrał z wielką pasją Andrzej. Inaczej zagrać nie mógł, bo czego, jak czego, ale właśnie pasji nigdy mu nie brakowało, zaś połączenie wybuchowego temperamentu z wielką inteligencją dawało iście piorunującą mieszankę.
Jego monologi wygłaszane zza nieodłącznej, czerwonej jak pierwszomajowy transparent rozkładanej trybunki wywoływały niezmiennie salwy najpiękniejszego śmiechu. Śmiechu, który oczyszczał w trudnych czasach serca publiczności i nas artystów słuchających popisów Andrzeja z garderoby. Użyłem słowa "śmiech", gdyż nie był to durny rechot towarzyszący obecnej ekspansji masowej kultury.
Piwniczny "czerwony komisarz", niezmordowany tropiciel rozmaitych absurdów minionego systemu był także twórcą zafascynowanym przemijaniem. Trudno zapomnieć łzy wzruszenia na widowni w czasie projekcji jego filmu pt. "Ta nasza młodość". Znał się na filmowej robocie. Zaskakiwał pomysłami, które wielokrotnie ukazywały gorycz codzienności.
Niewyobrażalne kłótnie Andrzeja z Piotrem to osobny fragment historii Piwnicy. Miały one w sobie coś z precyzyjnie wymyślonego przedstawienia, pełnego niespodziewanych zwrotów akcji, a także improwizacji jakże błyskotliwych. Tak kłócić się mogą jedynie dwie wielkie indywidualności.
Od lat nie występował już w Kabarecie. W trakcie słynnego już "Rautu Lotniczego" w Muzeum Lotnictwa na krakowskich Czyżynach zasiadł skromnie na widowni i w niekłamany sposób cieszył się z braw, które wzbudzały jego teksty w interpretacji Krzysia Janickiego. Miał taki wyraz twarzy, jakby chciał powiedzieć: - No proszę! Prawda, że mi się udało napisać dobre rzeczy?
Nie zgadzam się z Tobą Andrzeju. To, co napisałeś nie było dobre, ale po prostu znakomite. Pamiętam jak po raz pierwszy obejrzałem Twój występ w trakcie piwnicznego programu. Pamiętam swój zachwyt, a nawet przyznam się, że po jakimś czasie potrafiłem cytować znaczne fragmenty. Dziękuję Ci za Twoje słowa i za obrazy, które umiałeś wyczarować na ekranie. Dziękuję za oddech i za nostalgię. W Niebie niezłe będzie zamieszanie, kiedy rozłożysz swoją trybunkę i zaczniesz bawić wszystkich z Wszechmocnym na czele. Pan się uśmiechnie i wtedy być może odblask boskiego uśmiechu dotrze do nas jak podmuch ciepłego wiatru. Dzięki Tobie.



28.04.2008

"W czasach PO gardzi się ludźmi" - tak zdiagnozował obecną sytuację szef TVP Andrzej Urbański. Paradoks polega na tym, że w jakimś sensie zgadzam się z panem prezesem. Pomimo bowiem przejęcia władzy przez koalicję PO - PSL nadal w Polsce gardzi się ludźmi. Gardzi się ich umiejętnością oceny rzeczywistości.
Trwa debata na temat sensu płacenia abonamentu. Dzięki uzyskanym w ten sposób wpływom media publiczne mają rzekomo wypełniać swoją misję. Bez abonamentu nastąpić ma z kolei likwidacja owych mediów, które zostaną sprzedane za psie pieniądze wiadomo komu i wiadomo przez kogo.
Dzisiaj podam dwa przykłady jak wygląda w praktyce wspomniana "działalność misyjna" i daję słowo, że nie ośmielam się żartować z czytających te słowa. "Gwiazdy tańczą na lodzie" to program będący modelowym przykładem telewizyjnej komercji. Niby niczego nie trzeba udowadniać, ale jak się okazuje jest dokładnie odwrotnie. Dyrektor TVP2 Wojciech Pawlak powiedział, że: "TVP traktuje się w sposób intencjonalnie zły. "Gwiazdy tańczą na lodzie" jest także programem misyjnym, bo przecież zachęca do nauki jazdy na łyżwach. To zła wola mediów, którzy zrobili mu gębę. I polityków, którzy ślinią się, by dobrać się do TVP".
Jak nie zachwycić się rozumowaniem pana dyrektora? Blok reklamowy promujący soki owocowe można na przykład uznać, jako program misyjny propagujący zdrowie odżywianie. Tak się można bawić w nieskończoność broniąc swojej znakomicie opłacanej posadki. Nie wspomnę o tym, że kiedy PiS dokonał wspólnie z Samoobroną i LPR przejęcia mediów publicznych nie był to wynik wcześniejszego "ślinienia się", ale patriotyczna troska o dobro wspólne.
Od rana do nocy słyszę, że TVP współfinansuje ważne dla kultury narodowej produkcje filmowe. Wczoraj miałem wątpliwą przyjemność z takim "dziełem sztuki" boleśnie się zapoznać. W TVP1 zobaczyłem najpierw planszę z napisem "Uczta kinomana", a następnie napis w formie pieczęci obwieszczający, iż to, co obejrzę zostało w znacznym stopniu sfinansowane z abonamentu. Nie była to jednak żadna "Siódma pieczęć", ale coś, co nosiło dumny tytuł "Superprodukcja". Tego koszmarnego gniota wyreżyserował Juliusz Machulski, zaś zagrali naprawdę znakomici aktorzy. Wiele do zagrania to oni tam nie mieli, ale na wszystkich twarzach widoczne było wyraźnie "misyjne uniesienie". Dodam jeszcze, że miała to być z założenia komedia, ale niczego zabawnego przez cały czas emisji nie dostrzegłem.
Na koniec pewien smaczny konkret. Jestem przeciwnikiem płacenia abonamentu. W ostatnich wyborach wspierałem PO. Uważam, że obecny sposób kierowania publiczną telewizją i publicznym radiem jest katastrofalny. Uważam ponadto, iż uporczywe utrzymywanie z naszych pieniędzy takich ludzi, jak pani Anita Gargas, Jan Pośpieszalski i Bronisław Wildstein jest biorąc pod uwagę poziom prowadzonych przez nich programów najzwyklejszym skandalem. Mam jak widać wiele zastrzeżeń, ale płacę regularnie abonament. Mój znajomy, który jest ortodoksyjnym zwolennikiem PiS i równie ortodoksyjnym zwolennikiem płacenia wspomnianego quasi-podatku sam abonamentu nie płaci.



27.04.2008

Dzisiaj jedenasta rocznica śmierci Piotra. Dzisiaj moje urodziny. Nocą z soboty na niedzielę płynęliśmy okrętem Miasta przez morze czasu. Dwa spektakle w Piwnicy. Po zakończeniu programów życzenia, toasty i rozmowy, które lśniły piękniej niż wiosenne gwiazdy.
Otrzymałem wspaniałe prezenty, ale najcenniejszym prezentem była obecność Przyjaciół. Radość mieszała się z goryczą. Wspomnienia smakowały jak wino z dobrego rocznika. Byliśmy daleko od szaleństwa świata. Nie wymienialiśmy nazwisk, które na to nie zasługiwały. Nie padały też nazwy partii istniejących wyłącznie po to, aby istnieć. Woleliśmy gawędzić o wierszach i muzyce.
Czuliśmy wyraźnie obecność Piotra. Żałowaliśmy, że nie może nam nic opowiedzieć, ale tym chętniej przypominaliśmy anegdoty, których był postacią pierwszoplanową. Alkohol dawał wyłącznie uczucie lekkości. Niebo pochyliło się nad Krakowem. Noc uśmiechała się czule. Róża w dłoni Piotra z brązu była jak zawsze nieco nadąsana. 
Tak bardzo dziękuję Wam Przyjaciele, że jesteście. Że darzycie mnie swoją życzliwością. Dzięki Wam łatwiej iść krętymi korytarzami Sztuki. Dzięki Wam cudownie płynie się okrętem Miasta. Dzięki Wam.



20.04.2008

Dwie niezapomniane noce w Piwnicy. Piątkowy spektakl zagraliśmy, jak co roku dla znakomitego grona polskiej palestry. Niezwykła życzliwość i elegancja Publiczności dodawała artystom skrzydeł. Zaśpiewałem dwie gorąco przyjęte pieśni. Wszystkich wzruszyła mowa, którą wygłosił z piwnicznej sceny na zakończenie programu mecenas Stanisław Kłys. Oprócz wartych zapamiętania słów zostaliśmy obdarowani koszem pełnym egzotycznych owoców. Bisowaliśmy "Naszą małą wyspą" wspierani wokalnie przez mecenasa Kłysa. Potem czas odrobinę zwolnił i dobrze uczynił, gdyż rozpoczęły się trwające długo rozmowy.
W sobotę dwa kabarety "dla miasta". Stwierdzam najszczerzej, iż cieszą mnie oklaski, które otrzymuję i raduje mnie, że tak znakomicie przyjmowani są moi Przyjaciele. Pięknie jest występować w towarzystwie ludzi zdolnych i wrażliwych. Pięknie jest wspominać, pięknie jest marzyć.
Czytając dzisiaj wpisy w Księdze Gości poczułem się "wywołany do tablicy". Nie mam serca do stadionowych zmagań. Nigdy nie kibicowałem żadnej drużynie piłkarskiej. Obrzucający się obelgami i prowadzący regularne bitwy kibole to dla mnie zjawisko wyjątkowo odstręczające. Wielbiciele piłki kopanej mogą jedynie marzyć o atmosferze towarzyszącej na przykład skokom narciarskim. Ponadto wolę rywalizację indywidualistów. Dlatego też kibicuję Adamowi Małyszowi i Robertowi Kubicy.
Na koniec historyjka z dawnych czasów. Będąc w liceum poszedłem na mecz. Grała "Sandecja" z węgierską drużyną, której nazwy rzecz jasna nie pamiętam. Jak na dzisiejsze zwyczaje było bardzo spokojnie. Trochę pokrzyczeliśmy z kumplami, trochę pogwizdaliśmy, ale w sumie widowisko nie wydało mi się specjalnie interesujące. Zdarzyło się jednak coś doprawdy zadziwiającego. Trybuny na nowosądeckim stadionie są niskie, a zatem nic dziwnego, że w pewnym momencie piłka znalazła się za płotem. Jakiś smarkacz złapał piłkę, ale jej nie odrzucił, tylko ze zdobyczą w dłoniach przeprawił się na drugi brzeg rzeki Kamienicy i zniknął w krzakach. Okazało się, że zapasowe futbolówki i owszem są, ale w gustownej pakamerze. Pomieszczenie to zamknięte było na kłódkę, zaś cieć odpowiedzialny za dostęp do sprzętu gdzieś się zawieruszył. Na oczach zdumionej publiki zaczęło się, więc mozolne piłowanie. Pracowity ślusarz otrzymał tego dnia większe brawa niż wszyscy zawodnicy razem wzięci. Pomyślałem, że nie zobaczę już na żadnym meczu niczego bardziej zabawnego, więc wystarczy mi takiej rozrywki. Słowa dotrzymałem



12.04.2008

Coraz trudniej pisać na blogu "o sprawach, które wszyscy znamy". Obok klawiatury pojawia się diabeł paskudny, który szepce, że nie ma sensu się męczyć, skoro zakłamanie, bezczelność i głupota kłują w oczy znakomitą wręcz kondycją. Owo diabelskie gadanie straszliwie rozleniwia i niełatwo mu się przeciwstawić. Pomimo wszystko spróbuję.
Słowo "kondycja" kojarzy się w sposób oczywisty z Igrzyskami Olimpijskimi. Wytrwałość, szlachetna rywalizacja. Sport niosący światu pokój ponad podziałami politycznymi. Przyznam, że tego typu hasła budzą we mnie uczucie politowania a nawet niesmaku. Miliony ludzi dotyka coraz groźniejsza plaga otyłości, tymczasem jednym z ważniejszych sponsorów Olimpiady w Pekinie jest Coca-Cola. Regularne picie napojów produkowanych przez ten koncern prowadzi właśnie do otyłości. Mamy, zatem do czynienia z wyraźną sprzecznością. Koła olimpijskie umieszczane w kampaniach reklamowych i na opakowaniach powodują potężny wzrost wartości firmy. To czysty biznes i opowiastki o szczytnych celach można między bajki włożyć.
Gdyby jednak tylko takie sprzeczności towarzyszyły współczesnemu ruchowi olimpijskiemu, to naprawdę nie byłoby tak źle. W końcu nikt nikogo nie zmusza do konsumowania szkodliwych dla zdrowia świństw. Wystarczy trochę pomyśleć i problem znika.
Znacznie gorzej jest z polityką, która rzekomo nie powinna mieć nic wspólnego ze sportowymi zmaganiami. Pozwalam sobie przypomnieć, że wchodzący w skład Chin Tybetański Region Autonomiczny powstał w wyniku zbrojnego najazdu dokonanego przez Chiny na wolny Tybet. Przypominam również oficjalne hasło Olimpiady, które brzmi: "Jeden Świat, Jedno Marzenie". Marzeniem Tybetańczyków jest wolność. Ich przywódca - Dalajlama wzywa jedynie do poszanowaniu autonomii. Władze Chin krwawo pacyfikują jakiekolwiek przejawy sprzeciwu próbując jednocześnie narzucić światowej opinii publicznej jedynie słuszną ocenę wydarzeń.
Dobrze pamiętam uczucie wzruszenia, kiedy po wprowadzeniu stanu wojennego napływały do Polski wyrazy poparcia ze wszystkich stron świata. Teraz to my powinniśmy wesprzeć gnębiony naród.
I tutaj zaczyna się kłopot. Oto na przykład dwóch znakomicie opłacanych dziennikarzy próbuje wymóc na zaproszonej do studia tyczkarce, Monice Pyrek decyzję o bojkocie Igrzysk. Dla zawodniczki zdobycie medalu olimpijskiego to w przyszłości sportowa emerytura. Dla redaktorów ta kwestia nie ma żadnego znaczenia. Liczy się oglądalność i tylko oglądalność. Ujął mnie sztangista, Szymon Kołecki, który stwierdził, że być może ogoli głowę, aby stać się podobnym do tybetańskich mnichów. Nie widzę w tym geście śladów kabotyństwa.
Krzysztof Hołowczyc, rajdowiec, a na dodatek, europoseł bawi się natomiast w Hamleta z Koziej Wólki. Pobiec w Sztafecie Olimpijskiej, czy nie pobiec? Opowiada wierutne bzdury o "reprezentowaniu Polski", które to "reprezentowanie" ma usprawiedliwić wzięcie udziału w komercyjnym cyrku sponsorowanym przez firmę Samsung akurat 4 czerwca, czyli w rocznicę rozjechania czołgami manifestacji studenckich na Placu Tiananmen. Jak tak dalej pójdzie, to kiedyś doczekamy się wypowiedzi pana Hołowczyca, że wziął udział w debilnej reklamie chipsów pod hasłem "Potęga smaku" z miłości do wierszy Herberta. Diabeł siedzi przy klawiaturze i chichocze.
Trudno, aby nie chichotał. Kiedy na skutek zawalenia się słupów wysokiego napięcia Szczecin pogrążył się w ciemnościach, wtedy głos raczył zabrać poseł PiS Joachim Brudziński stwierdzając, że za powstały chaos odpowiedzialność ponosi Platforma Obywatelska.
Poseł Jacek Kurski, oszczerca, który niedawno przepraszał na łamach Gazety Wyborczej za swoje pomówienia w sprawie "afery billboardowej" wzywa do "wypalenia żelazem" nieuczciwości w polskiej piłce nożnej.
Brakuje tylko, aby Jarosław Kaczyński powołał w ramach działań opozycji radę ekspertów do spraw uczciwości wszelakiej, na której czele stanąłby detektyw Krzysztof Rutkowski. Detektyw wykreowany przez TVN na fachowca w rozwiązywaniu arcytrudnych spraw. Nie dziwi, zatem, iż właśnie do niego zwróciła się rodzina porwanego przez bandytów Krzysztofa Olewnika. Według licznych doniesień medialnych rola byłego posła Samoobrony jest w tej dramatycznej, zakończonej zabójstwem porwanego sprawie delikatnie mówiąc dwuznaczna, co nie przeszkadza panu detektywowi w startowaniu obecnie do Senatu RP.
Nawet zdarzenia wydawałoby się kabaretowe mają swoje drugie, groźne znaczenie. Już magister Jan Bez Marii Rokita ogłaszał chęć odbycia poważnej rozmowy z ministrem sprawiedliwości profesorem Zbigniewem Ćwiąkalskim na temat uszkodzonego laptopa byłego ministra magistra Ziobry. Już obiektywne inaczej media przyprawiały obecnemu ministrowi gębę człowieka zajmującego się duperelami, a tu niespodzianka. Z zapisanych na twardym dysku danych wynika, że poseł Ziobro zajmował się będąc ministrem sprawiedliwości układaniem sensacyjnych scenariuszy na użytek Telewizji Polskiej. Czynił to w ścisłej współpracy z pisowskim postrachem TVP niejaką Patrycją Kotecką, której postępowanie obraża honor znacznej części dziennikarzy, zaś pseudonim "Pati Koti" honor wszystkich kotów świata.
Słynnego orędzia telewizyjnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego omawiać nie będę, gdyż, jakiej klasy było to przedstawienie wszyscy widzieli. Na koniec dodam jeszcze, że należy strzec się pilnie niedoszłych artystów. Do grupy tej zaliczam posła Kurskiego, którego rzewnych porykiwań przy kulawym akompaniamencie własnym na gitarze miałem nieprzyjemność wysłuchać kiedyś na antenie pewnej stacji telewizyjnej. Nikt nie ostrzegł jednak pana prezydenta, czego nie rozumiem, gdyż w Pałacu Namiestnikowskim jest zatrudniona za naprawdę dobre pieniądze liczna ekipa rozmaitych doradców.
Diabeł patrzy na ekran i co ciekawe przestał chichotać. Chyba się po prostu trochę przestraszył.



6.04.2008

Zagrałem wczoraj recital w Piwnicy. Elegancka, licznie przybyła Publiczność wspierała mnie szczerymi oklaskami. Co ciekawe nawet najstarsze pieśni i piosenki z "Moją litanią" na czele brzmiały zastanawiająco aktualnie, zaś nowości wręcz dobitnie. Janek Trybulski pięknie nagłośnił śpiew i gitarę, a także wyczarował światłami sprzyjający występowi nastrój. Koncert trwał prawie dwie godziny i zakończył się dwoma bisami. Ogromnie ucieszył mnie obraz, który otrzymałem od znakomitego artysty Jacka Drozdowskiego. Pastel przedstawia tajemniczą drogę. Autor twierdzi,  ze to moja droga do sławy. Oby miał rację!
Po recitalu zasiedliśmy z Przyjaciółmi w Sali Planetarium, żeby pogadać od serca. Było tak, jakby przestrzenie Nieba zbliżyły się do piwnicznych podziemi. Lekki szum anielskich skrzydeł słychać było pod sufitem. Dużo uśmiechów, kaskady anegdot i wspomnień.
Przed moim blokiem na drzewku magnolii już niedługo eksploduje pierwszy pąk. Tyle wiosny w powietrzu, że celowo nie napisałem niczego o sprawach związanych z polityką. Wczoraj wyśpiewałem radości, smutki i obawy. Na dzisiaj wystarczy.



21.03.2008

Dzisiaj Wielki Piątek - dzień Męki Pańskiej. Wczoraj upłynął tydzień od śmierci mojego Ojca. Smutek spowodowany odejściem kogoś bliskiego jest przeżyciem bardzo głębokim. To uczucie tli się w nas niepowstrzymanie. Czas powoduje, że przygasa, ale są takie momenty kiedy powraca znowu. Nic tego nie zmieni, gdyż tak właśnie skonstruowane są nasze dusze i umysły.
Pamiętam doskonale, jak przed wielu laty uczestniczyłem w nabożeństwach Triduum Paschalnego. Byłem ministrantem, a później lektorem. Zawarty w Ewangelii opis pojmania, procesu i męczeńskiej śmierci Jezusa Chrystusa wywierał na mnie i wywiera do tej pory ogromne wrażenie. Z jednej strony wiedziałem, że Zbawiciel umrze na krzyżu, ale z drugiej strony odruchowo buntowałem się przeciwko takiemu biegowi wydarzeń. Skazanie na haniebną śmierć głoszącego miłość uczłowieczonego Boga wydawało się zbyt okrutne, aby miało jakiś sens. Potem nadchodziła jednak Niedziela Wielkanocna i niemożliwe stawało się faktem. Oto Syn Boży wracał wśród żywych. Zwyciężał śmierć, tak jak obiecał swoim uczniom. Tak jak obiecał nam wszystkim.
Wiara pozwala dobrze żyć. Pozwala przeciwstawić się rozpaczy. Pozwala cieszyć się tym, co jeszcze przed nami tam, gdzie nie ma już zła, cierpienia i śmierci.
Kiedy z niedzielę zasiądziemy w rodzinnym gronie przy świątecznym stole, wtedy przybędzie pewność, że Tato dotyka już tajemnicy zmartwychwstania. Będziemy się uśmiechać. Pomimo smutku.



6.03.2008

Czas pędzi jak zawsze. Wydarzenia jak zwykle przyśpieszają. Nic tego nie zmieni. Tak było, jest i będzie.
W Rosji po niedawnych wyborach same zagadki. Jak będzie wyglądało sprawowanie władzy? Kto tak naprawdę będzie rządził? Władimir Putin, czy Dymitrij Miedwiediew? Godłem Rosji jest jak wiadomo dwugłowy orzeł. Czyżby zatem jakaś forma dwuwładzy? Niemożliwe! Car zawsze był tylko jeden. A może jednak? Michał Gorbaczow stwierdził w udzielonym niedawno wywiadzie, że Rosja w końcu wejdzie na drogę prawdziwej demokracji. Czym jest dla Rosjan demokracja? Z pewnością nie tym, co działo się za rządów Borysa Jelcyna. Trzeba ukrócić korupcję. W Rosji zawsze kradli, ale we wszystkim należy zachować umiar. Car-ojczulek powinien pogrozić wszechwładną ręką tym, którzy nie znają swojego miejsca w szeregu. I żeby świat nie pouczał, bo Rosja to największy kraj na świecie. Przestrzenie ogromne, ropa, gaz, metale, bogactwa wszelkie i ludzie nieugięci jak syberyjskie sosny. Komentarze pełne wątpliwości. Międzynarodowa opinia publiczna czeka i poczeka jeszcze, gdyż jak napisał Aleksander Błok - "Rosja to sfinks".
Za Oceanem trwa wyścig do Białego Domu. Jeszcze wczoraj wydawało się, że Barack Obama ma nominację Demokratów w kieszeni. Tymczasem zwycięstwo Hillary Clinton w Teksasie, oraz Ohio zmieniły sytuację.
W Polsce obchody "Marca 68". Prezydent Lech Kaczyński uznał za stosowne pominąć wśród zaproszonych do Pałacu Prezydenckiego Adama Michnika, jednego z najważniejszych uczestników tamtych wydarzeń. Trudno komentować tę decyzję. Taka postawa przypomina mi demonstracyjną niechęć prezydenta Lecha Wałęsy w stosunku do Anny Walentynowicz i Andrzeja Gwiazdy.
To wszystko jest ważne, ale dzisiaj istotność tych faktów znacznie przyblakła. Umarł Gustaw Holoubek. Zatrzasnęły się kolejne drzwi przeznaczenia. Genialny aktor i wielki intelektualista wygłasza być może teraz "Wielką improwizację" poza czasem i przestrzenią patrząc w oczy Boga. Sztuka jest nieśmiertelna.



1.03.2008

Wczoraj wieczorem do Polski zbliżał się wiejący dzisiaj bardzo mocno orkan Emma. W Sejmie spierano się na temat nowego kształtu tak zwanej "ustawy medialnej". Portale internetowe pęczniały coraz to nowymi wiadomościami. Był dwudziesty dziewiąty dzień lutego.
Jakby na przekór szaleństwom świata wspominaliśmy w Piwnicy Janinę Garycką. Janinę, która była Dobrym Duchem Kabaretu. Najpierw w szczelnie wypełnionej Gośćmi Sali Planetarium im. Kazimierza Wiśniaka przy lampce wina otworzona została wystawa rysunków Janiny pięknie zaaranżowana przez Sebastiana L. Kudasa. Gospodarzem wieczoru był Marek Pacuła mówiący ciepło i z wyraźnym wzruszeniem.
Następnie w Sali Kabaretu odbyła się projekcja filmu Antoniego Krauze poświęconego niezapomnianej Pani na Groblach. Film nagrodzono brawami, a potem zaczął się koncert. Wystąpili: Michał Chytrzyński, Rafał Jędrzejczyk, Adrian Konarski, Ola Maurer, Agata Półtorak, Maciek Półtorak, Michał Półtorak, Beata Rybotycka, Agata Ślazyk, Grzegorz Turnau, Jacek Wójcicki, oraz piszący te słowa. Ze sceny popłynęły słowa Janiny pochodzące z Jej notatnika. Nie zabrakło "Krakowiaczka śledczego" z muzyką Adriana. Śpiewano obszerne fragmenty "Życia prywatnego Wazów", czyli spektaklu muzycznego, do którego teksty wyszukała, bądź napisała przed laty Janina, zaś muzykę skomponował Grzegorz. Zaśpiewałem balladę "Dla Janiny" i zabrzmiała ona szczególnie nostalgicznie.
Publiczność aplauzem kwitowała występy Artystów. Na koniec wyświetlony został film będący zapisem wspomnianego spektaklu dokonanym w czerwcu 1993r. w Ogrodzie Instytutu Kultury Żydowskiej przy ulicy Batorego przez Wojciecha Morka, naszego Filmowego Kronikarza.
Napisałem "na koniec"? Przepraszam za tak drastyczną pomyłkę. Kiedy bowiem zakończyła się projekcja rozmawiano jeszcze długo. Aniołowie namalowani kiedyś przez Janinę na suficie Jej sypialni sfrunęli z Nieba, aby wspominać wraz z tymi, którzy nadal pamiętają i będą pamiętać. Błogosławiony jesteś czasie miniony. Czasie dobry. Nasz czasie.



22.02.2008

Wczoraj był filmik propagandowy o Czerwonym Kapturku skierowany przeciwko Platformie Obywatelskiej. Dzisiaj PiS przedstawił rządy obecnej koalicji jako Matrix. Ucieszne obrazki prezentował najwyraźniej zadowolony z siebie niejaki Mariusz Kamiński wykonujący obecnie zawód posła partii braci Kaczyńskich.
Posła Kamińskiego znakomicie pamiętam z ubiegłorocznej kampanii wyborczej. W trakcie konwencji PiS w Białymstoku prowadził pompatyczną fetę w jakiejś hali widowiskowo-sportowej. Podrygiwał na estradzie, uśmiechał się promiennie, pokrzykiwał i wdzięczył się niemiłosiernie w stronę prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Język, którego używał był polszczyzną mocno siermiężną. Jako rzecznik prasowy Klubu Parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości niewiele się zmienił. Takie same podrygi, te same szerokie jak ukraiński step uśmiechy i ten sam sposób mówienia.
Zajrzałem na stronę internetową rzecznika Kamińskiego i szpakowate włosy stanęły mi dęba! Dowiedziałem się ze zdumieniem, że ten, jak sam siebie określa "zwykły chłopak z Podlasia" jest magistrem prawa. Wolę nie myśleć o tym, co usłyszałbym od zaprzyjaźnionych ze mną Profesorów z Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdybym się pokazał w mediach jako specjalista od Czerwonego Kapturka i Matrixa w służbie polityki.
Po dłuższym zastanowieniu doszedłem do wniosku, że pomimo wszystko idzie ku lepszemu. Równie udanym, aczkolwiek jak się okazało niebezpiecznym absolwentem prawa jest, bowiem były minister sprawiedliwości mgr Zbigniew Ziobro. Lepiej zatem, aby prawnicy z PiS zajmowali się kręceniem głupawych filmików, niż aby mieli realny wpływ na polskie prawodawstwo i jego realizację. Niech sobie żyją w swoim Matrixie. Szkoda tylko, że za nasze pieniądze.



22.02.2008

Okazuje się, że nie można zbyt długo pozostawać w miłym letargu. Moje przebudzenie spowodowały trzy osoby. Pierwszą z nich jest prezes PiS Jarosław Kaczyński, drugą prezydent Lech Kaczyński a trzecią pewien niezawodny Internauta. Zacznę od tego ostatniego. Ów odmóżdżony przez pisowską  propagandę typek wchodzi ostatnio coraz częściej na moją stronę i w Księdze Gości zamieszcza swoje chamskie uwagi dotyczące rządu Donalda Tuska, oraz ludzi wspierających Platformę Obywatelską, PSL i LiD. Sposób pisania dowodzi, że wielbiciel byłej na szczęście władzy nadużywa alkoholu, gdyż na trzeźwo trudno doprawdy pisać w sposób tak nieudolny. Spokojnie usuwam te bluzgi, gdyż jakże mogę mieć pretensje do nawiedzonego pijaczka, skoro jego idole wygadują na co dzień kwestie znacznie bardziej kuriozalne?
Kiedy premier Tusk wybierał się z wizytą do Moskwy ruszyła wywołana przez Jarosława Kaczyńskiego i jego popleczników nawała przeciwko temu przedsięwzięciu. Mówiono o hołdach, które szef rządu ma rzekomo zamiar składać Władimirowi Putinowi. Podkreślano konieczność kontynuacji twardej polityki wobec Rosji, która była wizytówką rządu PiS Po powrocie premiera do kraju były premier określił wizytę jako blamaż. Co ciekawe przez krótki czas wydawało się, że prezydent Kaczyński tego poglądu nie popiera.
Nieco później brat prezydenta zafundował Polakom spektakl kabaretowy twierdząc ze śmiertelną powagą, że nie zagłuszano telefonów pielęgniarek okupujących w ubiegłym roku pokój w kancelarii premiera, ale zagłuszanie to było spowodowane troską o bezpieczeństwo Państwa. Kogo tak naprawdę zagłuszano, tego rzecz jasna Jarosław Kaczyński nie raczył wyjaśnić budząc powszechne rozbawienie.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, iż wydarzenia w skali międzynarodowej nabrały niebezpiecznego przyśpieszenia. Po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo nastąpił w Europie wyraźny podział. Większa część krajów Europy, oraz USA uznała, bądź zapowiedziała uznanie nowopowstałego państwa, ale niektóre z krajów z Rosją na czele zgłosiły zdecydowany sprzeciw popierając Serbię, która nie chce pogodzić się z utratą części swojego terytorium. W Belgradzie zapłonęły budynki ambasad, w tym ambasady amerykańskiej.
Rząd Donalda Tuska jest skłonny Kosowo uznać, ale prezydent Lech Kaczyński stanowczo zaleca powściągliwość. W ten sposób prezydent naszego kraju staje po stronie Rosji, której zgodnie z wcześniejszymi tyradami byłego premiera należy się spektakularnie przeciwstawiać.
Gdyby prezydentem Polski nie był Lech Kaczyński, wtedy PiS uznałby tego typu postępowanie jako przykład zdrady interesów narodowych.
Wściekłość z powodu przegranych w październiku wyborów nie opuszcza tych, którzy utracili władzę. Paradoks polega na tym, iż rzeczywiste zaniedbania obecnego obozu rządzącego zagłuszane są przez pohukiwania ośmieszającej się wciąż opozycji. Pokazany niedawno w telewizji piętnujący rządy PO filmik propagandowy to źle zrobiony, głupawy gniot. Świat spogląda z niepokojem na Bałkany, a tymczasem strażnicy prawdy jedynej i niepodważalnej bawią się jak piszący w pijanym widzie Internauta.



6.02.2008

W ubiegłą sobotę na scenie Teatru Groteska pokazano kolejną już "szopkę polityczną". Śpiewano i recytowano. Z relacji telewizyjnych wynika, że czołowi przedstawiciele naszego życia publicznego śpiewać nie potrafią, co skądinąd nie powinno przesadnie dziwić. Z recytacją też było raczej mizernie, zaś cytowane przez gazety i portale internetowe fragmenty uciesznych tekstów sprawiały mocno żenujące wrażenie. Na dodatek wystąpiły osoby, których w większości nie zaprosiłbym do domu. W ramach "ocieplania wizerunku" PiS poseł Jacek Kurski przebrał się za króliczka. Znany potwarca zasugerował w ten sposób, że taki całkiem zły to on nie jest. Dziwi mnie obecność w tym towarzystwie prof. Andrzeja Zolla, ale życie przynosi codziennie rozmaite niespodzianki.
W następnych dniach przedstawienie wyraźnie się rozkręciło, zaś jego akcja przeniosła się do Warszawy. A to ktoś prawdopodobnie potraktował służbowy laptop młotkiem, a to ktoś inny podobne urządzenie utopił w wannie. W szeregach opozycji podniósł się potężny lament, iż rządzący wynajdują tematy zastępcze. To, że na twardych dyskach mogły znajdować się niewygodne dla PiS dane nie miało dla lamentujących żadnego znaczenia, albo też wręcz przeciwnie miało znaczenie fundamentalne. Były premier włączył się energicznie w zapowiadaną akcję "ocieplenia wizerunku" strasząc postępującą bezkarnością przestępców. Myślę, że gdyby wypowiadając te słowa był przebrany za jakieś sympatyczne zwierzątko efekt byłby znacznie lepszy. To byłaby dopiero prawdziwa szopka.
Dzisiaj Popielec. Wydawałoby się, iż ten dzień powinien skłaniać do refleksji, zwłaszcza wśród polityków mieniących się katolikami. Nic z tego. Poseł Tadeusz Cymański dziwi się wzrostowi notowań Platformy, skoro "rządowi nie idzie", albo coś podobnego. Nie sądzę, aby pan poseł czytał moje internetowe notatki, ale poczucie obowiązku nakazuje mi sprawę wyjaśnić. Otóż pomimo, że rządy obecnej koalicji nie są wolne od poważnych błędów i zaniedbań, to jednak mają one jedną wielką zaletę. Nie uczestniczą w  nich ludzie tacy jak panie Szczypińska i Kempa, oraz panowie Kaczyński, Brudziński, Gosiewski, Kuchciński, Putra, Karski, Kurski czy wyrażający swoje zdumienie Cymański. Bardzo proste nieprawdaż panie pośle?
Dzisiejsza debata sejmowa na temat służby zdrowia tradycyjnie przypominała pyskówkę. Frekwencja na sali mizerna, co biorąc pod uwagę rozmiar problemu jest faktem doprawdy zastanawiającym.
Na koniec bardzo ważna dla losów kraju informacja. Były minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro oświadczył, że jego rządowy laptop został uszkodzony w trakcie przeprowadzki. Gdyby obecny pan poseł był ministrem PO, to zwolennicy PiS zakrzyknęliby ochoczo, iż nawet młotka używać nie potrafi.



30.01.2008

Przeglądając dzisiaj informacje w internecie bardzo się ucieszyłem. Moje zdumione oczy przykuł taki oto tytuł: "PiS ujawni wszystkie błędy rządu w sprawie EURO 2012". Przez chwilę myślałem, że oto jestem świadkiem realizacji nowej polityki informacyjnej Prawa i Sprawiedliwości. Że partia ta ujawnia własne zaniedbania, aby tym bardziej uwiarygodnić swoją krytykę kierowaną pod adresem Platformy Obywatelskiej. Nic z tych rzeczy! Sprawa dotyczy błędów rządu Donalda Tuska, czyli wszystko po staremu.
PiS-owscy  spece od propagandy niczego się nie nauczyli. - Tusk zepsuł stosunki Polski z Ukrainą - obwieszcza światu Adam Bielan. - Przy Tusku Miller to człowiek zasad - komplementuje premiera Jarosław Kaczyński. - Rządy Platformy to putinada - dodaje z wdziękiem. 
Kłopoty na wschodniej granicy, to rzecz jasna według polityków PiS również ewidentna wina Platformy Obywatelskiej. Pozwolę sobie nie zgodzić się z tym stwierdzeniem. Jestem przekonany, że poprzedni rząd patrzył na sytuację celników w kategorii podaży i popytu. Skoro Polska wchodzi do Strefy Schengen, to pracownicy tej grupy zawodowej nie będą potrzebni na naszej zachodniej i południowej granicy, a zatem będzie ich tylu, że przyjmą pracę na wschodniej granicy za każde pieniądze. Nie przyjęli i zaczął się protest, za który zapłacą podatnicy, czyli my wszyscy. Mam tutaj na myśli odszkodowania, które Polska będzie zmuszona zapłacić producentom, przewoźnikom i odbiorcom nie dostarczonych na czas towarów. Można było temu zapobiec wcześniej, ale o tym PiS słowa nie piśnie, gdyż tkwi nadal w okowach retoryki, która spowodowała jego klęskę w jesiennych wyborach.
Nie zmienia to faktu, że rząd Donalda Tuska powinien w trybie pilnym kryzys rozwiązać, gdyż jego przedłużanie grozi międzynarodowym skandalem.
Na koniec uwaga optymistyczna. Im bardziej PiS zapędza się w swoich konfrontacyjnych pomysłach, tym bardziej czyni niemożliwym swój powrót do władzy.



29.01.2008

To, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni budzi oburzenie. Trudno wręcz o tym pisać. Wydawałoby się, że ogłoszona przez prezydenta RP żałoba narodowa powściągnie polityków od wykonywania złych gestów i wypowiadania złych słów. Stało się inaczej. Urzędnicy z kancelarii Głowy Państwa z jego rzecznikiem Michałem Kamińskim na czele przypuścili w trakcie trwania żałoby frontalny atak na ministra obrony narodowej twierdząc, że jest on winny niepowiadomienia Lecha Kaczyńskiego o tragedii samolotu CASA. Głos zabrał gen. Roman Polko z Biura Bezpieczeństwa Narodowego potwierdzając te właśnie sugestie. Okazało się jednak, że Ministerstwo Obrony Narodowej nie dość, że dysponuje bilingami rozmów, to jeszcze na dodatek posiada pismo BBN nakazujące kontaktowanie się w sytuacjach kryzysowych z prezydentem RP poprzez właśnie BBN. Powaga żałoby narodowej została w poważny sposób zakłócona. Zadziwiającym krajem jest Polska skoro młodzież ze względu na powagę chwili odwołuje wcześniej zaplanowane bale studniówkowe, zaś "wybrańcy narodu" zachowują się w sposób skandaliczny. Na wielkie uznanie zasługuje, zatem stanowcza wypowiedź arcybiskupa Józefa Życińskiego potępiającego tego rodzaju praktyki.
Kiedy nie udało się ukazać w paskudnym świetle ministra Bogdana Klicha, wtedy próbowano uderzyć w ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Został on wezwany w trybie nagłym przez prezydenta RP z Brukseli, gdzie brał udział w spotkaniu ministrów spraw zagranicznych krajów Unii Europejskiej. W Brukseli omawiano między innymi niezwykle istotną w kontekście stanowiska Rosji kwestię statusu Kosowa, oraz sprawę ewentualnej umowy stowarzyszeniowej UE z Serbią. Minister do Warszawy poleciał, z prezydentem pogawędził, a dzisiaj Kancelaria Prezydenta wydała oświadczenie, że wizyta w Brukseli została przerwana z inicjatywy ministra Sikorskiego.
Metoda taka sama - wywołać szum medialny wokół określonej osoby, bo a nóż widelec uda się przekonać opinię publiczną, iż obecnie rządzący sprawują władzę nad wyraz fatalnie. Cierpi na tym autorytet prezydenta Lecha Kaczyńskiego, cierpi na tym autorytet Rzeczpospolitej.
Zastanawiam się, jaki jest mechanizm takiego postępowania? W udzieleniu odpowiedzi na to ważne pytanie nie pomógł mi wczoraj pewien internauta - zagorzały zwolennik PiS, a zwłaszcza bezkrytyczny wielbiciel Jarosława Kaczyńskiego. Napisał on na czacie, który często odwiedzam, że były premier (cytuję) "otacza się świadomie osobami głupszymi od siebie, aby tym łatwiej sprawować nad nimi kontrolę". Załóżmy, że mój rozmówca ma rację i sprawa dotyczy także otoczenia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Oznaczałoby to, iż mamy do czynienia z groźną dla kraju sytuacją polegającą na ciągłej eskalacji konfliktów na linii prezydent - premier.
Trudno przyjąć do wiadomości szokująco prosty sposób myślenia internauty, jednakże coś jest chyba jednak na rzeczy. Dowodem na to jest taki oto fragment wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego, której udzielił on wczoraj w Krakowie. Brzmi ona tak: "Mamy do czynienia z deficytem kulturowym. Żeby rządzić trzeba być na pewnym poziomie kulturowym". Być może większość z czytających te słowa nie uwierzy, ale Jarosław Kaczyński nie miał na myśli swoich popleczników, oraz współpracowników Lecha Kaczyńskiego. Jedno jest pewne, a mianowicie nudzić się nie będziemy, ale nie jestem przekonany, czy o taki rodzaj rozrywki nam chodzi. 



24.01.2008

- Bez latania nas nie ma! - tak powiadają piloci. Wczoraj dwudziestu z nich zginęło wracając nowoczesnym samolotem transportowym z konferencji "Bezpieczeństwo lotów". Okrutne bywają zrządzenia losu. W telewizji obejrzałem wywiad z gen. Włodzimierzem Usarkiem, dowódcą II Brygady Lotnictwa. Wyraźnie poruszony mówił o śmierci swoich kolegów. Swoich przyjaciół.
Bycie żołnierzem to z założenia również nieustanna gra ze śmiercią. Jednak latanie to inny rodzaj gry. Spełniają się marzenia o dorównaniu ptakom. Niezwykle odpowiedzialna praca w piękny sposób splata się z czymś na granicy poezji. Przestrzeń, wolność i prędkość. Gdzieś powyżej niezmierzony Kosmos, a poniżej Ziemia, czyli dom.
Oni już do domu nie wrócą. Kochali powietrze, na którym opierali skrzydła swoich maszyn i to powietrze ich zabiło. Bliscy poległym pilotom patrząc w niebo będą ich tam widzieć. Będą pamiętać.
Jest w codziennym zachowaniu lotników jakaś dyskretna elegancja. Oni lecąc patrzą na nas z góry bez cienia wyższości, pomimo, że znajdują się tak wysoko. Bez latania ich nie ma.



22.01.2008

Dzisiaj zasiadłem przy klawiaturze komputera w nastroju znacznie mniej poważnym. Postanowiłem bowiem napisać o awanturze, którą wywołał jakiś czas temu poseł PO Janusz Palikot. Na swoim blogu zadał on pełne troski pytanie, czy prezydent Lech Kaczyński nadużywa alkoholu? Jako powód swoich dociekań podał plotki krążące w kuluarach sejmowych.
Wydarzenia potoczyły się wartko i toczą się nadal bawiąc spragnione wrażeń społeczeństwo. Kancelaria prezydenta zapowiedziała wystąpienie na drogę sądową. Pan prezydent RP zechciał nazwać pana posła klaunem. W tym miejscu pozwolę sobie na pewną dygresję, a mianowicie pisałem już, że zawód błazna, bądź klauna to ciężka praca i używanie tego określenia jako inwektywy jest co najmniej nie na miejscu. Nie na miejscu były rzecz jasna domniemania posła Palikowa, który zresztą szybko za nie przeprosił. Jakie będą dalsze losy ewentualnego procesu o znieważenie Głowy Państwa nie wiadomo.
Naiwnością byłoby sądzić, że cała historyjka na tym się zakończyła. We wczorajszym programie "Teraz My" marszałek sejmu Bronisław Komorowski stwierdził, iż zadawanie pytań dotyczących osób publicznych nie jest niczym nagannym. Pan marszałek chyba zapomniał jakie oburzenie wywołały pytania o łapownictwo rzucane z trybuny sejmowej przez Andrzeja Leppera pod adresem konkretnych polityków. Żeby było jeszcze weselej posłowie PiS postanowili  odwołać Janusza Palikota z funkcji przewodniczącego komisji nadzwyczajnej "Przyjazne Państwo". Za było trzech członków komisji, przeciw - pięciu. Plan się zatem nie powiódł, ale za to uratowany większością głosów przewodniczący otrzymał od swoich przeciwników kosz wypełniony butelkami wykwintnych alkoholi. Znajdowały się w nim takie rarytasy jak: Torreador, Złoty Strzał, Anastazja, czy J-23. Nie zabrakło też flaszeczki Żołądkowej Gorzkiej.
- To pewna aluzja dla pana posła Palikota. Mam nadzieję, że ją zrozumie, bo jest bardzo inteligentnym człowiekiem. - Na tym zakończymy wymianę zdań na temat blogowania - powiedział przed wejściem na salę poseł PiS - Paweł Poncyliusz. - To świadczy o tych, co dają - odparł obdarowany.  Wyraził ponadto nadzieję, że wszystko wróci do normy po "tych przepychankach", oraz żal, iż prezent otrzymał akurat przed rozpoczęciem posiedzenia komisji.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zadać panu posłowi Palikotowi kilka istotnych dla losów kraju pytań. Czy gdyby wspomniany kosz otrzymał w dogodniejszym terminie, to ochoczo zabrałby się do konsumpcji? Czy konsumpcja miałaby charakter indywidualny, czy też w szerszym gronie smakoszy? Jak często pan poseł spożywa tego rodzaju trunki zwane przez lud "bełtami", bądź "mózgotrzepami"? Czy wreszcie lubiana przez moich znajomych Żołądkowa Gorzka jest przez pana posła traktowana na równi z J-23?
Pytania są o tyle istotne, że komisja ma w ciągu pierwszych trzech miesięcy odbyć sto posiedzeń tropiąc i zanosząc złe przepisy w polskim prawie dotyczącym zwłaszcza działalności gospodarczej. Niczego nie sugeruję, tylko metodą pana posła pytam szczerze zatroskany, a w razie czego mogę przeprosić.



21.01.2008

Powinienem się usprawiedliwić. Nie pisałem przez prawie trzy tygodnie, gdyż odstręczała mnie oczywistość komentarzy, które powinienem tutaj pomieścić. Ilość wydarzeń wręcz przytłacza. Spróbuję jednak pomimo wszystko odnieść się do niektórych spraw. Proszę wybaczyć brak chronologii, ale nie mam innego wyjścia.
Rada gabinetowa. Słuchając nagrań miałem w pewnych momentach uczucie, że coś podobnego już kiedyś miało miejsce. Przypomniała mi się mianowicie debata telewizyjna Jarosław Kaczyński - Donald Tusk. Debata, która w znacznym stopniu zdecydowała u wyniku październikowych wyborów. Obecny premier pytał ówczesnego premiera o ceny podstawowych produktów spożywczych. Jarosław Kaczyński nie potrafił podołać temu wydawałoby się prostemu wyzwaniu. Teraz w pałacu prezydenckim Lech Kaczyński pytał o konkrety dotyczące sytuacji w służbie zdrowia. Odpowiedzi, które uzyskał cechowała znaczna ogólnikowość. Na dodatek atmosfera spotkania była wyraźnie napięta. Premier próbował obrady prowadzić, zaś prezydent się temu, skądinąd słusznie przeciwstawiał. Na dodatek termin zwołania rady gabinetowej okazał się o tyle bezsensowny, że prezydent miał zaledwie parędziesiąt minut na debatę na temat dla kraju niezwykle istotny. Wszystko to sprawiało wrażenie chaosu. Gospodarz rady był wyraźnie nastawiony na wyłapywanie potknięć swoich interlokutorów.
Problemy związane ze służbą zdrowia nie pojawiły się w momencie przejęcia władzy przez koalicję PO i PSL, a zatem dziwi fakt, iż od czasu, kiedy premierem został Jarosław Kaczyński prezydent Lech Kaczyński rady gabinetowej nie zwoływał. Być może nie chciał zadawać swojemu bratu pytań, które obecnie zadawał premierowi Tuskowi i jego ekipie. Wniosek, który się nasuwa nie jest optymistyczny. Prezydent nadal nie potrafi wyjść z roli rzecznika Prawa i Sprawiedliwości, zamiast szukać porozumienia. Bardzo smutna to konstatacja.
Teraz kamyczek, a raczej duży kamień do ogródka Donalda Tuska. Pisałem tutaj, że określone obietnice składane w trakcie kampanii wyborczej są odbierane przez społeczeństwo w sposób dosłowny. Nie mogą, zatem dziwić żądania lekarzy, pielęgniarek, nauczycieli podwyżek innych grup zawodowych dotyczące podwyżek płac. Umów należy dotrzymywać. Rzecz jasna nie da się wszystkiego spełnić natychmiast, jednakże trzeba określić realne terminy, oraz dać solidne gwarancje.
Skoro już wspomniałem o kampanii wyborczej, to chcąc nie chcąc powinienem napisać o medialnych pomysłach liderów PiS dotyczących tak zwanego "ocieplenia wizerunku" tej partii. Wychodzi na to, iż wystarczy częściej się uśmiechać, rozdawać na spotkaniach maskotki i notowania poszybują natychmiast do góry. Nic bardziej błędnego. Tego rodzaju podejście sugeruje głupotę wyborców, którzy nie zwracają uwagi na treść medialnych wystąpień, ale wyłącznie na ich formę. Polityków Prawa i Sprawiedliwości jak widać nie nauczyła zbyt wiele jesienna klęska.
"Strach" - książka Jana T. Grossa. Ze ściśniętym sercem czytałem gorzki w swej wymowie wywiad z dr Markiem Edelmanem, zamieszczony w "Gazecie Wyborczej". Ten niezwykły człowiek z wielką mocą stwierdza, że nie należy mówić o wojennym i powojennym antysemityzmie, ale o bandytyzmie w czystej postaci. Rozumiem sposób myślenia pana Doktora, ale z drugiej strony zdarzyło mi się spotkać w życiu ludzi opowiadających z przekonaniem o mordach rytualnych dokonywanych przez Żydów na chrześcijańskich dzieciach. - Łapią dzieciaka, wkładają do beczki nabitej do środka gwoździami - mówił do mnie ktoś - Potem beczkę obracają tak długo, aż wykrwawi się na śmierć. Krew jest im potrzebna do wypieku macy. Dawno to było, ale do tej pory odczuwam grozę, kiedy wspominam te słowa. Opowiadanie takich historii jest podłością wręcz niewyobrażalną. Buduje niczym nieskrępowaną nienawiść do innych ludzi.
Mamy początek XXI wieku. Wydawałoby się, że jest to czas wolny od bezdennie idiotycznych sądów. Okazuje się jednak, iż wcale tak nie jest. Na ostatnim "Śpiewać każdy może" wykonujący operowe arie starszy pan na pytanie prowadzącego Zbyszka Książka, co sądzi o tezach zawartych w książce Grossa, a konkretnie, kto po wojnie mordował Żydów odpowiedział bez chwili zastanowienia - Sami się wymordowali nawzajem!
Otrzymaliśmy w darze życie na świecie, który pomimo wszystkich swoich wad urzeka pięknem. Jakże często nie potrafimy z tego daru korzystać i to jest największa z oczywistości.



2.01.2008

Odespawszy wczoraj solidnie sylwestrowe szaleństwa przystępuję do pisania. Zaczynam od balu w pałacu Wielkopolskich, czyli w krakowskim magistracie. W "Wydarzeniach" pomieściłem notkę z "Gazety Krakowskiej". Bal udał się znakomicie. Pozwolę sobie wymienić kilka nazwisk Gości, którzy spotkali się, aby bawić się w radosnej atmosferze. Przybyli miedzy innymi: minister Barbara Kudrycka z małżonkiem i przyjaciółmi z Białegostoku, prezydent Krakowa prof. Jacek Majchrowski, poseł prof. Jan Widacki, poseł Wiesław Woda, członek zarządu województwa małopolskiego Wojciech Kozak, wszyscy oczywiście z małżonkami oraz Marta i Bogdan Patenowie. Marta jest wiceprzewodnicząca rady miasta Krakowa, zaś Bogdan wiceprezydentem Izby Przemysłowo Handlowej w Krakowie. Szczególnie ciepło witano księdza Stanisława Majewskiego, który przyjechał wprost z Królewca. Honory gospodarza balowej nocy pełnił jak zawsze z wielką elegancją w towarzystwie żony Anny Kazimierz Barczyk przewodniczący Stowarzyszenia Gmin i Powiatów Małopolski. Zabawa rozpoczęła się polonezem, którego korowód wił się malowniczo również na schodach pałacu. Potem były kolejne tańce, biesiadowanie, aukcja, którą poprowadziliśmy wspólnie z Kazimierzem, a przed samą północą mój krótki występ. Zaśpiewałem "Dla miasta i świata" i "Choćby się zatrząsł dom". Otrzymałem naprawdę gorące brawa i wiele gratulacji. Z wybiciem godziny dwunastej wszyscy składali sobie życzenia wszelkiej pomyślności. Szampan pienił się perliście i smakował jak nigdy w roku. Długo zapamiętam ciekawe i pełne wzajemnej życzliwości rozmowy. Sztuka, polityka, gospodarka, życie po prostu. Dominowało przekonanie, że może być lepiej.
Za nami rok, który osobiście zaliczam do tych dobrych. Indywidualne koncerty, występy z Piwnicą. Nowe piosenki. Spokojna praca artysty. Kabaret nadal się rozwija. Oby tak dalej.
W naszym życiu publicznym dwa niezwykle istotne wydarzenia. Po pierwsze październikowe wybory. Polska scena polityczna została całkowicie przemeblowana. Prawo i Sprawiedliwość utraciło władzę w sposób wręcz widowiskowy. Stało się tak w znacznym stopniu dzięki młodym ludziom. Tworzenie atmosfery ciągłego zagrożenia i dzielenia Polaków na wrogie sobie obozy okazało się zabójcze dla partii braci Kaczyńskich. Bardzo mądrze zachował się Donald Tusk, który nie uległ naciskom, aby korzystając z możliwości "konstruktywnego wotum nieufności" stworzyć rząd z LPR-em i Samoobroną. Eliminacja tych ugrupowań to naturalnie świetna wiadomość. Dodam, że błędem byłoby uleganie euforii zwycięstwa, ponieważ PiS to bardzo mocna partia opozycyjna, posiadająca na dodatek wsparcie prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Jestem przekonany, iż będziemy świadkami mocnych ataków na obecny rząd. Taka jest skądinąd rola opozycji, o czym przez ostatnie dwa lata na najwyższych szczeblach władzy wielokrotnie zapominano.
Można zadać pytanie, co zdążyło się zmienić od października? Odpowiadam, że jest normalniej. Przykładem chociażby postawa przychylnych dla Platformy Obywatelskiej mediów. Punktują one teraz potknięcia rządzącej ekipy. Mediom przychylnym PiS-owi takie pomysły były całkowicie obce.
Drugim, jakże istotnym wydarzeniem było wejście Polski do Strefy Schengen. Marzenia o Europie bez granic stały się faktem.
Nas koniec wspomnę, że za naszą wschodnią granicą stała się rzecz niebywała. Okazało się, że w Rosji wymyślono coś na kształt formuły "politycznego kamienia filozoficznego". Obecny premier już przed wyborami jest przyszłym prezydentem, zaś obecny prezydent będzie premierem tak naprawdę pozostając nadal prezydentem. Może jednak bliższe to wszystko konstrukcji rosyjskiej "matrioszki" niż jakiejś tajemniczej formuły. Coś w czymś. Niespodzianka i brak niespodzianki.
Nowy rok rozpoczął się od krwawych, powyborczych zamieszek w Kenii, przy których nasze, polskie kłopoty wydają się całkowicie nieistotne. Demony zła nie śpią. Trzeba o tym pamiętać.



31.12.2007

Wczorajszej nocy udekorowałem po raz któryś już drzewko przed oknami kamienicy, gdzie mieszkają Ruth i Maria Buczyńskie. Wygląda ono teraz jak surrealistyczne drzewo tykwowe, obwieszone srebrzystymi owocami. Znowu próbowałem odrobinkę zawrócić strumień czasu. Rozglądałem się pilnie dookoła sprawdzając, czy z mroku nie wyłoni się korowód Gości szalonych, piwnicznych Sylwestrów prowadzony przez Piotra. Było cichutko, ale w mojej pamięci pulsowały najpiękniej tamte chwile.
Dzisiaj idziemy z Haliną do Magistratu. Wspólnie z Kazimierzem Barczykiem poprowadzimy aukcję, z której dochód zasili fundusz pozwalający na organizację wakacji dla dzieci polskiego pochodzenia ze Wschodu. Zaśpiewam kilka piosenek. Będziemy się bawić, będziemy tańczyć, będziemy snuć kolorowe plany. O północy pożegnamy Stary Rok i spojrzymy w oczy Nowego pełni nadziei, że okaże się tym najlepszym z dotychczasowych. Dla Miasta i Świata. Dla nas samych.



27.12.2007

Lampki na choince palą się nadal świątecznie. Za oknem dosyć mroźna noc. Światło gwiazd nie może przebić się przez chmury. Światło. Konkret i metafora. "Życie jest opowieścią" - taki tytuł nosi autobiografia Gabriela Garcii Marqueza. Książkę tę dostałem pod choinkę od Haliny. Tytuł piękny i bezlitosny zarazem, gdyż mogą być opowieści dobre i złe. Jeżeli ktoś zajmuje się pisaniem, to jego działalność literacka jest jednym z rozdziałów owej opowieści.
Wiedza jest światłem naszego życia, zaś wątpliwości odcieniami tego światła. Całkowita pewność bywa z reguły niebezpieczna. Kiedy spotykam się z szablonowym myśleniem wtedy odczuwam smutek. Tak było przed Świętami i uczucie to ćmi we mnie nadal uparcie.
Nazajutrz po piwnicznym Opłatku zadzwonił do mnie Znajomy. Złożył powtórnie Halinie i mnie życzenia świąteczne, a następnie polecił przeczytanie "Alfabetu Wildsteina" pomieszczonego w "Rzeczpospolitej". Jest to ten sam Znajomy, który pełen zachwytu przesłał mi jakiś czas temu kserokopię kuriozalnego artykułu prof. Ryszarda Legutko. Stwierdził, że jestem człowiekiem otwartym na argumenty, zatem powinienem się z tym materiałem koniecznie zapoznać.
Gazetę zakupiłem. Miałem wielką nadzieję, że popełniam błąd podejrzewając Autora o schematyzm i napastliwy język. Było jednak znacznie gorzej. Inwektywy, z których składa się ten pożal się Boże "Alfabet" sprawiają, że nawet nieliczne, słuszne uwagi brzmią niewiarygodnie. Polską rządzi "salon", którego diabolicznym przywódcą jest jakże by nie Adam Michnik. Poza ekipą braci Kaczyńskich mamy w kraju liczną zbieraninę ludzi temu właśnie "salonowi" całkowicie zaprzedaną. Bronisław Wildstein, którego przez lata darzyłem wielką sympatią dokonuje rzeczy niesmacznych. Słowo "przebaczenie" to według niego obecnie "uznanie, że przestępcy i łajdacy mogą nie tylko cieszyć się owocami swoich występków, ale muszą zachować dobre imię i być adorowani, jako co najmniej ludzie honoru". Prof. Władysław Bartoszewski "autorytetem stał się, kiedy określił dyplomację Kaczyńskich jako "dypolamtołków", a zwolenników PiS jako "bydło". Demokracja z kolei, to "ustrój, w którym obywatele wybierają kandydatów wskazanych przez salon". Salon zaś to "środowisko autorytetów. Przebywa w nim odpowiednio dobrana, lepsza publiczność. Całość populacji salonu określana jest jako towarzystwo. Na salonie ustala się właściwe poglądy, które potem publikowane są przez Gazetę Wyborczą". Tomasz Lis to oczywiście "były redaktor", a Kazimierz Kutz to "były reżyser".
I tak dalej, aż do znudzenia. Cały ten nieświeży pasztet sprawia wrażenie, jakby Autor nigdy nie był dziennikarzem, a zwłaszcza pisarzem, a teraz zupełnie przypadkowo, albo, co gorsza nieprzypadkowo dorwał się do łamów wysokonakładowego pisma. Nie wiadomo kiedy tak naprawdę jest ironiczny, a kiedy śmiertelnie poważny. O Jarosławie Kaczyńskim pisze na przykład, że jest to "perwersyjny intelektualista, który uwielbia otaczać się miernotami".
Bronisław Wildstein nie rozumie, iż można dokonywać zgodnych z własnym sumieniem wyborów. Że można nie zgadać się z pomysłami i retoryką PiS. Mamy w Polsce demokrację niech więc pisze, skoro ktoś ma fantazję te wynurzenia drukować. Nie to jednak przejmuje mnie smutkiem. Martwi mnie potęga "ukąszenia pisowskiego", generującego znowu niekłamany zachwyt w umyśle mojego Znajomego. On wie.



23.12.2007

Sceptycy powiadają, że cuda miały miejsce w zamierzchłej przeszłości, zaś obecnie już się z nimi człowiek nie spotyka. Nic bardziej mylnego! Jednym ze zdarzeń bliskich właśnie cudowi jest niewątpliwie wejście Polski do "Strefy Schengen". Proszę nie podejrzewać mnie o zbytnią emfazę. Gdyby bowiem, powiedzmy dwadzieścia lat temu ktoś zaczął głosić, że po pierwsze bezkrwawo padnie komunizm, a po drugie będziemy po krajach Europy podróżować bez paszportów, to zostałby uznany za wariata.
Nie chcę być złośliwy, ale w naszej, polskiej polityce o cuda znacznie trudniej. Oto pan prezydent Lech Kaczyński z tak wielką mocą dziękuje rządowi swojego brata za tytaniczną pracę wykonaną na rzecz wejścia do wspomnianej Strefy. Można odnieść wrażenie, że gdyby nie geniusz dyplomatyczny premiera Jarosława Kaczyńskiego i niezrównanej minister Anny Fotygi, to zamiast w Europie bez szlabanów granicznych znaleźlibyśmy się niechybnie w jakimś zadziwiającym układzie z Rosją i Białorusią.
Zostawmy jednak na boku politykę. Śpieszę donieść, że koncerty piwnicznych kolęd i pastorałek zagrane w Filharmonii Gdańskiej i w warszawskiej Sali Kongresowej były prawdziwym sukcesem. W tym przypadku nie można jednak mówić o cudzie, gdyż był to wynik ciężkiej pracy występujących artystów. Zaśpiewałem dwie autorskie pastorałki, czyli "Jezusie maleńki" i "Dla miasta i świata". Za otrzymane brawa dziękuję łaskawej Publiczności najpiękniej. Dodam, że za kulisami pojawił się z gratulacjami minister sprawiedliwości prof. Zbigniew Ćwiąkalski. Znamy się ze Zbyszkiem od dawna. Obiecał, że wpadnie ze swoją uroczą żoną na nasze świąteczne spotkanie i słowa dotrzymał. 
W czwartek opłatek w Piwnicy. Mnóstwo gości. Radosny nastrój. Scenografia Sebastiana Kudasa i Staszka Eckhardta znowu inna i znowu piękna. Śpiewy, łamanie się opłatkiem. Wiele dobrych słów. Nagrałem do telewizji życzenia wyemitowane nazajutrz. Króciutkie były ale najszczerzej czułe. Mnóstwo czasu przegadałem  z prof. Andrzejem Gaberle. Jak zwykle była to mądra i ogromnie ważna dla mnie rozmowa. Wesołych świąt Andrzeju!
Wczoraj urodziny mecenas Ruth Buczyńskiej obchodzone w restauracji hotelu Alef II na Kazimierzu. Towarzystwo tak znakomite, że tradycyjnie nie ośmielam się wymieniać nazwisk, aby kogoś przypadkiem nie pominąć. Przed laty Piotr Skrzynecki powiedział, że my to mamy dobrze, bo zawsze możemy zadzwonić, albo wpaść do Ruth, a wtedy Ona ucieszy się dobrymi nowinami, pocieszy, jeżeli będziemy tego potrzebować, lub też doradzi, gdy poczujemy się zagubieni. Ruto Kochana! Życzę Ci wszystkiego co najlepsze! Jestem pewien, że wysłani przez Piotra aniołowie dopilnują, by spełniały się wszystkie Twoje marzenia.
Jutro Wigilia. Trzeba odpocząć od zgiełku codzienności i zadumać się nad wielką tajemnicą jaką są narodziny Dzieciątka. Niech gwiazda betlejemska swoim świętym promieniem dotknie naszych serc, aby zapłonęły wiarą, miłością i nadzieją.  Bóg się nam narodzi. Nam wszystkim.



13.12.2007

Dwadzieścia sześć lat temu wprowadzono w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej stan wojenny. Dzisiaj odebrałem telefon. Dzwonił jakiś młody człowiek, którego nazwisko mówiąc szczerze nic mi nie mówiło. Przedstawił się jako ktoś pracujący w telewizyjnej "Panoramie". Na wstępie przeprosił, że dzwoni w ostatniej chwili, gdyż rzecz dotyczy wypowiedzi do dzisiejszej edycji wspomnianego już przeze mnie programu. Następnie mój rozmówca powiedział tak: - Nam nie chodzi o kombatanckie, ani martyrologiczne opowieści. Zapytałem, co rozumie przez te określenia, ale nie otrzymałem odpowiedzi, która zwierałaby choćby ślady sensu. Uznałem, że nie będę się znęcać nad telefonicznym interlokutorem i zadałem kolejne pytanie, a mianowicie jak sobie to wszystko wyobraża? Usłyszałem, iż dziennikarka może przyjechać do mnie, a oni chcą potraktować sprawę (cytuję i przepraszam za spolszczenie) "lajfstajlowo". Poprosiłem o wyjaśnienie. - Wie pan - usłyszałem - Sprawa polega na tym, aby pan powiedział, że w stanie wojennym niczego oprócz octu w sklepach nie było, a poza tym nie było zbyt wesoło, ale dało się żyć!
Pozwoliłem sobie skomentować to śmiałe i jakże odkrywcze stwierdzenie zwracając uwagę na fakt próby konstruowania mojej ewentualnej wypowiedzi, czego nie lubię. Elokwentny przedstawiciel "Panoramy" powiedział, że skontaktuje się z dziennikarką, która ma przeprowadzić rozmowę, a ona z kolei skontaktuje się ze mną. Zapewniłem, że mój telefon komórkowy będzie włączony, zaś, kiedy pani redaktor będzie dokładnie wiedziała, o co chce mnie zapytać, będę do dyspozycji. Oczywiście nikt nie zadzwonił, czemu się nie dziwię, gdyż jak już się kiedyś przekonałem telewizyjni żurnaliści traktują swoich rozmówców jak papugi mające powtarzać wymyślone przez nich kwestie.
Przez ostatnie dni czytałem wpisy na rozmaitych forach internetowych dotyczące stanu wojennego. Wieje grozą. Okazuje się, że komunistyczna propaganda święci po latach wielki sukces. Wielu ludzi pisze o wojnie domowej, którą szykowała Polsce "Solidarność". Generał Wojciech Jaruzelski przedstawiany jest jako mąż opatrznościowy ratujący kraj przed radziecką interwencją.
Dzisiaj media poinformowały, że autorzy grudniowego przewrotu mają stanąć przed sądem. Zawsze uważałem, iż właśnie tak powinno być. Mam nadzieję, iż proces zostanie przeprowadzony obiektywnie, bez jakichkolwiek politycznych zawirowań. Trzeba wyjaśnić, czy prawdą jest, że to nie władcy Kremla chcieli wysłać do Polski "bratnią pomoc", ale przywódcy PZPR z generałem Jaruzelskim na czele tej "pomocy" chcieli. Jeżeli zachowały się świadczące o tym dokumenty, to powinien ich wiarygodność ocenić niezawisły sąd. Sprawa jest zbyt poważna, aby była traktowana w kategorii sensacji medialnych, mających za podstawę jedynie przecieki i domniemania.
Jeszcze kilka słów o "kombatanctwie i martyrologii". Przez lata, które upłynęły od 1989 roku utrwaliło się idiotyczne przekonanie, że o walce z systemem komunistycznym tak naprawdę nie wypada mówić. Że wspominanie krzywd jest czymś złym. Że jest ono przejawem owego "kombatanctwa" i owej "martyrologii". Przyznaję, że właśnie bracia Kaczyńscy próbowali nadać odpowiednią rangę pamięci dotyczącej tego fragmentu naszej historii. Próbowali, ale w zgiełku towarzyszącym rządom PiS, LPR i Samoobrony dobre zamierzenia zostały marginalizowane. Trzeba koniecznie do tego wrócić. Z godnością i spokojem.



2.12.2007

Wczoraj w Piwnicy było cudownie. Tłumnie przybyli przyjaciele i współpracownicy świętowali imieniny prof. Andrzeja Szczeklika. Wspaniałego lekarza i człowieka. Miałem zaszczyt prowadzić dedykowany solenizantowi program. Było wiele niespodzianek i wiele wzruszeń. Zaprzyjaźnieni z "Czarodziejem z Hotelu Snów" artyści wystąpili znakomicie. Określenie "Hotel Snów" wymyślił przed laty Piotr Skrzynecki - wdzięczny pacjent kliniki kierowanej przez Andrzeja. 
Z radością wymienię tych, którzy śpiewali, grali, czytali wiersze i zabawne teksty. Program rozpoczął Piotr Kuba Kubowicz. Zaśpiewał między innymi ucieszną piosenkę skomponowaną przez Andrzeja Nowaka do słów doktora Franciszka Serwatki. Panie Krystyna Styrna-Bartkowicz i Iza Tarnowska wręczyły tajemniczą nalewkę okraszając swój dar magicznymi wywodami. Beata Rybotycka śpiewała mając za akompaniatorkę przy fortepianie Różę Mastyło - córkę Konrada Mastyło. Konrad jest jak powszechnie wiadomo muzykiem obdarzonym wielkim talentem, które to zdolności  Róża po ojcu szczęśliwie odziedziczyła. Wybitna poetka - Ewa Lipska odczytała przepiękny wiersz, który następnie zaśpiewała Ania Szałapak. Rafał Jędrzejczyk śpiewał solo i w duecie z aktorką Starego Teatru - Beatą Paluch. Na fortepianie grał Janusz Butrym. Na koniec wzruszająco zaśpiewała Ola Maurer. Szczególnie pracowici byli tego wieczoru piwniczni gitarzyści - Robert Hobrzyk i Jurek Wysocki, który zaprezentował publiczności zbudowaną własnoręcznie kolejną gitarę akustyczną. Wszyscy otrzymali zasłużone brawa i czułe podziękowania od solenizanta.
W trakcie programu przeczytałem wiersz napisany przeze mnie pod wpływem  lektury najnowszej książki prof. Szczeklika pt. "Kore". Książkę polecam najserdeczniej, zaś wiersz zamieszczam poniżej.


POCHWAŁA KSIĘGI


Biedzą się ludzie - czymże jest dusza
Czy nieruchoma czy też się rusza
Czy senność czuje późnym wieczorem
Dusza źrenica laleczka kore

Człowiek od zawsze żywi nadzieję
Że ta laleczka gdzieś w nim istnieje
Że jest związana z nią tajemnica
Co uspokaja która zachwyca

Nie raz się w życiu zastanawiałem
Dlaczego bywa chora wraz z ciałem
Nie mogąc uciec od takich pytań
Postanowiłem księgę przeczytać

Piękna to księga i mądra księga
W niej pomieszczona wiedzy potęga
Ale też humor który się żarzy
I z którym wiedzy bardzo do twarzy

Prostacyklina kot eksperyment
Można wystraszyć całą rodzinę
Kilogram człeka - O prawdo złota
To nie to samo co kilo kota

Księżyc za oknem mrugał szelmowsko
A we mnie serce z radości rosło
Że można takie napisać słowa
Jakby to była czuła rozmowa

Że warto badać że warto szukać
Że medycyna to wielka sztuka
Ona jak światło płócien Vermeera
Nowe przestrzenie ciągle otwiera

Czytając "Kore" nikt nie zaprzeczy
Że duszę można sztuką uleczyć
I za tę pewność w czasie szalonym
Tobie Andrzeju składam ukłony



30.11.2007

Zaniedbałem swoje codzienne pisanie. Bardzo zaniedbałem. Tymczasem wiele się dzieje. W ubiegłym tygodniu dwa bardzo udane występy. Pierwszy w Zabrzańskim Gościńcu. Znakomita publiczność i sala o wyjątkowo nośnej akustyce, a zatem mogłem obyć się bez mikrofonów. Bardzo lubię takie śpiewanie i granie odkąd przed laty dałem recital w Opinogórze w Zamku Krasińskich.
Drugi występ w Piotrkowie Trybunalskim. Wspólnie z Piotrem Kubą Kubowiczem i Witoldem Stawskim - poetą zasiedliśmy w jury konkursu śpiewających poezję. Zachwyciła mnie wrażliwość i zdolności młodych artystów. Wieczorem Kuba i ja wystąpiliśmy z krótkimi programami przyjętymi bardzo pięknie.
Sztuka daje spokój, a tymczasem dookoła pachnie zwykłą głupawką. Rozumiem zaniepokojenie mediów wynikające z faktu zniknięcia z przestrzeni publicznej dyżurnych rozbawiaczy takich jak Lepper, Hojarska, Beger, czy Giertych, ale moim zdaniem goniący za sensacją redaktorzy mocno przesadzają. W ostatnim numerze "Polityki" duży artykuł poświęcony małżeństwo Nelly i Janowi Rokitom. O świeżo wybranej pani poseł można prosto napisać, że nie jest przesadnie mądra i na tym należałoby poprzestać, ale tak dobrze nie ma. Bardziej kuszący jest plan zrobienia z niej tak zwanej "celebrytki" na miarę niejakiej Dody. Prowadzący programy, a także proszący o wypowiedzi mają pewność, że jak pani Rokitowa coś palnie, to pół kraju będzie się pokładać ze śmiechu. Na wspomnianą już Dodę można także liczyć w tej konkurencji. Panowie Morozowski i Sekielski zapraszają ową damę do audycji, w której występuje premier Donald Tusk i są takie jaja, że aż trudno wytrzymać. To znaczy jaj nie ma, ale nic to, bowiem sam pomysł tak mądry i zabawny, że z zachwytu można zmysły postradać. Dama fałszuje, chichocze, coś gada od rzeczy, zaś premier minę ma dziwną, czemu się specjalnie dziwić nie można.
W polityce nie lepiej. Prezes Jarosław Kaczyński cudnie wpisał się w estetykę kabaretu ze złego snu oświadczając, że władza skupiona w rękach Platformy może stanowić zagrożenie dla demokracji. Posłowie PiS przypomnieli sobie nagle o dobrych obyczajach i standardach, które powinny cechować mądre rządzenie krajem, tak jakby minionych dwóch lat w ogóle nie było. PiS nie zgłosił kandydata na sędziego Trybunału Konstytucyjnego, bo władze klubu partii nie dopilnowały terminu. Teraz zapewne dowiemy się o szatanach, którzy byli wyjątkowo czynni. Szajba i kot na dodatek. Nie mam rzecz jasna na myśli żadnego kota z krwi i kości, gdyż to wyjątkowo godne zwierzęta.



20.11.2007

Miałem dzisiaj pisać o polityce. Chciałem dokonać jakiegoś podsumowania, ale dzisiaj tego nie uczynię, a to, dlatego, że miałem przyjemność uczestniczyć w niezwykłym wieczorze. W Śródmiejskim Ośrodku Kultury odbyła się promocja książki Wacka Krupińskiego pt. "Piwniczne Głowy". W poprzednim spotkaniu, które miało miejsce w Piwnicy uczestniczyć nie mogłem. Tym razem się udało i to udało się pięknie. Zapowiedziany ciepło przez Wacka zaśpiewałem "Moją litanię", "Świetlistych oczach żony" i "Pytania o zmierzchu".
Kiedy skończyłem grać i śpiewać, wtedy na kameralnej scenie zasiadł Autor w towarzystwie Pawła Głowackiego, którego poetyckie recenzje teatralne uwielbiam czytać. Dodam dla porządku, że Wacek i Paweł są dziennikarzami "Dziennika Polskiego". Poproszony, aby pozostać na scenie przysłuchiwałem się debacie na temat księgi, a nawet zdarzyło mi się raz, ale za to porządnie dorwać do mikrofonu.
Ciekawe rzeczy mówił Paweł, oj ciekawe! Stwierdził mianowicie, ze istnienie Piwnicy, a także moje istnienie tak naprawdę dla tego, co w "Głowach piwnicznych" napisane zostało nie ma znaczenia. Wyraz zaskoczenia zagościł na twarzy Wacka i mojej. Inteligentnie przewrotny krytyk wyjaśnił z uśmiechem, że najważniejsza jest opowieść. Opowieść i legenda, nie zaś suche fakty. Potoczyła się, więc rozmowa o jakże płynnej granicy pomiędzy zmyśleniem najczulszym, a prawdą możliwą do zweryfikowania. Wyjawiłem jak wyglądało moje spotkanie z Wackiem, które zaowocowało materiałem w księdze pomieszczonym. Przez cały czas używałem określenia "księga" i to właśnie określenie moi przyjaciele zechcieli podchwycić.
Na koniec zaśpiewałem "Znów pojawił się wariat" i "Choćby się zatrząsł dom". Życzliwa publiczność, wśród której dostrzegłem między innymi prof. Stanisława Burkota, pieśniarki: Lidkę Jazgar, Beatę Malczewską-Starowieyską, Basię Stępniak-Wilk, a także dwie czarujące Damy z mojego ulubionego czata domagała się bisów, więc porwany nastrojem wykonałem "Dla Janiny", "Noc cytatów", oraz "Piękny toast". W kończącej mój występ piosence zmieniłem słowa ostatniej zwrotki i zamiast "Dobrze się skończyło - wierszem się skończyło" zaśpiewałem "Dobrze się skończyło - księgą się skończyło". Dobrze, że księga powstała. Coś pozostanie.



16.11.2007

W dzisiejszym wydaniu "Dziennika Polskiego" ukazało się moje wspomnienie o zmarłym w środę Janku Kaczmarku, które zebrał Wacław Krupiński. Oto ono.

Poznałem Janka w 1981 roku, a potem miałem przyjemność przez kilka lat występować gościnnie w programach Elity. Janek był człowiekiem równie utalentowanym, co skromnym. Nienagannie wychowany uwielbiał żarty, anegdotki, dowcipy, które sobie wzajemnie robiliśmy, ale nigdy nie przekraczał granicy dobrego smaku. Zawsze był uśmiechniętym dżentelmenem. Na scenie z jednej strony wszystkie numery i piosenki miał niezwykle precyzyjnie opanowane, ale z drugiej - poprzez mimikę, intonację głosu umiał tak podać piosenkę czy monolog, że miało się wrażenie, iż słyszy się je po raz pierwszy. Bardzo lubiłem jego piosenki, bo mają w sobie lekkość i drugie dno, i stosowną przekorę, i mądrość, i puentę. I delikatność, bo Janek nigdy nie przekraczał granicy, poza którą są już tylko chichoty. On na scenie nie wywoływał rechotu, to był zawsze mądry śmiech publiczności.
Był też kimś, kto w sposób niekłamany interesował się tym, co dzieje się w branży. Lubił wiedzieć, co kto napisał, a był pozbawiony zawiści na tyle, że nie stronił od ciepłych słów na temat, tego co usłyszał. Czuło się, że sukcesy kolegów go cieszą. A to w tej branży naprawdę rzadkie.
Co jeszcze o Janku... Kiedyś wylądowałem u państwa Kaczmarków na kolacyjce, syn Janka miał wtedy góra cztery lata. A gdy już pani domu zostawiła nas w saloniku, byśmy sami mogli się raczyć jakimś trunkiem, Janek rozpromieniony powiedział, że kupił synowi zdalnie sterowane auto, ale chyba przesadził, bo syn jest jeszcze za mały, by się tym bawić...Wyjął je i bawiliśmy się tym samochodem przez dobre dwie godziny. Obserwując szczerą radość Janka, nabrałem wręcz podejrzeń, czy aby nie kupił on tej zabawki z myślą o sobie...
A propos trunku... Kiedyś w Warszawie ciemną nocą i większej grupie udaliśmy się bodaj do klubu filmowców o nazwie "Ściek". I choć było w naszym gronie parę naprawdę znanych z estrady osób, portier uznał, że nas nie wpuści. Nagle jednak wśród naszego grona dostrzegł Janka, skłonił się, serdecznym gestem zaprosił do środka, zapewniając, że stolik zaraz się znajdzie i nawet nie protestował, gdy dowiedział się, że my jesteśmy z Jankiem. Ten stał z miną wielce zadowoloną, gdy portier uśmiechając się promiennie wyznał:"Ja dla pana trenera Piechniczka wszystko zrobię!".
Kiedyś doszło do wizyty Janka w Krakowie, po czym z Piwnicy pod Baranami poszli z Piotrem Skrzyneckim i Markiem Materną, który grywał jako pianista z Elitą, na Groble do mieszkania Janiny Garyckiej, gdzie, jak wiadomo Piotr rezydował. A tam ciemno, zimno i wściekła Janina, że nie ma prądu. I inżynier z Wrocławia naprawił. Ależ Piotr był dumny, że takiego fachowca przyprowadził!

Janku! W Niebie jest teraz z pewnością jeszcze cieplej, jeszcze weselej. Kłaniaj się Janinie i pozdrów Piotra. Szaro się zrobiło bez Ciebie. Szkoda. Wielka szkoda.



15.11.2007

Z jednej strony uśmiałem się wczoraj setnie, ale z drugiej zadumałem nad przejawem zakłamania, bezczelności i zwykłej głupoty. Posłanka Jolanta Szczypińska w wywiadzie udzielonym dla portalu Wirtualna Polska stwierdza, że oferta szefowania sejmowej komisji spraw zagranicznych dla Pawła Zalewskiego była próbą korupcji ze strony Platformy. Nie odczytujemy tego jako wyciągnięcie ręki, albo dobrą wolę. To postawa hipokryzji - mówi w rozmowie z WP posłanka PiS.
Śmiałe stwierdzenie - przyznam to z niekłamanym podziwem. Rozumiem, że według pani Szczypińskiej próba skaperowania Renaty Beger przez pana Adama Lipińskiego w pokoju hotelu sejmowego było "normalną praktyką parlamentarną", zaś jawna propozycja przewodniczenia komisji przez określoną osobę jest czynem godnym potępienia.
O zarzutach hipokryzji wobec Platformy nie wspomnę, gdyż jak widać pani Szczypińska rzadko zagląda do słownika, o ile w ogóle zagląda. Po co zresztą ma gdziekolwiek zaglądać w celu poszerzenia swojej wiedzy, skoro wystarczy jej porażająca wiedza Jarosława Kaczyńskiego?
Jeszcze słów parę o wspomnianym przez panią posłankę "wyciągnięciu ręki". Jak widać Prawo i Sprawiedliwość nie przyjmuje nadal do wiadomości wyniku wyborów, a jeżeli nawet czasem fakt poniesionej klęski dociera do przedstawicieli tej partii, to chcą oni wpływać na kształt personalny, czego się tylko da. Jeżeli poseł Zalewski ośmielił się swego czasu jako przewodniczący komisji spraw zagranicznych wypytywać o cokolwiek osobę tak genialną, jak pani minister Fotyga, to jest z założenia wrogiem PiS, chociaż nadal do tego ugrupowania należy. Wróg na czele komisji? Tej samej komisji? Jeszcze by, czego!
Krótko mówiąc znowu ktoś próbuje traktować współobywateli jako istoty durne z założenia, pozbawione zdolności kojarzenia faktów, a na dodatek w większości tknięte sklerozą. Jest jednak w postępowaniu tym dobra iskierka. Postaram się wyjaśnić, o co chodzi dając za przykład pewnego fanatycznego zwolennika partii braci Kaczyńskich, który przez dłuższy czas straszył swoimi wypowiedziami na czacie, który lubię odwiedzać. Agitował w sposób tak arogancki i pozbawiony jakiegokolwiek szacunku dla rozmówców, że jeżeli ktokolwiek z czytających miał chęć głosowania na PiS, to się tej chęci skutecznie pozbył.
Do walki panie i panowie spod znaku IV RP! Bądźcie nadal butni i swojej buty nie próbujcie ukrywać. Obrażajcie się na wszystkich i wszystkich dookoła. Nie wstydźcie się swojej ignorancji, skoro ciemny lud i tak powinien kupić wszystko co wymyślicie. Bądźcie konsekwentni, gdyż to przybliża wasze ostateczne odejście ze sceny politycznej. Otrzymacie wtedy burzę oklasków. Od wszystkich!



14.11.2007

Obejrzałem w telewizji program. Można to, co zobaczyłem nazwać publicystyką. Z biedą, ale można. Rzecz była o niepodległości w kontekście lustracji, a chwilami także o patriotyzmie. Prowadzący prowadził, goście wypowiadali się kwieciście i na nic szczególnego się nie zanosiło, gdyby nie jakże niespodziana obecność Jana Marii Rokity, który już od jakiegoś czasu jest wyłącznie Janem Rokitą. Na dodatek jest osobą, która wycofała się z polityki, co wielu zachwyconych rodaków przyjęło z niekłamaną radością. Jak już to jakiś czas temu napisałem niedoszły "premier z Krakowa" wyraźnie przekombinował na spółkę z własną żoną, ale jak widać ciągnie go przed kamery, oj ciągnie, jak wilka do lasu, albo jak diabła do kościoła, aby ogonem na mszę dzwonić.
Powie ktoś, że się czepiam i będzie miał rację, ale nic na to nie poradzę, ponieważ czepliwy jestem i już. Zresztą osłupienie w jakie mnie Jan Maria zechciał wprawić wypowiadając się we wspomnianym programie usprawiedliwia mnie w zupełności. Powiedział mianowicie uśmiechając się w charakterystyczny sposób, że: "nie należy być dumnym z rzeczy śmiesznych i groteskowych".
I kto myśl ową złotą wyraził? Ano małżonek nijakiej Nelly Arnold-Rokity, posłanki na sejm obecnej kadencji. Niewiasty, która jak na razie nie zhańbiła się ani jedną sensowną wypowiedzią. Nie jest to z mojej strony mieszanie się w sprawy rodzinne, gdyż bycie posłem to sprawowanie ważnej funkcji publicznej, o czym stanowczo przypominam. W programie wiele mówiono o kształtowaniu postaw patriotycznych wśród ludzi młodych przez rodzinę właśnie.
Duma z własnego kraju, to także akceptacja działań ludzi sprawujących władzę. Zastanawiam się czy Jan Maria Rokita jest dumny ze swojej żony? Jeżeli tak, to powinien wskazać jej karierę polityczną, jako przykład godny naśladowania. Jako przykład postępowania, z którego możemy być dumni. Postępowania podnoszącego prestiż Polski. Jeżeli jest wręcz przeciwnie, to z kolei powinien skrytykować wygłupy bliskiej mu osoby i na dodatek uczynić to w sposób wielce stanowczy. Nic takiego się nie stało. Łatwo jest wygłaszać pouczające tyrady. Bardzo łatwo. Znacznie trudniej samemu żyć według formułowanych przez siebie zasad.
Dzisiaj usłyszałem w radiu, że Donald Tusk zaproponował Rokicie rozmowy na temat jego powrotu do życia publicznego. Ciekawy to pomysł zaczynać rządy od uruchomienia bomby zegarowej, która na dodatek nie wiadomo kiedy wybuchnie, gdyż działanie mechanizmu nieprzewidywalne. Natychmiast zadzwoniłem do biura Platformy Obywatelskiej w Warszawie. Bycie w Komitecie Honorowym to dla mnie poważne zobowiązanie. Zadzwoniłem, aby przestrzec świeżo desygnowanego premiera przed błędną decyzją. Nie wiem, czy moje uwagi zostaną przekazane, ale wiem, że zrobiłem co w mojej mocy.
Czepiam się i czepiać się będę, gdyż uważam, iż właśnie to czepianie się jest w obecnych czasach jednym z ważniejszych przejawów patriotyzmu. Defilady i przemówienia pozostawiam innym. Wolę pisać i śpiewać.



7.11.2007

Jest zima. Po oblodzonej drodze pędzi ze zbyt wielką prędkością samochód. Na zakręcie kierowca traci panowanie nad pojazdem i ląduje w rowie. Oczekując na wezwaną przez telefon komórkowy pomoc zaczyna kombinować. Fakt, że sam doprowadził do niebezpiecznej sytuacji nawet nie przechodzi mu przez głowę. Szuka winnych. Okazuje się, że jest ich bardzo wielu.
Po pierwsze winna jest pora roku. Pora roku i drogowcy, którzy znowu zostali zaskoczeni przez zimę. Żadnych pługów, piaskarek. Nawet solą nikomu się nie chciało posypać. Podatki płacić trzeba, a jak co do czego przyjdzie, to chętnych do roboty nie ma. Krótko mówiąc skandal.
Po drugie zakręt jest zbyt ostry, a to z kolei wina tych, którzy drogę budowali. Takich przed sąd i niech jeszcze za naprawę uszkodzonego samochodu zapłacą.
Po trzecie winna jest teściowa, której akurat dzisiaj zachciało się naprawy urwanego karnisza. Gdyby nie jej głupi pomysł, to by się pan kierowca z domu nie ruszał, a gdyby się nie ruszał, to nie byłoby kłopotu.
Wreszcie wielką odpowiedzialność ponosi żona, gdyż mówiła aby jej małżonek do domu szybko wracał, bo na zakupy trzeba wieczorem pojechać. Stąd cały ten pośpiech.
Samochód w rowie. Facet w samochodzie, a myśli jego na zadziwiające wyżyny spekulacji się wznoszą. Rzeczywistość jest dla pirata drogowego bytem delikatnie mówiąc odległym. Żadnej refleksji.
Opowiastkę tę pozwalam sobie zadedykować panu prezesowi Jarosławowi Kaczyńskiemu. 



6.11.2007

Życzenia dla profesora  Zbigniewa Łagockiego na 80-te urodziny!

Zbyszku kochany!
Od dawna jestem zafascynowany tym jak widzisz świat. Swoją twórczością uchylasz przed nami furtkę prowadzącą do przestrzeni, których istnienia nawet się nie domyślamy. Potrafisz podjąć czarodziejską grę z czasem. Potrafisz utrwalić prawdę uciekającej chwili i uczynić to najpiękniej.
Czule wspominam naszą wspólną pracę nad albumem pt. "Dom na Groblach". Uratowałeś przed klęską niepamięci ważny fragment legendy Piwnicy pod Baranami, z którą jesteś "od zawsze". Dziękuję Ci za rozmowy. Spokojne i lśniące uśmiechem.
W coraz bardziej topornej rzeczywistości ujmujesz niekłamaną elegancją. Pomimo upływu lat nie opuszcza Cię młodość, bo czymże ona jest, jeżeli nie ciągłym odczuwaniem zachwytu? Umiesz się zachwycić spoglądając w wizjer aparatu fotograficznego, jak też obcując z wszelaką sztuką. Umiesz cieszyć się drobiazgami codziennego życia i ta radość udziela się tym, których darzysz swoją przyjaźnią.
W Twoje urodziny zdrowia życzę i szczęścia pod każdą postacią. Niech dobrzy aniołowie strzegą Cię nieustannie.

Ad multos annos! - Profesorze - Ad multos annos!



1.11.2007

Wczorajsza noc była dla mnie nocą wspomnień. Późną porą zaśpiewałem w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w ramach Krakowskiego Salonu Poezji. Była to edycja "zaduszkowa". Ania Dymna i Jej Znakomici Goście czytali wiersze, dedykując je Artystom, którzy odeszli. Zapalali też lampki.
Z wielką radością przyjąłem zaproszenie wystąpienia wśród kochanych przez Publiczność Aktorów. Wykonałem trzy ballady. Były to: "Pytania o zmierzchu", "Dla Janiny" i "Noc cytatów", czyli opowieści o Piotrze Skrzyneckim, Janinie Garyckiej i Wiesławie Dymnym.
Dzisiaj na cmentarzach tyle światła, a w naszych sercach tyle pamięci. Dobrej pamięci, która jest jedyną oprócz wiary naszą bronią przeciwko przemijaniu. Dziękuję Ci Dobry Panie za Tych, Którzy żyli tak pięknie. Żyli obok nas i dla nas. Czuwajcie nad nami tam daleko.



27.10.2007

Tak się złożyło, że zagraliśmy Kabaret wczoraj, a nie tradycyjnie w sobotę. Marka Pacułę zastępował Krzyś Janicki. Beata Czernecka wraz z Michałem Półtorakiem i Tomkiem Kmiecikiem występowali w Tychach. Paweł Pierzchała się rozchorował, zaś jedyny obecny pianista, czyli Adrian Konarski spóźnił się widowiskowo. Program pomimo wszystko odebrany został bardzo dobrze. Zaśpiewałem "Znów pojawił się wariat", oraz "Choćby się zatrząsł dom". Reakcja Publiczności utwierdza mnie w przekonaniu, iż napisałem naprawdę ważną balladę.
Około godziny 21 do salonów Kabaretu przybył mój Przyjaciel prof. Andrzej Gaberle. Zasiedliśmy w parę osób przy stole i zaczęła się piękna rozmowa. Piwniczni Artyści zadawali Andrzejowi pytania dotyczące kwestii prawnych, związanych z wyborami i obecną sytuacją w kraju. Nie zabrakło czułych wspomnień i anegdot. Jak zwykle wielkim powodzeniem cieszyły się dowcipne paradoksy Roberta Hobrzyka.
Po zakończeniu programu pojawiła się wśród nas przybyła z daleka pani Kasia, która pisze prace maturalną o Piwnicy pod Baranami. Przestrzegłem ją, że kiedyś pewien dżentelmen usiłował napisać o Piwnicy doktorat, ale po drodze jak wieść niesie popadł w alkoholizm i na dodatek zwariował. Na żądnej wiedzy, przemiłej licealistce nie zrobiło to jednak większego wrażenia.
Beata, Michał i Tomek na program nie zdążyli, ale za to przywieźli z Tychów smakowity tort, który razem z zachowanym w piwnicznym barze wielkim fragmentem tortu urodzinowego z dnia poprzedniego został zjedzony w tempie zaiste imponującym. Kontynuowaliśmy Polaków rozmowy w radosnym nastroju. Nad panem premierem i jego ekipą nie znęcaliśmy się przesadnie, co świadczy o naszej wrodzonej dobroci. Agata Ślazyk poproszona przez Andrzeja akompaniując sobie na gitarze zaśpiewała kilka piosenek, w tym jedną o tematyce marynistycznej. Śpiewaliśmy także wspólnie niezapomniane piosenki z repertuaru Marka Grechuty. Grali Michał, Robert i Tomek. Ewa Wnukowa doprowadziła wszystkich do łez rozbawienia naśladując genialnie sposób mówienia Nelly Rokity. Wznosiliśmy rozliczne toasty, życząc sobie nawzajem wszelkiej pomyślności.
Bądź pozdrowiona Piwnico! Właśnie taka i tylko taka!



25.10.2007

Kiedy po wygranych dwa lata temu wyborach rozpoczynał działalność rząd Prawa i Sprawiedliwości zdarzyło się coś, co wywołało wśród wielu ludzi nastrój niekłamanego rozbawienia. Minister transportu Jerzy Polaczek powiedział, że PiS nie obiecywał budowy trzech milionów mieszkań, ale chciał w ten sposób zwrócić uwagę na trudna sytuację w mieszkalnictwie. Nie pamiętam, czy nazwałem to stwierdzenie przejawem bezczelności, czy też głupoty, ale nie ma to w tej chwili najmniejszego znaczenia.
Wydawało się, iż mamy już podobne wolty za sobą, a tymczasem we wczorajszym wydaniu "Gazety Wyborczej" udzielił wywiadu były już poseł Platformy, prof. Paweł Śpiewak. Na pytanie: "Czy PO nie okazała się trochę partią populistyczną? Np. obietnice Donalda Tuska dla budżetówki?" - znany socjolog i historyk idei uraczył czytelników zastanawiającą odpowiedzią. Stwierdził mianowicie, że: "To była tylko gra polityczna, by "złowić" dodatkowe głosy w sferze budżetowej, choć PO przedstawiła niewiele konkretów". Mam nadzieję, że pan profesor nie mówił w imieniu partii, na którą głosowałem, gdyż w przeciwnym wypadku byłby to fatalny początek działań zwycięskiej formacji.
Są takie obietnice wyborcze, które głosujący odczytują w sposób dosłowny. Piszę o tym dlatego, aby przestrzec polityków Platformy Obywatelskiej z Donaldem Tuskiem na czele przed próbami stosowania pokrętnej retoryki, której przykłady przedstawiłem powyżej. Dodam, że wszelkim przejawom tego rodzaju myślenia należy się z całą mocą przeciwstawiać. Słowo się rzekło i słowa należy dotrzymać.
Skoro już wspomniałem o słowach, to żądania premiera Kaczyńskiego, aby Donald Tusk przeprosił prezydenta Kaczyńskiego uważam za pomysł co najmniej wątpliwy. Pan premier grzmi na temat chamstwa swoich przeciwników politycznych zapominając o kwestii natury fundamentalnej. Pierwszym obywatelem Rzeczpospolitej jest jej prezydent, jednakże są ludzie od głowy państwa znacznie ważniejsi. To obywatele Polski. Wielu z nich zostało w czasie minionych dwóch lat obrażonych przez premiera w sposób niewybredny. Skoro więc Jarosław Kaczyński domaga się wyrazów skruchy powinien najpierw pokajać się przed tymi, w imieniu których sprawował i nadal jeszcze sprawuje rządy.
W polityce można wygrać i można przegrać. Powinno się jednak wygrywać i przegrywać godnie. Daje to bezcenne poczucie, iż  nasze życie publiczne nie jest jedynie złą grą, ale wspólną pracą na rzecz  marzeń o kraju, którego problemy są mądrze rozwiązywane.



23.10.2007

Jarosław Gowin, nowy poseł Platformy Obywatelskiej udzielił w dzisiejszym wydaniu krakowskim "Gazety Wyborczej" krótkiej wypowiedzi. Moją uwagę przykuło jedno zdanie, a mianowicie, że: "Co do obecności Jana Rokity w polityce - tylko od niego zależy, kiedy będzie chciał wrócić".
Wszystko zależy od tego, na czym ów "powrót do polityki" miałby polegać. Przypominam, że Rokita zrejterował ze sceny politycznej w chwilach niezwykle istotnych dla przyszłości naszego kraju. Wielkie zamieszanie w krakowskiej Platformie towarzyszące wyborom, to w znacznym stopniu jego wina. Od lat uważam, iż dla Jana Marii liczy się przede wszystkim realizacja dotyczących jego samego pomysłów bez przesadnego oglądania się na coś takiego, jak wspólne dobro.
Nie jestem w stanie uwierzyć w przypadkowość powszechnie znanej decyzji Nelly Rokity. Myślę, że państwo Rokitowie nie przewidzieli sukcesu Platformy licząc na konieczność przyszłej koalicji z PiS, a co za tym idzie na wysokie stanowisko męża pani Nelly w kolejnym rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Nic takiego się nie stało. Jan Maria Rokita jest nadal członkiem PO. Może zatem pracować w strukturach swojej partii, jednakże powierzenie mu jakiejkolwiek funkcji rządowej byłoby posunięciem delikatnie mówiąc ryzykownym.
Ponadto były poseł i niedoszły premier z Krakowa powinien rozpocząć swój "powrót" od mrówczej pracy z własną małżonką. Z jej wypowiedzi, których nie skąpiła popierając Prawo i Sprawiedliwość można by skonstruować pyszny monolog kabaretowy, albo równie zabawną piosenkę. Działalność posła nie powinna jednak polegać na dostarczaniu materiału satyrykom, ale na tworzeniu dobrego prawa. Jeżeli zatem pani Nelly nadal będzie zasypywać media dziwnymi stwierdzeniami, wtedy Jan Maria powinien przede wszystkim przekonać ją do zrzeczenia się mandatu posła.
Ma rację Jarosław Gowin. Tylko od Rokity zależy, kiedy będzie chciał wrócić. Dodam od siebie, że zależy także w jaki sposób.



22.10.2007

Platforma Obywtaleska zdecydowanie wygrała wybory. Z życia politycznego wyeliminowane zostały Liga Polskich Rodzin i Samoobrona. Przedłużanie "ciszy wyborczej" sprawiło, że niedzielny wieczór miał w sobie coś z nastroju filmu sensacyjnego.
Zmiany na scenie polskiego życia publicznego są rzeczywiście ogromne. Wyborcy odrzucili konfrontacyjną retorykę Jarosława Kaczyńskiego i jego otoczenia. Ostatnie dwa tygodnie kampanii wyborczej to seria ewidentnych potknięć Prawa i Sprawiedliwości. Przegrana debata premiera z Donaldem Tuskiem, a także eskalacja walki przeciwko wszystkim spowodowały, iż będące na wyciągnięcie ręki zwycięstwo okazało się mrzonką. Skala sukcesu Platformy przerosła moje oczekiwania, natomiast krakowski wynik Zbigniewa Ziobro udało mi się przewidzieć, podobanie jak kuriozalny fakt otrzymania mandatu poselskiego przez panią Nelly Rokitę.
Według komentarzy polityków PiS winę ponoszą rzecz jasna media, a także konkurenci. Brakuje wypowiedzi polegającej na tym, że PO powinna była wspierać partię braci Kaczyńskich. W osłupienie wprawiło mnie dzisiaj stwierdzenie pana posła Suskiego, że Platforma zaczyna rządy od złego funkcjonowania Państwowej Komisji Wyborczej.
Pomimo radości ze zmian zdaję sobie sprawę, iż zwycięzcom łatwo nie będzie. Wiele zależy od ewentualnej koalicji, składu przyszłego rządu, a także postawy Prezydenta Rzeczpospolitej, który może proces rządzenia skutecznie utrudniać.  PiS ma niezbywalne prawo bycia twardą opozycją, jednakże najistotniejsze jest, czy jego działacze wyciągnęli wnioski z gorzkiej lekcji pokory, którą otrzymali od współobywateli. Czas pokaże. 



19.10.2007

Dzisiaj w Piwnicy zaśpiewałem po raz pierwszy balladę pt. "Choćby się zatrząsł dom", która została pięknie przyjęta przez Publiczność. Zwłaszcza komplement wygłoszony przez wielkiego znawcę muzyki - mecenasa Stanisława Kłysa sprawił mi ogromną radość. Nawiasem mówiąc na widowni było wielu znakomitych adwokatów.
Czułem się trochę tak, jakby czas zatoczył koło. Odczuwałem na scenie emocje podobne do tych, jakie towarzyszyły mi przed laty w czasie wykonywania "Mojej litanii". Znowu śpiewałem "o sprawach, które wszyscy znamy".
W niedzielę wybory. Pisałem wielokrotnie o rozmaitych zakrętach polskiej polityki. Pisałem w większości o jej ciemnych stronach, gdyż tych jasnych było zdecydowanie mniej.
Sondaże wskazują na zwycięstwo Platformy Obywatelskiej i przewidują dużą frekwencję. Pan premier obwieszcza, że nie należy wierzyć "sfałszowanym sondażom". Nie będę tej wypowiedzi komentował, gdyż na to nie zasługuje. Osobiście podchodzę do wyników badań opinii publicznej z dystansem. Pragnę, abyśmy dokonali mądrego wyboru. Abyśmy poczuli siłę sprawczą naszych głosów. Choćby się zatrząsł dom.



14.10.2007

Piątek i sobota występy w programach Piwnicy. Ten ostatni w tarnowskim teatrze. Pod koniec drugiego, podobnie udanego jak pierwszy zostałem na scenie obdarowany bukietem przepięknych kwiatów. Nie wiem od kogo ten dar, ale dziękuję tutaj najserdeczniej.
Dzisiaj można napisać kilka zdań. Zacznę od tego, że piątkową debatę telewizyjną wygrał bezapelacyjnie Donald Tusk. Jego przeciwnik - Jarosław Kaczyński pomylił jak sądzę obecność w studiu telewizyjnym z konwencją PiS. Szef Platformy dowcipnie inteligentny, swobodny, a na dodatek rzeczowy.
Twierdzę z całą mocą, że jeżeli po tak zdecydowanym zwycięstwie wygra pomimo wszystko PiS, oznaczać to będzie, iż w Polsce jest ze świadomością wyborców gorzej niż myślałem. Wczoraj pan premier zechciał powiedzieć, że "liberałowie chcą do koryta, do rabunku". Trudno komentować tego rodzaju chamską odzywkę. Powiem jedynie że PiS walczy o to, aby utrzymać rozdętą administrację, która zapewnia niekompetentnym działaczom dostatnie życie.
Paradoksem ostatnich dni kampanii wyborczej jest zadziwiające starcie się ze sobą różnych sposobów postrzegania sytuacji w kraju. W skrócie wygląda to mniej więcej tak. PiS wieści istnienie  w Polsce powszechnego dobrobytu, przypisując sobie wszelkie możliwe zasługi. Żeby było jeszcze weselej potępiane są w czambuł dokonania wszystkich dotychczasowych rządów.
Z kolei Platforma Obywatelska kreśli pesymistyczny obraz naszej rzeczywistości wywołany dwuletnimi rządami braci Kaczyńskich i ich ekipy. Prawda jest taka, że ani Kaczyńscy niczego przez dwa lata nie zbudowali, ani też płynąc na fali europejskiej koniunktury niczego przesadnie nie zdołali zepsuć. Aby drastycznie zdestabilizować obecny wzrost musieliby chyba wprowadzić gospodarkę planową z najpaskudniejszych czasów.
Gdzież jednak ten paradoks? Otóż żelaznym, a na dodatek najliczniejszym elektoratem Prawa i Sprawiedliwości są ludzie czujący się w Polsce źle. Ludzie uważający się za odrzuconych. Zatem elektorat PiS diagnozuje sytuację zgodnie w wizją Donalda Tuska, ale chce aby tę sytuację uzdrowić metodami Jarosława Kaczyńskiego.
Oglądałem dzisiaj fragmenty konwencji PiS. Przy dźwiękach poloneza autorstwa Wojciecha Kilara na scenę w katowickim "Spodku" wkroczyła triumfalnie premier Zyta Gilowska. Podziękowała "panu kompozytorowi Kilarowi". Fakt, iż wybitny artysta posiada imię jakoś umknął uwadze przemawiającej. Niby drobiazg, ale niesmak pozostał. Może po prostu zapomniała, podobnie jak nie pamięta o swoich pomysłach ekonomicznych z czasów swojej działalności w Platformie. Przemówienie premier Gilowskiej przypomina do złudzenia wystąpienia jej poprzedników. Usłyszałem co należy zrobić, ale bardzo niewiele o tym, co zostało dokonane. Pod jednym względem zgadzam się z Panią Profesor, a mianowicie system podatkowy jest nadal wysoce dolegliwy dla obywateli.
Teraz kamyczek do ogródka Platformy Obywatelskiej, w której Komitecie Honorowym mam zaszczyt być wśród Osób tak wybitnych, jak prof. Władysław Bartoszewski i prof. Andrzej Zoll. Ciekaw jestem mianowicie, jak sobie w przypadku zwycięstwa poradzi rząd Platformy ze zmniejszeniem ilości etatów w administracji? W jak szybkim czasie doprowadzi do uproszczenia procedur w życiu gospodarczym? Jaką cenę przyjdzie mu zapłacić za wyśmiewane przez PiS marzenia o cudzie gospodarczym na miarę Irlandii?
Kiedy po wyborach cichnie medialny zgiełk, wtedy do drzwi puka codzienność, jakże inna od wymyślonych przez sztaby fachowców haseł. 



11.10.2007

Spoglądam z niepokojem w lustro, aby sprawdzić, czy aby nie wyrosły mi diabelskie rogi. Rogów nie ma. Patrzę na swoje dłonie, a dokładnie na palce i sprawdzam ewentualną, niespodziewaną obecność równie diabelskich szponów. Szponów nie ma. Dokonuję pośpiesznej analizy własnych poglądów, szukając w sobie gwałtownego przypływu miłości do komunizmu. Niczego takiego w moim umyśle nie znajduję.
Zamiast tych wszystkich objawów odnajduję w sobie dobre wspomnienia prostych wyborów w czasach opresji realnego socjalizmu. Uśmiecham się do tych wspomnień i jestem całkowicie pewien, że tego i owego udało mi się wtedy dokonać. Nie muszę sobie teraz dobudowywać na siłę opozycyjnej karty. Nie muszę stawać po stronie tych, którzy uważają się za jedynych depozytariuszy Solidarności. Tych, którzy na dodatek po uważaniu nobilitują mocno spóźnionych antykomunistów.
Co wywołało wspomniany przeze mnie niepokój i jednocześnie obudziło piękne wspomnienia? Otóż w okolicach Bazyliki Mariackiej spotkałem dzisiaj Adama Michnika w bardzo sympatycznym Towarzystwie, między innymi Sewka Blumsztajna. Pogadaliśmy trochę. Ucieszyłem się widząc Adama w dobrej formie. Ucieszyłem się szczerze z tego spotkania po latach.
Pomyślałem jadąc potem do domu, że można i trzeba się różnić. Różnić się nie popadając w fanatyzm. Że trzeba umieć przyznać się do błędów. Adam czynił to wielokrotnie. Błądził i przepraszał. Często nie zgadzałem się z tym co mówił i pisał. Dawałem tego wyraz choćby tutaj, na blogu.  Pomimo wszystko byłem jednak pewien, że jest gotowy do debaty. Dzisiaj gotowość do rzetelnej debaty to rzadkość.
W domu przeczytałem wywiad z Adamem udzielony dla "Przekroju". Jest to materiał, który należy uważnie przeczytać, aby następnie dokonać własnej analizy obecnej sytuacji. Jestem z Adamem od bardzo dawna na "ty" i nie mam najmniejszego zamiaru tego zmieniać.
I jeszcze jedno. Wywiad, o którym piszę jest zatytułowany: "Głos zmęczonej Kasandry". Ja od wielu lat jestem "śpiewającą Kasandrą", ale nie czuję się zmęczony.



8.10.2007

"Kot zimą". Piękna grafika Ryszarda Stryjca. Jest w niej jakaś tajemnica. Kocia tajemnica. Kot siedzi na tle zasypanego śniegiem krajobrazu. Na czym siedzi nie wiem, ale wlazł wysoko. Pyszczek zadumany. Chytrości żadnej. Ciekawe o czym myśli? Z pewnością rozważa jakieś ważne sprawy.
Moja Żona lubi koty. Bardzo lubi. Nie dziwię się Jej. Powszechnie znana jest kocia niezależność i chodzenie własnymi drogami. Zwierzęta te przypominają zatem prawdziwych, odpornych na wszelkie naciski artystów. Są wyjątkowo dystyngowane. Bardzo interesujące jest podejście kotów do jedzenia. Nie obżerają się, zaś pożywiają się w sposób prawdziwie elegancki.
Kot i owszem potrafi wrzasnąć, ale czyni to jedynie w wyjątkowych sytuacjach. Podobnie jest z pokazywaniem pazurków. Wie dobrze, że straszenie dla samego straszenia nie ma najmniejszego sensu. Jest czujny. Nawet wylegując się na słońcu uważnie obserwuje, co dzieje się dookoła. Trudno go zaskoczyć. Jego postępowanie nacechowane jest spokojną stanowczością.
Jestem pewien, że wiele możemy nauczyć się od naszych mruczących przyjaciół. Zwłaszcza teraz.



7.10.2007

Zjawisko, którym spróbuję się dzisiaj zająć nazwałem "ukąszeniem pisowskim". Polega ono na tworzeniu "rzeczywistości odwrotnej". Na karkołomnych próbach racjonalizowania najdziwniejszych stwierdzeń i posunięć premiera Jarosława Kaczyńskiego. Niedawno w rozmowie ze Znajomymi, których skądinąd bardzo lubię przypomniałem o zapowiedziach walki PiS z rodzimymi oligarchami. W odpowiedzi usłyszałem, że to bardzo słuszny pomysł, gdyż fortuny owych bogaczy zdobyte zostały w sposób nieuczciwy. Zwróciłem wtedy uwagę na dużą niekonsekwencję polegającą na tym, że z jednej strony władza traktuje Jana Kulczyka jako wroga publicznego, a z drugiej strony podpisuje z nim lukratywny kontrakt na budowę autostrady. Jeden ze Znajomych stwierdził, iż rzeczywiście jest to błąd, ale drugi machnął ręką i odpalił: - Ktoś przecież musi te autostrady budować! Gdyby premierem był obecnie Donald Tusk, to wtedy niewątpliwie usłyszałbym tyradę na temat zmowy sprzedajnej elity ze złodziejskim biznesem.
"Rzeczywistość odwrotna". Nie rozumiem jak może na przykład znany adwokat startować do parlamentu z listy ugrupowania, które wydało wojnę palestrze, jako destrukcyjnej korporacji? Które zmierza do ograniczenia niezawisłości sądów i sterowania orzeczeniami Trybunału Konstytucyjnego. Jestem przekonany, że rozumowanie pana mecenasa uzasadniającego swoją decyzję mogłoby mnie mocno zadziwić.
Najciekawszym jednak przejawem konstruowania takiej właśnie rzeczywistości jest niczym niezmącona wiara w geniusz Jarosława Kaczyńskiego. Rozumiem, że tego typu postawa może wynikać ze zwykłego lenistwa. Po co bowiem łamać sobie głowę nad meandrami życia publicznego, skoro pan premier zna odpowiedź na każde, najtrudniejsze nawet pytanie? Wystarczy w odpowiedniej chwili użyć stosownego cytatu i już.
Przedwczoraj ze zdumieniem przeczytałem wpis na blogu pewnego, warszawskiego poety, który ogłasza, że w nadchodzących wyborach będzie głosował na PiS. Czytając słowa znanego mi osobiście artysty miałem wrażenie, że zapoznaję się ze stenogramem fragmentów wypowiedzi wodza Prawa i Sprawiedliwości. Żadnej własnej refleksji. Wyłącznie hasła. Hasła permanentnej kampanii wyborczej.



3.10.2007

 Debata Kaczyński - Kwaśniewski niczego nie przyniosła, oprócz przekonania dawno przekonanych. Czy Donald Tusk okaże się nieobecnym zwycięzcą telewizyjnego show, tego dowiemy się dopiero w dzień wyborów. Jak na razie pomysł szefa PO na stworzenie po wyborach "wielkiej koalicji" wprowadza zamieszanie w umysłach zwolenników jego partii. Jeżeli po tym, co dzieje się obecnie dojdzie rzeczywiście do takiego porozumienia, wtedy wyborcy mogą nabrać podejrzeń, że wszystko zostało ukartowane, zaś wzajemne połajanki to tylko medialny rytuał.
W Krakowie awantura, a raczej powiedzmy to sobie szczerze - awanturka. Leszek Długosz startuje na senatora z listy PiS. Startuje, gdyż zaproponował mu to osobiście sam Zbigniew Ziobro. Biorąc pod uwagę, że mój Szanowny Imiennik kojarzony jest z Piwnicą, zaś artyści Piwnicy w większości nie są zwolennikami partii braci Kaczyńskich zamieszczono w prasie oświadczenie przypominające, iż Długosz ostentacyjnie zerwał wszelką współpracę z Kabaretem. Uczynił to w trakcie ubiegłorocznego "Koncertu dla Piotra S." w "Auditorium Maximum". Nie reprezentuje zatem Kabaretu i jego Środowiska.
Na tym całe zamieszanie powinno się skończyć, ale tak dobrze nie ma. W ostatnią sobotę Piotr Kuba Kubowicz wykonał w Piwnicy tekst dr Michała Rusinka zaczynający się od słów: "Poszedł pieśniarz w senatory (czy on głupi, czy on chory?)". Porażające lekkością i elegancją dowcipu dzieło zaczęło krążyć po Internecie, aż w końcu dotarło do gazet. W krakowskim wydaniu "Gazety Wyborczej" zamieszczono nawet karykaturę pieśniarza śpiewającego z senackiej mównicy. Trudno na mównicę wtaszczyć fortepian. Leszek D. przedstawiony został, więc jako śpiewający gitarzysta, chociaż na tym instrumencie jako żywo grać nie potrafi. Powiadają, że nieważne, co piszą, byle po nazwisku, a zatem przypadkowo zrobiono byłemu Piwnicznemu Artyście bezpłatną reklamę. Być może niewielką, ale zawsze.
Gdzieś zagubił się jakże istotny fakt. Praca w Senacie RP polega, bowiem w znacznym stopniu na korygowaniu i zatwierdzaniu uchwalonego przez Sejm prawa, a to bardzo trudna praca, wymagająca na dodatek przygotowania prawniczego.
W tym przypadku nie chodzi jednak o mozolne konstruowanie prawa, ale o iluminację, której niezbyt dawno doznał śpiewający poeta. Uczucie to było tak silne, że rozpoczął bezkompromisową walkę z komunizmem. Nie czynił tego wprawdzie przed 1989 rokiem, ale zapewne był wtedy przekonany, iż jego czas jeszcze nie nadszedł. Być może, gdyby Zbigniew Ziobro był znacznie starszy i w stanie wojennym z Długoszem pogadał, wtedy iluminacja nadeszłaby znacznie wcześniej.
Widząc na ekranie telewizora zaciętą w grymasie jedynej słuszności twarz Leszka odczuwam wielką przykrość. Mój smutek ma odcień popiołu. Popiołu pozostałego po spaleniu mądrych ksiąg.



30.09.2007

Międzynarodowy Dzień Serca. Po raz kolejny zaśpiewałem na krakowskim Rynku. Przybyły tłumy ludzi, aby dokonać bezpłatnych badań, skonsultować się z wybitnymi lekarzami i posłuchać wielu artystów. Pogoda wymarzona. Słońce i bardzo ciepło. Na Plantach kolorowo. W głowie się kręci od tych kolorów. Liście wirują w powietrzu. Może to jakieś listy z daleka płyną do nas przez powietrze?
Wykonałem "Cuda nie tylko jesienne", oraz "Znów pojawił się wariat". Znakomite nagłośnienie pozwoliło mi na dotarcie głosem i gitarą do wszystkich słuchających. Skupienie i brawa. Z Piwnicy wystąpili również Mietek Święcicki i Rafał Jędrzejczyk. Wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni.
Jesieni! Bądź nam najpiękniej pastelowa. Daj chwile uspokojenia. Daj chwile oddechu, abyśmy nie oszaleli od natłoku złych słów, złych gestów, złych emocji. Daj się zatrzymać. Choćby na moment.



29.09.2007

Dzisiaj ani słowa o polityce! Wczoraj w Piwnicy świętowaliśmy pięćdziesiąte urodziny Witka Wnuka. Jazzmana, klasyka, menedżera. Twórcy Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami. Witek zamieszkuje na zmianę w Polsce i Kuwejcie. To dzięki jego zaproszeniu zagrałem dla Polonii w Kuwejcie. Abu Dhabi i Dubaju.
Piwniczna noc poświęcona Jubilatowi była cokolwiek szalona. Przybyli znakomici Goście. Śpiewaliśmy okolicznościowe piosenki. Ja osobiście wykonałem "Skutki pewnego bankietu" opatrzone odpowiednim do okazji komentarzem. Jazzmani grali tak, że ściany w Sali Kabaretu drżały pięknymi wibracjami. Były nawet ordery przypięte Witkowi. Ordery wprawdzie z epoki minionej i całkowicie niesłusznej, ale z serca ofiarowane. Potem serie toastów. Pogawędki i wspominki.
Wszelkiego co najlepsze - Dostojny Jubilacie! Niech pogodna gwiazda jazzu prowadzi Cię dobrymi drogami! Sto lat!



28.09.2007

Premier Jarosław Kaczyński odmawia debaty z Donaldem Tuskiem nazywając go "pomocnikiem Aleksandra Kwaśniewskiego". Niby odmawia, ale z drugiej strony żąda deklaracji, że Platforma Obywatelska "nigdy, pod żadnym pozorem" nie wejdzie w sojusz z LiD. Wtedy i owszem "pochylić się" można. Wszystko ma odbywać się według reguł narzuconych przez obecnie rządzących. Brak pozytywnej odpowiedzi na żądania władzy nagłaśniany jest jako odtrącenie ręki rzekomo wyciągniętej do zgody. Chodzi rzecz jasna o maksymalne osłabienie PO nawet kosztem wzmocnienia lewicy, która z kolei wierzy w medialną skuteczność swojego guru. Tymczasem zapowiadany na poniedziałek spektakl telewizyjny okaże się z pewnością frontalnym starciem pomiędzy świetlaną wizją IV RP budowanej mozolnie przez Jarosława Kaczyńskiego, a przeżartą rakiem korupcji III RP.
Bronisław Komorowski wzywa naiwnie, aby lider PiS-u obiecał, iż nie będzie koalicji z Samoobroną i LPR. Kłopot polega na tym, że Jarosław Kaczyński już kiedyś solennie to obiecał, po czym dane słowo złamał. Dla dobra Polski złamał, więc nie tyle złamał, ile działał w imię wyższych racji. Teraz może obiecywać cokolwiek nie ponosząc za to żadnej odpowiedzialności. Moja ironia jest jak najbardziej na miejscu. Można kogoś lżyć w sposób karygodny, jak to miało miejsce z Janem Marią Rokitą, po czym proponować "grubą kreskę". Nawiasem mówiąc nie zdziwiłbym się, gdyby ów odsądzony od czci i wiary uległ kiedyś pokusie współrządzenia krajem wspólnie ze swoim niedawnym prześladowcą.
Małżonka niedoszłego "premiera z Krakowa" gada. Gada wszędzie, ale za to wyjątkowo głupio. Posiwiałe włosy stają dęba na mojej głowie, kiedy pomyślę, że ktokolwiek będzie na tę panią głosował. Nie wykluczam jednak, iż tacy wyborcy się znajdą i to w ilości wcale pokaźnej.
Po parunastu latach przemian obudzili się komentatorzy, a także niektórzy politycy. Zauważają mianowicie brak zainteresowania kolejnych rządów losem tych, którzy "nie znaleźli dla siebie miejsca w nowej rzeczywistości". Zauważają odstręczające istnienie rozmaitych "politycznych dworów" bratających się w najlepsze z najbogatszymi. Zauważają, że bracia Kaczyńscy umiejętnie wykorzystują klimat niezadowolenia obiecując kolejne etapy walki z kolejnymi wrogami.
Jak na mój gust ta refleksja pojawiła się zbyt późno. Duża część Polaków wybacza obecnie obsadzanie swoimi wszelkich możliwych stanowisk. Wybacza wzrastające koszty utrzymania Pałacu Prezydenckiego i Rady Ministrów, oraz szeroko pojętej administracji. Wybacza fatalną politykę zagraniczną. Wybacza kłamstwa. Wybacza wreszcie przejawy zwykłego prostactwa i chamstwa traktując je jako "oczywistą oczywistość". Jako konieczny sposób obrony przed wszechobecnym złem. Ci ludzie wierzyli, że władza mówi w ich imieniu. Uwierzyli w jej dobrą wolę. Uwierzyli w mądry plan, który moim skromnym zdaniem nie istnieje. Wielka jest siła złudzenia i wielkie może być rozczarowanie zawiedzionych po raz kolejny.



26.09.2007

Tydzień temu kończyłem właśnie ostatnie przygotowania do wyjazdu. Miałem przed sobą cztery pracowite dni. W czwartek pojechałem do Ostrowa Wielkopolskiego. Zaprosiła mnie tam pieśniarka i poetka Ola Kiełb w imieniu pani Ewy Mateckiej - dyrektor Ostrowskiego Centrum Kultury. Przez trzy dni byłem gospodarzem kolejnych wieczorów Festiwalu "Wszystko jest poezją". Ostatni raz uczestniczyłem w tym Festiwalu równo dziesięć lat temu.
Czwartek należał do Hanny Banaszak, Mirka Czyżykiewicza i Jerzego Satanowskiego. Przedstawiłem wyreżyserowany przez znakomitego kompozytora program pod tytułem "Zanim będziesz u brzegu". Piękne kompozycje Jerzego do bardzo ciekawie dobranych wierszy, a także pełen rozmaitych odcieni śpiew wspomnianego już duetu, oraz piękna gra muzyków, sprawiły że spektakl został przyjęty entuzjastycznie. Nie zabrakło bisów.
W piątek opowiadałem ze sceny o śpiewaniu Antoniny Krzysztoń, która wystąpiła wraz z trzyosobowym zespołem, którego liderem jest Marcin Majerczyk, gitarzysta doprawdy rewelacyjny. Tosia wiodła swoje czułe opowieści opatrzone własną muzyką. Udowodniła, że można śpiewać o miłości i Bogu w sposób pozbawiony jakiejkolwiek pretensjonalności. Artystkę nagrodzono burzliwymi oklaskami i prośbami o bis.
W sobotnie południe zasiadłem w jury "konkursu jednego wiersza" wraz z Olą Kiełb i Tomaszem Gruchotem - historykiem literatury, oraz krytykiem literackim. Jestem przekonany, że wydaliśmy sprawiedliwy werdykt i mam nadzieje, iż nasze uwagi pomogą w przyszłości piszącym.
Wieczorem zaśpiewałem czterdziestominutowy recital. Jakaś wyjątkowo sprzyjająca aura towarzyszyła mi na scenie. Publiczność zasłuchana, a jednocześnie spontaniczna. Bisowałem. Szczególnie jednak wzruszyłem się kiedy wyszedłem na scenę już bez gitary, aby zapowiedzieć dalszą część wieczoru. Wzruszyłem się, ponieważ oklaski trwały nadal.
W drugiej części młodzi artyści pod wodzą Marka Kurzawy, pianisty i kompozytora zaśpiewali piosenki Marka Grechuty. Zespół nosi nazwę "Ogóreczki", co niewątpliwie wprowadziłoby Marka w znakomity nastrój, zwłaszcza, że zagrali i zaśpiewali z wielką pasją.
Teraz słów kilka o prezentach. Obdarowany zostałem tomikami wierszy i innymi, ciekawymi wydawnictwami. Ucieszył  mnie zwłaszcza przepiękny, poświęcony jazzowi album. Projekt i koncepcję tego albumu, do którego dołączone zostały dwie płyty DVD opracował miłośnik jazzu - Jerzy Wojciechowski. On to właśnie ofiarował mi ten niepowtarzalny prezent.
Niezapomniane trzy dni. Jestem przekonany, że do Ostrowa Wielkopolskiego jeszcze wrócę.
W niedzielę udałem się do Prudnika, gdzie na zaproszenie dyrektora Prudnickiego Ośrodka Kultury, pana Ryszarda Grajka zagrałem recital w eleganckiej sali "Domu Włókniarza", zwanego też "Białym Domem". Zaśpiewałem najnowszą wersję recitalu nie unikając wspomnień. Licznie zgromadzona Publiczność reagowała wspaniale. Przed bisem i zaraz po nim otrzymałem brawa na stojąco.
Do domu wracałem szczęśliwy. Jesień, z którą wcześniej spotkałem się na prudnickim Rynku podążała wraz ze mną do Krakowa.



17.09.2007

W sobotę Kabaret. Zaśpiewałem "Cuda nie tylko jesienne". Rozmowy o książce Wacka Krupińskiego pt. "Głowy piwniczne". Potem pojechałem na plenerowy bal z okazji XXX-lecia Teatru KTO. Przekazałem od Piwniczan serdeczne gratulacje szefowi Teatru Jurkowi Zoniowi i Aktorom. Jurek podobnie jak ja jest absolwentem I Liceum im. Jana Długosza w Nowym Sączu. Braliśmy udział w rozmaitych działaniach artystycznych, a zwłaszcza w szkolnych akademiach. On recytował, a ja śpiewałem. Spotkanie jubileuszowe odbyło się na placu przed magazynami Teatru KTO i trwało do rana. Pogawędki urocze, gdyż zebrało się Towarzystwo rzeczywiście wyborne. Pięknie grająca kapela z Francji. Tańce i toasty. W powietrzu zapach nadchodzącej jesieni.
Dzisiaj pojechaliśmy z Haliną do Doliny Kobylańskiej. Coraz więcej pastelowych barw. Owoce głogu i dzikiej róży pyszniące się w słońcu. Jabłka opadające z gałęzi. Cisza. Ludzi niewiele, a wszyscy uśmiechnięci. Gdzieś wydawałoby się daleko paroksyzmy życia politycznego.
Jan Maria Rokita odszedł z polityki. Jego żona Nelly została wcześniej doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Platforma Obywatelska w Krakowie ewidentnie osłabiona. Decyzja Rokity nie zaskoczyła mnie. Myślę, iż obawiał się przegranej w wyborczym starciu ze Zbigniewem Ziobro. Jestem przekonany, że jeszcze powróci w sprzyjającym momencie. Pamiętam swoją rozmowę sprzed ponad pół roku z Donaldem Tuskiem, w trakcie której przestrzegałem go, że wcześniej czy później niedoszły "premier z Krakowa" wykona jakiś karkołomny numer. Okazuje się, że miałem rację.
LiD poprzez odcięcie się od ludzi pokroju Leszka Millera próbuje poszerzyć swój elektorat i zachęcić niezdecydowanych. W Krakowie na pierwszym miejscu mecenas prof. Jan Widacki. Pomysł ciekawy, ale nie jestem pewien czy skuteczny.
Co czyni Prawo i Sprawiedliwość? Ano prowadzi kampanię w stylu okładania przeciwników cepem. Obawiam się, że ta właśnie metoda może okazać się skuteczna. Pomysł jest bardzo prosty. Kto nie z PiS-em ten wspiera korupcję i zakulisowe knowania mitycznych oligarchów próbujących zawłaszczyć Polskę. Wyjątkowo obrzydliwa sugestia. Używając niebywale agresywnego języka działacze partii Jarosława Kaczyńskiego twierdzą jednocześnie, że agresywnością grzeszą wszyscy oprócz nich.
Dzisiaj w Warszawie premiera filmu Andrzeja Wajdy pt. "Katyń". Bardzo chciałbym, aby okazał się dziełem wybitnym.



13.09.2007

Zagraliśmy wczoraj jedenasty już Koncert dla Piotra S. Jedenasty bez Niego i dla Niego. Drugi w gościnnej Auli "Auditorium Maximum" Uniwersytetu Jagiellońskiego. Nie chcę popadać w metafizykę, ale jestem przekonany, że wszyscy, zarówno Publiczność w, jak i Artyści czuli wyraźnie obecność naszego Przewodnika, który przez tyle lat wiódł nas po krętych korytarzach sztuki. Było wspaniale. Nowości i wspomnieniowe numery nagrodzone zostały rzęsistymi brawami. Kiedy ucichły ostatnie dźwięki "Dezyderaty" otrzymaliśmy dar największy, czyli owacje na stojąco.
Dziękuję Ci Piotrze za to, że byłeś z nami tak pięknie. Kiedyś i wczoraj. Życie to w znacznym stopniu ciągłe spłacanie zaciągniętych długów. Staramy się bardzo, aby swoją pracą w niewielkim chociaż stopniu wynagrodzić Ci to, co dla nas uczyniłeś.
Dziękuję Wam Koleżanki i Koledzy za znakomite występy. Za radość, nostalgię i żar. Vivat Piotr Ferster! Vivat Marek Pacuła! Za błyskotliwe prowadzenie i rewelacyjne tempo koncertu  przesyłam Ci Marku ukłony. Dziękuję za światło, dźwięk i scenografię. Dziękuję również za cudowne spotkanie w  Piwnicy. Czułem się tak, jakby bylejakość naszej codzienności na chwilę zniknęła.
Dziękuję Przyjaciołom, którzy tak licznie przybyli na koncert. Dziękuję za oklaski, którymi zostałem obdarowany po zaśpiewaniu "Cudów nie tylko jesiennych". Rozpoczęliśmy nowy sezon. Rozpoczęliśmy dobrze.



11.09.2007

Pytają mnie ciekawi świata ludzie - co będzie dalej? Spróbuję odpowiedzieć na to niezwykle trudne pytanie. Otóż niezależnie od wszelkich politycznych burz Ziemia nadal będzie krążyć wokół Słońca. Pory roku następować będą jedna po drugiej. Ludzie będą się rodzić i będą umierać. Dobro przeplatać się będzie ze złem, zaś codzienne radości ze smutkami. Na przekór faktom i zdrowemu rozsądkowi część obywateli naszego kraju zagłosuje po raz kolejny na kłamców, demagogów i hochsztaplerów.
Nie piszę tego, aby kogokolwiek odpychać od pilnego śledzenia pędzących wydarzeń życia publicznego. Nie wzywam do wewnętrznej emigracji. Wręcz przeciwnie! Zachęcam do szacunku dla siły sprawczej, którą posiada nasz głos w wyborach. Ktoś powie - a cóż znaczy jedna kartka wrzucona do urny? Znaczy ogromnie wiele, gdyż rozważny wybór tworzy w nas samych poczucie zrozumienia odcieni jakże skomplikowanej sytuacji. Pozwala mieć poczucie pewności na przekór rozmaitym propagandowym sztuczkom. Pewności powtarzam, a nie zaślepienia.
Trudno w to dzisiaj uwierzyć, ale znam takie osoby, z którymi można rozmawiać zwyczajnie pomimo dzielących nas poglądów politycznych. Spieramy się, krytykujemy i czynimy to rozsądnie. Często zdarza nam się dochodzić do porozumienia w rozmaitych kwestiach. Nikt się nie obraża. Nikt nie trzaska drzwiami. Tych, którzy wierzą w możliwość zwycięstwa dobrej woli nad wszechobecnym chamstwem czeka wielka praca, polegająca na tym, aby w najbliższym otoczeniu konsekwentnie poszerzać przestrzeń opartego na wzajemnym szacunku dialogu.
Kampania wyborcza sprowadza się  obecnie do łopatologicznego przekonywania elektoratu o jedynej słuszności tak zwanego programu prezentowanego przez konkretną partię. Piszę "tak zwanego", gdyż koncert obietnic z rzetelną wizją rozwoju Polski nie ma wiele wspólnego. Przepychanki towarzyszące tworzeniu list kandydatów do Sejmu i Senatu są wręcz żenujące. Rozumiem, że wszystko to może wywołać uczucie wielkiego zniechęcenia, ale z tym uczuciem powinniśmy walczyć z całych sił.
Formacja braci Kaczyńskich może po raz wtóry wygrać. Nie musi, ale niewątpliwie może. Wtedy doświadczymy, na czym polegają rządy ludzi upojonych sukcesem. Potrzebna nam będzie wielka mądrość, aby się tym rządom przeciwstawić. Stanąć z podniesionym czołem naprzeciw praktykom, których przykłady mieliśmy przez ostatnie dwa lata. Tej mądrości uczmy się teraz. To szansa, której zmarnować nie wolno.



8.09.2007

Kiedy przed wakacjami zadzwoniła do mnie z Warszawy pani Ewa Lewandowska proponując mi zagranie recitalu dla sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego poczułem się zaszczycony.
Znakomici prawnicy spotkali się w tym tygodniu odwiedzając Starą Wieś nieopodal Węgrowa, kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy. Wykłady i debaty odbywały się w doskonale odrestaurowanym pałacu, gdzie obecnie mieści się centrum wypoczynkowo szkoleniowe Narodowego Banku Polskiego. W czwartkowy wieczór zagrałem właśnie tam.
Pani Ewa zorganizowała spotkanie sędziów i mój występ perfekcyjnie. Szczególnie dziękuję za opiekę i zapewnienie ku mojej radości świetnego nagłośnienia. Publiczność, piszę to bez żadnej przesady - wymarzona. Przepraszam serdecznie, że nie wymienię wszystkich, którzy przepięknie przyjęli moją śpiewaną opowieść. Pozwolę sobie jednak przywołać cztery nazwiska. Prezes NSA prof. Janusz Trzciński. Wiceprezes dr Andrzej Kisielewicz. Sędziowie: Jan Grabowski i Józef Jakub Waksmundzki. Pan prezes zechciał w czasie kolacji obdarzyć mnie dobrymi słowami w imieniu Dam i Panów. Twarz wiceprezesa Kisielewicza wydawała mi się znajoma. W trakcie rozmowy przypomniał mi, że na początku lat osiemdziesiątych miałem przyjemność wprowadzić Go do Piwnicy sekretnym wejściem przez kotłownię. Sędzia Grabowski uraczył mnie ciepłymi wspomnieniami z Uniwersytetu Jagiellońskiego, zaś sędzia Waksmundzki okazał się absolwentem I Liceum im. Jana Długosza w Nowym Sączu, którego to liceum sam jestem absolwentem.
Po kolacji Towarzystwo kontynuowało spotkanie w przypałacowym ogrodzie. Cóż to była za noc! Pogawędki skrzące się inteligencją i dowcipem. Toasty wznoszone eleganckimi alkoholami. Nad nami mrugały gwiazdy wyraźnie zainteresowane tym o czym tak żywo gwarzymy. Opowiadałem o Piwnicy. O tym co było i co jeszcze przed nami. Nie stroniliśmy od polityki, ale nie był to wcale główny temat naszych rozważań. Następnego dnia w południe powrót do domów. Jechałem pociągiem będąc pod wielkim wrażeniem spotkania z przedstawicielami elity intelektualnej naszego kraju.
Pani Ewo! Jestem bardzo wdzięczny za zaproszenie. Łaskawi Państwo! Do zobaczenia jak najprędzej! W Piwnicy będziecie szczególnie miłymi Gośćmi!



3.09.2007

Dobrze się zaczął nowy sezon. W piątek zagrałem recital w ramach IV Nowohuckiego Maratonu Filmowego. Zaprosił mnie Jerzy Ridan - znany scenarzysta, reżyser, producent i pedagog. Projekcje filmów odbywały się w sali Kina Studyjnego Sfinks, zaś recital w przylegającej do kina kawiarence. Była to 27 rocznica podpisania "Porozumień Sierpniowych", jednakże grałem i śpiewałem przede wszystkim o sprawach aktualnych, "o sprawach, które  wszyscy znamy". Przepięknie zapowiedział mnie znakomity fotografik - Adam Gryczyński. Atmosfera wielkiego porozumienia. Czułem zatroskanie słuchających sytuacją w kraju. Żegnając się z Publicznością powiedziałem, że praca filmowców, fotografików, poetów i pieśniarzy nie miałaby  najmniejszego sensu, gdyby nie zajmowała czułej przestrzeni w sercach tych, którzy oglądają, czytają i słuchają.
Recital grałem późną porą, a zatem nie mogłem dotrzeć do Piwnicy, gdzie hucznie świętowano urodziny Sebastiana L. Kudasa - Piwnicznego Scenografa i Rysownika. Wszystkiego najlepszego Sebastianie! Twórz nadal swoje niepowtarzalne światy i niech Cię kochają wszystkie koty świata!
W sobotę pierwszy w sezonie Kabaret. To był naprawdę dobry program. Radosny. Publiczność reagowała wspaniale. Zaśpiewałem "Cuda nie tylko jesienne", oraz "Znów pojawił się wariat".
W niedzielę zagraliśmy spektakl w Białołęckim Ośrodku Kultury w Warszawie. Pełna sala. Świetne tempo programu. Marek Pacuła prowadził z lekkością i fantazją. Piotr Ferster bardzo zadowolony ze swoich podopiecznych. Owacje na stojąco. Na koniec wszyscy Artyści otrzymali przepiękne róże. Do Krakowa wróciliśmy zmęczeni, ale szczęśliwi.
Z doniesień medialnych wynika, że skoro piszę bloga to moja strona internetowa powinna zostać zarejestrowana w sądzie jako prasa. W przeciwnym wypadku może mi grozić odpowiedzialność karna. Wynika to z  niedawnego postanowienia Sądu Najwyższego. Do pełni szczęścia brakuje nam teraz w Polsce, aby prokuratorzy zaczęli teraz ścigać tych, którzy regularnie aktualizują swoje strony. Dobre prawo pozwala nam lepiej żyć. Egzekwowanie złego prawa to zaprzeczenie istoty samego prawa. Wszystko w rękach legislatorów. Obowiązujące w tej kwestii przepisy należy natychmiast zmienić.



31.08.2007

Czym jest nadzieja? Nadzieja to taki stan serc i umysłów, który na przekór wszelkim przeciwnościom pozwala wierzyć w tryumf dobra. Jest darem bezcennym. Kiedy umiera pogrążamy się w pustce.
Dwadzieścia siedem lat temu, 31 sierpnia 1980 roku podpisano w Gdańsku "Porozumienia Sierpniowe". Zadziwiony świat spoglądał na Polskę z zachwytem i życzliwością. Ulice pełne były uśmiechniętych ludzi. "Karnawał Solidarności" niósł ze sobą świeży powiew. Intelektualiści prowadzili niekończące się rozmowy z robotnikami, którzy z kolei czytali wiersze i słuchali pieśni. To był naprawdę piękny czas. Można było ulec złudzeniu, że przestrzeń wolności została poszerzona w sposób trwały. Że nie ma odwrotu w złą stronę.
Tymczasem komunistyczne władze nie przyjmowały do wiadomości dziejących się zmian. Po latach okazuje się, że plany wprowadzenia stanu wojennego były przygotowywane na długo przed 13 grudnia 1981 roku. W końcu stało się. W grudniową noc dokonano rzeczy strasznej. Próbowano odebrać nadzieję własnemu narodowi. Rozpoczął się czas represji. Czas ohydnej, wymierzonej w Solidarność propagandy. 31 sierpnia 1982 roku w Lubinie oddziały milicji zaatakowały pokojową manifestację. Najpierw użyto gazu łzawiącego, a potem zaczęto strzelać. Zabito trzy osoby, wielu demonstrantów odniosło rany. Strzelano z premedytacją. Pamiętam oburzenie społeczeństwa, kiedy rzecznik komunistycznego rządu Jerzy Urban ogłosił, że milicjanci strzelali w sytuacji zagrożenia i wyłącznie na postrach. Śmierć, oraz rany demonstrantów spowodowały według niego rykoszety kul odbitych od nawierzchni ulic.
Upłynęło 25 lat. W ostatnim numerze pisma "NIE" ktoś ukrywający się pod inicjałami B.G. napisał: "31 sierpnia 1982r. wycofujący się w czasie zamieszek pluton ZOMO wyposażony w ostrą amunicję dał na postrach salwę w bruk. Od rykoszetów zginęły trzy osoby". Ten sam język. Te same kłamstwa. Jerzy Urban jest naczelnym "NIE". Jego pismo prowadzi nadal po latach walkę w obronie tych, którzy chcieli odebrać Polakom nadzieję. Nadzieja przetrwała, ale sowiecki sposób myślenia nie zniknął. Trudno wybaczać. Bardzo trudno.



30.08.2007

Jedno jest całkowicie pewne. To co się teraz dzieje doprowadza do pogłębienia i tak drastycznych podziałów w społeczeństwie. Zatrzymanie i postawienie zarzutów byłemu ministrowi Januszowi Karczmarkowi, byłemu szefowi policji Konradowi Kornatowskiemu, oraz prezesowi PZU Jaromirowi Netzlowi to krok wywołujący skrajne emocje. Trudno się dziwić. Zwolennicy PiS twierdzą, że mamy do czynienia z twardą realizacją walki z układem, zaś przeciwnicy, iż jest to bezczelna próba zakłamania niecnych praktyk władzy. Żadnej możliwości porozumienia.
W krajach cywilizowanych nikogo nie dziwi, że ekipa sprawująca władzę podlega permanentnej krytyce opozycji. Kłopot polega jednak na tym, że mamy do czynienia z dwojakim rodzajem opozycji. Tej z wyboru i tej z przymusu.
W krajach cywilizowanych politycy starają się mówić w sposób odpowiedzialny, a zwłaszcza konsekwentny.
- Powołanie jakiejkolwiek komisji śledczej w czasie trwania kampanii wyborczej jest niedopuszczalne! - tak mówią dawni apologeci działania "komisji orlenowskiej" w trakcie poprzedniej kampanii.
Niezwykle istotna jest w życiu publicznym kwestia zaufania, tymczasem nie można już od jakiegoś mówić o zaufaniu, ale o swego rodzaju formie wypaczonej wiary. Zwolennik polityczny tym się różni od politycznego fanatyka, że potrafi wskazać błędy ugrupowania, które popiera. Debata, a raczej ciągła pyskówka polega na zamykaniu się oponentów w twierdzach jedynie słusznych przekonań. Niezwykle modne są głupawe uśmieszki do kamery i sypanie jak z rękawa dowcipasami. Wiarygodność praktycznie nie istnieje. Gorzkie to, ale prawdziwe. 



27.08.2007

Kiedy jadę przez Kraków nie mogę ominąć pana premiera. Nie da się. Jarosław Kaczyński jest wszędzie. Patrzy na mnie z billboardów, a raczej nie tyle na mnie spogląda, ale w przestrzeń się wpatruje. Ma to z pewnością sugerować, że dostrzega coś szalenie istotnego, ale niewidocznego dla ogółu. W lewej ręce trzyma okulary będące jak wiadomo atrybutem wielu "wykształciuchów". Być może spece od wizerunku publicznego uznali, że w ten sposób można puścić oko do obrażanej wielokrotnie inteligencji. Premier opiera się o jakiś murek mając za plecami tajemniczy akwen. Nie wiadomo czy to morze, zatoka, jezioro, czy też rzeka jakaś, w każdym razie woda jest to na pewno. Skojarzenie do popularnego "lania wody" oczywiste. Zasady zobowiązują - przekonuje nas szef obecnego rządu.
Tymczasem  w internecie ludziska bawią się przesyłając sobie nawzajem cytaty z przemówień Jarosława Kaczyńskiego, w których obiecywał różne różności, aby potem słowa nie dotrzymać. Nastrój rozbawienia nie świadczy jednak, iż nastąpi marginalizacja Prawa i Sprawiedliwości. Po paskudnej kampanii wyborczej ugrupowanie to ma szansę uzyskać naprawdę przyzwoity wynik, co oznaczać będzie brak zrozumienia wśród wyborców, że PiS zobowiązują jednie takie zasady, które ustali osobiście premier Kaczyński. Będziemy mieli zatem kolejną odsłonę polskiej farsy.



21.08.2007

Chaos. Potworny chaos. Trudne do uwierzenia, ale z dnia na dzień coraz większy. Niedawni koalicjanci rzucają pod swoim adresem oskarżenia przypominające deliryczne brednie. Każdy coś wie, ale nie powie, to znaczy mówi, ale nie używając konkretów. Na to przyjdzie czas w odpowiednim miejscu i czasie. Będą komisje śledcze. Nie będzie komisji śledczych. Chaos.
Walka o fotele w Sejmie i Senacie będzie z pewnością coraz bardziej przypominać okładanie się cepami. Aparatczycy rodem z PZPR chcą powrócić do gry. Żadnej refleksji, nie mówiąc o przyzwoitości. Grupa polityków z solidarnościowym rodowodem brnie w pułapkę bez wyjścia.
Skazana wyrokiem sądowym posłanka Hojarska z Samoobrony obwieszcza, że Donald Tusk podobno bił żonę za studenckich czasów i jeździł po pijanemu samochodem. Jaki wyrok? Ona dla dobra kraju, dla Polski umiłowanej. Platforma Obywatelska jest za bardzo uzależniona od Niemców. Kto to powiedział? Premier powiedział. Premier polskiego rządu.
Układ rządzi. Układ tak potężny, że umieszcza swoich destruktorów na najwyższych szczeblach władzy. Rosyjska mafia miała zgładzić ministra. Przedstawiciele firm produkujących poręczne, cyfrowe dyktafony zacierają ręce. Trzeba wszystko nagrywać, gdyż wrogiem może być każdy.
Ocena z religii musi liczyć się do średniej nauczania w szkołach. Hierarchowie wypowiadają twarde słowa nie rozumiejąc, że w ten sposób sprowadzają wiarę do zbioru wiadomości. Odpytywanie z treści "Kazania na Górze" pomiędzy matematyką a chemią to od lat codzienność młodych Polaków. Teraz dojdzie do tego zimna kalkulacja. Nie masz na świadectwie oceny z religii, możesz mieć gorszą średnią.
Tymochowicz i Rutkowski będą szkolić przyszłych parlamentarzystów jak parlamentarzystami zostać i nie popełniać błędów, a zwłaszcza tych medialnych. Wszyscy chcą gadać do kamer i mikrofonów. Liczy się częstotliwość obecności na antenach. Władza dla samej władzy. Listy wyborcze. Pieniądze. Czas antenowy. Billboardy. Plakaty. Głosujcie na nas! Tylko na nas! Na mnie! Na mnie! Wszystko to przed nami.
Obrzydzeniem przejmuje mnie fakt, że znaczna część biorących udział w trwającym obecnie żenującym widowisku ma wielkie szanse znowu zostać wybranymi przez skołowany elektorat. "Jesień idzie jesień - czas umierania much", tak śpiewam w balladzie pt. "Cuda nie tylko jesienne". Polityczne muszyska mają wyjątkowo długi żywot. Z naszej winy.



16.08.2007

Chciałem napisać wczoraj, ale nie mogłem, ponieważ brakowało mi pewnej liczby bez znajomości, której moje plany nie miały najmniejszego sensu. Dzisiaj już wiem. Owa liczba to okrągły milion. Na tyle właśnie ocenił koszty świątecznej defilady minister obrony Aleksander Szczygło. Oglądałem w telewizji tę podniosłą uroczystość. Chciałbym zastanowić się nad plusami i minusami tego przedsięwzięcia.
Zacznę od plusów. Tłumy oglądające defiladę były naprawdę wielkie, a zatem władze trafiły precyzyjnie w upodobania ludzi, których najwyraźniej cieszy widok czołgów, transporterów, samolotów, śmigłowców, oraz maszerujące oddziały. Pozwolę sobie również zwrócić uwagę na pewien istotny szczegół. Widzowie fetowali żołnierzy, chłodno przyjmując jadącego odkrytym samochodem wojskowym pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Każda lekcja pokory jest bezcenna, a zatem ewidentny plus.
Teraz minusy. Milion złotych. Pewien Internauta tłumaczył mi kiedyś, że wybudowanie dworca we Włoszczowej to wydatek nie mający najmniejszego znaczenia w skali budżetu kraju. Jestem pewien, iż teraz miałby podobne zdanie. Takie myślenie jest wyjątkowo niebezpieczne, gdyż daje rządzącym przyzwolenie na szastanie publicznymi pieniędzmi. Najgorsze jest jednak to, że zorganizowana z przepychem parada to ewidentny fragment toczącej się z coraz większym rozpędem kampanii wyborczej. Uroczystości państwowe powinny mieć w obecnej sytuacji skromną, a nawet wręcz surową oprawę. Jestem pewien, że nie uchybiłoby to powadze chwili i zaproszonym kombatantom. Kiedy skończyła się bezpośrednia transmisja wyemitowano kolejny, płatny materiał sławiący dokonania Prawa i Sprawiedliwości, co z pewnością nie stało się przypadkiem.
Skoro piszę o wojsku, to proszę wybaczyć kilka oczywistych uwag. Armia utrzymywana jest po to, aby walczyć w czasie wojny, bądź brać udział w misjach pokojowych. Zwłaszcza to pierwsze działanie niesie ze sobą ryzyko śmierci żołnierzy. Pan porucznik Łukasz Kurowski zginął w Afganistanie wykonując zadanie bojowe. Cześć Jego pamięci! Wypowiedź posła LPR Wojciecha Wierzejskiego na temat "bezsensownej wojenki", z której należy się natychmiast wycofać, to wyjątkowo podły sposób prowadzenia kampanii wyborczej. Medialne pokrzykiwania przerażonych spadkiem notowań polityków nie zastąpią rzetelnej debaty wszystkich ugrupowań politycznych przeprowadzonej pod patronatem Prezydenta RP. W sprawach tak istotnych potrzebne jest porozumienie. Nie jestem jednak pewien, czy zapatrzeni w siebie "wybrańcy narodu" pamiętają jeszcze, co oznacza to słowo.



13.08.2007

Minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro pokazał w czasie telewizyjnej konferencji prasowej dyktafon, na którym nagrał rozmowę z byłym wicepremierem Andrzejem Lepperem. Dyktafon nazwał "gwoździem do politycznej trumny" niedawnego koalicjanta. Materiały dowodowe świadczące o krystalicznej niewinności ministra znajdują się już w prokuraturze i nie są jak na razie jawne. Wiemy zatem tyle co przed konferencją i możemy jedynie domniemywać, co jest zwykłą stratą czasu.
Andrzej Lepper również zwołał konferencję prasową, w trakcie której zdał dramatyczne pytanie brzmiące: "Co się  dzieje w kraju?". Dodał także, że żyjemy w chorym państwie, i że cieszy się z faktu, iż nie jest już wicepremierem. Polemizując z ministrem sprawiedliwości zapewnił, że na drugi świat się nie wybiera.  Popisał się również znajomością wartości dowodowej nagrań dokonanych w technice cyfrowej w związku z faktem wkładania przez Ziobrę lewej ręki do lewej kieszeni w trakcie istotnej dla losów Polski rozmowy. Konferencję zakończył poetycką frazą opisującą nocne knowania braci Kaczyńskich.
Geniusze z LiS chcą zgłosić konstruktywne wotum nieufności wskazując byłego ministra spraw wewnętrznych Janusza Karczmarka na stanowisko premiera nowego rządu. Roman Giertych pochwalił się, że jest osobiście autorem tego kuriozalnego pomysłu. Aby skołatany naród miał się z czego pośmiać w wakacyjny czas były minister wyraził zgodę.
Ogólną wesołość pogłębiło jeszcze telewizyjne wystąpienie pana premiera Kaczyńskiego, w którym zechciał on poinformować, że po dokonanych zmianach Rada Ministrów jest teraz "bardziej skonsolidowania" i "moralnie silniejsza". Jarosław Kaczyński ma nadzieję, iż po wcześniejszych wyborach jego rząd będzie nadal kontynuował swoją misję. Przy okazji tradycyjnie oberwało się PO i mediom. Lato mamy ciekawe, ale jesień zapowiada się jeszcze ciekawsza. 



11.08.2007

Nie trzeba było posiadać zbytniej wyobraźni, aby przewidzieć na czym polegają "porażające rewelacje" Andrzeja Leppera. Źródłem przecieku miał być rzecz jasna minister Ziobro. Minister odpowiada, że Lepper jest kłamcą i oszczercą. Słowa przeciwko słowom. Najgorsze jest to, że obie strony tej pyskówki nie zasługują na zaufanie.
W telewizji pojawiły się reklamy Prawa i Sprawiedliwości gloryfikujące dbałość o ludzi w wykonaniu tego ugrupowania. Dosyć to zabawne, ale nie do końca, gdyż pieniądze na te hece pochodzą z budżetu, czyli z naszych kieszeni.
Wyniki sondażu "Gazety Wyborczej" dowodzą, że znaczna większość społeczeństwa chce przyśpieszonych wyborów, a także powołania komisji śledczej w sprawie akcji CBA przeciwko Andrzejowi Lepperowi. Mniejszym, chociaż wyraźnym poparciem cieszy się powołanie komisji w sprawie samobójstwa Barbary Blidy. Po raz pierwszy w sondażu zwycięża projekt kolacji PO, LiD, PSL. Ortodoksyjni zwolennicy PiS obwieszczą na pewno kolejną manipulację sił niechętnych IV RP. Pan premier Kaczyński chciałby, aby ewentualne, wcześniejsze wybory miały formę plebiscytu przeciwko korupcji. Kampania się rozpoczęła.
W piosence pt. "Magiczna tafla szkła" śpiewam między innymi: "...Oto chipsy jak marzenie, tytuł wzięty od Herberta...". Jakiś czas temu tuczące paskudztwo reklamowano hasłem "Potęga smaku". Obecnie firma, której nazwy nie wymienię umieściła na opakowaniu chipsów zdjęcie ze słynnego "Panoramicznego happeningu morskiego" Tadeusza Kantora. Skuteczną formą protestu przeciwko takim praktykom jest bojkot konkretnego produktu. W tym przypadku wyjdzie nam to na zdrowie.



11.08.2007

Minister Michał Kamiński oświadczył w imieniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego, że: "W istniejącej sytuacji wydaje się, że wybory jesienne są nieuchronne".
Czuję się w obowiązku dokonać próby rozszyfrowania sensu tej kwiecistej wypowiedzi. Jedno zdanie, a tyle w nim ukrytych treści się czai. Sformułowanie "w istniejącej sytuacji" sugeruje, iż nieuchronność wyborów oddali się, jeżeli sytuacja ulegnie zmianie. Zresztą jeżeli nie ulegnie, to zawsze można wydać komunikat, że jest dokładnie odwrotnie. Zwrot "wydaje się" to niewątpliwy sygnał, iż pan prezydent nie jest do końca przekonany, co do wspomnianej nieuchronności. Mamy ponadto do czynienia z formą bezosobową, która niejasność oświadczenia zdecydowanie pogłębia budząc przy okazji pewne podejrzenie. Komu bowiem tak naprawdę "wydaje się"? Być może przed rozmową z Donaldem Tuskiem prezydent Kaczyński zadzwonił do premiera Kaczyńskiego, który wyraził swoją aprobatę, ale nie miał na myśli jesieni bieżącego roku.
Nie ośmielam się przypuszczać, że pan prezydent jest sterowany przez pana premiera, ale pamiętać należy kto komu meldował wykonanie zadania w pamiętny wieczór wyborczy. Jedno jest pewne, a mianowicie  skoro nie mamy w Polsce rządów dyktatorskich, zatem wybory są jak najbardziej nieuchronne. Nie wiadomo jednak kiedy nastąpią. 



10.08.2007

Były wicepremier, kiedy był urzędującym wicepremierem pana premiera pod Niebiosa zdumione wychwalał. Koalicję komplementował ile sił i o realizacji programu takie rzeczy opowiadał, że łza się w oku ze wzruszenia mogła zakręcić. Przekonywał, nadymał się, po ojcowsku karcił, a bywało, że nawet głos podnosił, kiedy uznał, że tak dla Polski trzeba. Trwało to i trwało, aż tu nagle jak wiadomo dzielni agenci wkroczyli, kwity groźne rzekomo posiadając i aczkolwiek jakoś im ta cała zabawa niespecjalnie się udała, ale wicepremier ze stołka poleciał widowiskowo.
Okazało się natychmiast, iż pan premier to potwór polityczny, rządzenie pod jego dyktando koszmarem było niewyobrażalnym, a były wicepremier jest niewinny, jak owieczka śnieżnobiała. Komisji żądam! Takie wołanie przez kraj pobiegło, że aż świstaki ze zgrozy w Tatrach świstać przestały. Konferencje zwoływano solenne i językiem niezbyt przypominającym salonowy dyskurs temat młócono pracowicie. Były wicepremier papierami tajemniczymi grozić zaczął, więc się talibowie w internecie odezwali, że z całą aferą nic wspólnego nie mają i drugich Klewek sobie nie życzą! Pan premier dłużny nie pozostał i niedomówienia odwołaniu wicepremiera towarzyszące z wrodzonym wdziękiem kontynuował, aby w końcu szczyt formy oratorskiej osiągnąć twierdząc, że możliwości współpracy z byłym wicepremierem nie widzi równie stanowczo, jak ją dotychczas stanowczo widział.
Jeszcze młócka owa apogeum nie osiągnęła, a tu następna niespodzianka poraziła naród. Minister przestał być z dnia na dzień ministrem i z budzącą podziw precyzją byłego wicepremiera zaczął naśladować, co czynił już wcześniej dytyramby pochwalne na cześć premiera i rządu wygłaszając. O łamaniu sumień prokuratorów oznajmił. O wiedzy tajemnej, przez siebie posiadanej, zaś niemożliwej na razie do ujawnienia zapewnił. Łatwo zgadnąć, że również komisji sejmowej zażądał, z którą to komisją może się wiedzą swoją podzielić, a z wymiarem sprawiedliwości nie, bo nagle nierzetelny on jakiś się okazał, albo coś w tym guście. Inny minister, z którym były minister duet uroczy przez jakiś czas stanowili także w konkrety zbędne się nie bawił, ale o czynach paskudnych tyrady podniosłe tonem tragicznym recytował.
Ludziska złośliwi opowiadać zaczęli, że jak tak dalej pójdzie to również kot szefa rządu na zamieszaniu tym ucierpieć może, gdy machina prowokacji na amen sfiksuje Komitety obrony zwierzęcia przed wiadomymi służbami powstawać zaczęły w tempie zastraszającym. Odwołanie wicepremiera społeczeństwo zniosło z godnością, podobnie jak odwołanie ministra, ale odwołanie mruczka rewoltę wywołać może, która władzą zatrzęsie bez litości. "Nie rzucim kota..." - taki śpiew narastać zaczyna, zmiany fundamentalne zwiastując. Pan prezydent przez cztery godziny z liderem Największej Partii Opozycyjnej o wcześniejszych wyborach gawędził, jednakże temat wąsatego czworonoga poruszony nie został, co o krótkowzroczności władzy dobitnie świadczy.
Powie ktoś, że dowcipasy wypisuję o losy Rzeczpospolitej nie dbając, ale co innego począć, skoro poglądy, oceny i wiedza na szczytach władzy jedynie od piastowanego stanowiska zależą? Śmiać się trzeba, a wszystkie koty zamieszkujące u nas niech sobie spokojnie pomrukują nieświadome tego, co się dookoła nich wyprawia. Coraz częściej im tej nieświadomości zazdroszczę. 



5.08.2007

Czas od początku lipca do dnia dzisiejszego dziwacznie rozdwojony. Z jednej strony spotkania towarzyskie, ciepłe i serdeczne, jakby się odbywały na jakiejś wyspie odległej od skrzeczącej głupio rzeczywistości.
Szczególnie miło będę wspominał imieniny Ani Barczyk w podkrakowskich Zagórzanach. Ania i Kazimierz obchodzili przy okazji trzydziestą rocznicę ślubu.
Tego samego dnia późnym wieczorem zjawiskowe urodziny Ewy Wnukowej i dziesiąta rocznica jej ślubu z Jankiem Krzyżanowskim. Cóż to był za bankiet! Oświetlone tajemniczo podwórko w samym sercu Krakowa. Towarzystwo doborowe. Michał Półtorak - nasz piwniczny skrzypek odkrył działanie czakramu, o którego istnieniu nikt wcześniej nie słyszał.
Wyjątkowo udany występ Kabaretu w sopockiej Operze Leśnej poprzedzony bardzo dobrze przyjętym recitalem Grzesia Turnaua. Publiczność nagrodziła nas oklaskami na stojąco.
Piękne koncerty w ramach Letniego Festiwalu Jazzowego w Piwnicy pod Baranami. Ze szczególną przyjemnością słuchałem pełnej kipiącej energią muzyki zespołu Marka Stryszowskiego. Rozmowa z siostrą Marka niezapomniana.
Lato wprawdzie kapryśne, ale podobno przed nadejściem jesieni  ma jeszcze rozkwitnąć słońcem. W kuchni "przegryza się" sosnowa nalewka. Będzie można wypić kieliszek pachnącego lasem trunku w jesienne i zimowe wieczory.
Z drugiej strony doniesienia dotyczące awantur na szczytach władzy. To co się wyprawia zaczyna być nieznośnie wręcz żenujące. Jest koalicja. Nie ma koalicji. W wywiadzie wydrukowanym przez "Gazetę Wyborczą" prezydent Lech Kaczyński obwinia za istniejący stan rzeczy Platformę Obywatelską. Lepper był dobry, a jest niedobry. Wygląda na to, że premier Jarosław Kaczyński i jego otoczenie doznało niespodziewanej iluminacji. Ministrowie Samoobrony wychodzą, ale nie wychodzą, gdyż oddają się do szefa rządu. Wszystko dla dobra Polski. Oglądam telewizję i przecieram oczy ze zdumienia. Widzę ludzi głoszących chore fantasmagorie z pewnością, która przeraża.
Zmieniłem struny w gitarze. Gram z radością. Czasem wracam do piosenek sprzed lat i znajduję w nich wiele aktualnych myśli. Z Kolonii przyjechał Marek Szymczak z żoną Haliną. Byłem świadkiem na ich ślubie. Spotkaliśmy się wczoraj w Piwnicy. Marek jest fotografikiem zafascynowanym twórczością prof. Zbigniewa Łagockiego. Świat bywa przyjemnie malutki. 



1.08.2007

Zryw Powstania Warszawskiego był niewyobrażalny w swojej desperacji. Na barykadach Stolicy walczyli żołnierze największej podziemnej armii Europy czasu okupacji hitlerowskiej. Walczyła nieugięta Warszawa. Zginęło około 18 000 bojowników i około 180 000 ludności cywilnej. To była potworna w swojej skali ofiara poniesiona dla wolności. Dla Polski. Kontrowersje dotyczące zasadności wzniecenia Powstania będą z pewnością tematem niekończących się debat historyków.
Prawda o Powstaniu Warszawskim była dla władz komunistycznych ogromnie niewygodna, gdyż pozostawała w sprzeczności z propagandowym  określaniem Armii Krajowej, jako formacji "stojącej z bronią u nogi". Bohaterowie doznali w powojennej Polsce wielu cierpień i upokorzeń. Dzisiaj wspominając swoją walkę i późniejsze prześladowania mówią zgodnie, że pomimo wszystko było warto. Młodzi ludzie patrząc w obiektywy kamer zapewniają, że postąpiliby podobnie, gdyż są sprawy ważniejsze niż życie. Oby nigdy nie zostali wystawieni na taką próbę.
Jednego jestem pewien, a mianowicie, ze pamięć o Powstaniu nie jest w żadnym wypadku gloryfikacją klęski, co próbują obecnie głosić podli ludzie. Żołnierzom i cywilom należy się wielki szacunek. Największy na jaki nas stać.



31.07.2007

"Trwała formacja polityczna nie może być formacją jednego człowieka" - powiedział dzisiaj premier Jarosław Kaczyński. Nie wiedziałem, że lider Prawa i Sprawiedliwości posiada takie poczucie humoru. Wychodzi na to, że ugrupowaniami typu wodzowskiego są wszystkie partie świata, oprócz PiS, gdzie panuje modelowa wręcz kolegialność w podejmowaniu wszelkich decyzji. Nieszczęśni satyrycy popadają we frustrację obawiając się konkurencji, biorąc zaś pod uwagę możliwość dostępu premiera do wszelkiego rodzaju mediów jest to konkurencja delikatnie mówiąc nieuczciwa.



31.07.2007

Jeszcze się lipiec nie skończył, a już coraz więcej jesieni w powietrzu. Pożółkłe upałem liście leżą na trawnikach. W nocy księżyc bliski pełni w okna zagląda i zimnym blaskiem o rozmowie Rycerza ze Śmiercią  w "Siódmej pieczęci" przypomina. Ingmar Bergman ma już tę rozmowę za sobą. Tym razem to nie on był reżyserem. Musiał zagrać samego siebie w kulminacyjnej scenie filmu pod tytułem "Życie". Wszyscy gramy główne role w naszych niepowtarzalnych filmach. Warto pamiętać, że jednocześnie występujemy w drugoplanowych, bądź epizodycznych fragmentach filmów tych, których spotykamy na swojej drodze. Nie zawsze udaje się nam kreować dobre charaktery. Wiele w nas złości, zawiści, gniewu i zwykłej niecierpliwości.
Wielki Reżyser patrzy na nasze poczynania uważnie. Wierzę, iż jest On samą miłością, ale tym bardziej powinniśmy starać się, aby nie wywoływać w Nim uczucia smutku. Skoro bowiem smutek może tak głęboko dotknąć człowieka, to niewyobrażalnie większy jest z pewnością smutek Boga.
Nigdy nie ośmielałem się twierdzić, że religia katolicka jest jedyną drogą do dającej pozaczasowy spokój wieczności. Według mnie każdy, kto czyni dobro może być pewnym takiej nagrody niezależnie od tego jak nazywa swojego Pana.
Wielką zbrodnią jest zadawanie bólu i śmierci, ale za rzecz jeszcze straszniejszą uważam dokonywanie tego z Imieniem Stwórcy na ustach. Talibowie zabili w Afganistanie drugiego zakładnika. Na co dzień zapewne modlą się żarliwie nie rozumiejąc, że dusze ich pogrążone są już za życia w szatańskich ciemnościach. Jestem narzędziem w ręku Allacha! Tak wykrzykuje morderca i pociąga za spust. Smutek Wszechobecnego wprawia w drżenie galaktyki, ale nie dociera do wielu ludzkich serc i umysłów.
Jestem pewien, że tylko jedno z dwóch  twierdzeń dotyczących Świata jest prawdziwe. Albo wszystko ma sens, albo nic nie ma sensu. Trauma, której zdarza się nam doświadczać wynika stąd, że pierwsze twierdzenie bywa tak trudne do zaakceptowania.



28.07.2007

Nie ma już dworskich błaznów, chociaż rozmaite dwory wyrastają jak grzyby po deszczu. Trefniś bawiący monarchę musiał być inteligentny i zabawny. Był swego rodzaju zwierciadłem, w którym monarcha mógł się codziennie przejrzeć. Niektórzy trefnisie przeszli do legendy jak chociażby Stańczyk.
Nazywanie dzisiejszych władców RP błaznami jest, zatem nie na miejscu. Krzywdzi błaznów.
Błazen cyrkowy to wyjątkowo ciężka praca. Buty za duże, portki zbyt obszerne, kubrak jak ze starszego brata, a na dodatek ten makijaż, piłeczka na nosie i opadająca na oczy peruka. Do tego trzeba się bez przerwy przewracać i brać w tyłek kopniaki, co szczególnie bawi publiczność.
Nazywanie dzisiejszych władców RP cyrkowymi błaznami jest, zatem nie na miejscu. Krzywdzi błaznów.
Kabaret to bardzo trudne przedsięwzięcie. Dobry kabaret powinien wywoływać subtelną mieszaninę nastrojów. Od lirycznej zadumy do niepohamowanej wesołości. Arcymistrzem tworzenia takich właśnie spektakli był Piotr Skrzynecki. Konstruując program potrafił bezbłędnie wyważyć proporcje tego, co działo się na scenie. Jego niepowtarzalna konferansjerka sprawiała, że artyści wręcz unosili się w powietrzu. Magia stawała się rzeczywistością, a rzeczywistość magią. Teraz z całych sił staramy się, aby było podobnie.
Nazywanie poczynań dzisiejszych władców RP kabaretem jest, zatem nie na miejscu. Krzywdzi kabaret.



23.07.2007

Nieopodal bloku, w którym mieszkamy z Haliną stoi uderzone niedawno piorunem drzewo. Odarte z kory, poczerniałe, bezlistne. Trudno o bardziej wymowny symbol niespodziewanej śmierci. Pochylam głowę przed tragedią polskich Pielgrzymów, oraz Ich Bliskich i mówię cichutko: niezbadane są Twoje wyroki Panie.



20.07.2007

Z wielkim drżeniem serca dokonuję dzisiejszego wpisu, dotyczy on bowiem wypowiedzi prof. Władysława Bartoszewskiego w wywiadzie udzielonym Katarzynie Kolendzie-Zaleskiej, który to materiał ukazał się w ostatnim numerze "Przekroju".
Pan Profesor powiedział: "Mam swoje zdanie na temat polityki prezydenta, ale nigdy publicznie nie zamierzam krytykować głowy państwa przez szacunek dla instytucji. Nigdy do końca kadencji Lecha Kaczyńskiego nie usłyszy pani ode mnie nic, co dyskredytowałoby prezydenta. Uważam to za grubiaństwo i chamstwo".
Skoro Pan Profesor "ma zdanie, ale nie zamierza krytykować", to znaczy, że zdanie to nie jest w domyśle pochlebne. Chylę czoła przed tak dyplomatycznym sposobem wypowiadania swoich poglądów. Widzę jednak pewną niekonsekwencję tego rozumowania. Jeżeli prof. Bartoszewski niezwykle ostro ocenia powołaną przez prezydenta Kaczyńskiego minister spraw zagranicznych Annę Fotygę, to znaczy, że pośrednio dokonuje jakiejś oceny prezydenta RP.
Słowo "dyskredytować" oznacza między innymi "skompromitować", "odebrać zaufanie". Istnieje ogromna różnica pomiędzy krytyką a dyskredytacją. Od dawna powtarzam uparcie, że krytyka jest konieczna, gdyż pozbawiona jej władza pogrąża się w niebezpiecznym poczuciu własnej nieomylności. Szacunek dla instytucji nie powinien być zatem podstawą do jej zaniechania.
O prezydencie RP należy mówić w sposób nienaganny od strony formy i jest to dla mnie sprawa oczywista. Brak dobrych manier w życiu publicznym rodzi fatalne skutki. Dlatego wytykam premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu jego gruboskórne wypowiedzi. Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu nie mogę zarzucić takiego zachowania, ale jeżeli kiedyś postąpi on w podobny sposób wtedy napiszę o tym bardzo szczerze i nie będę czekał końca kadencji. Na miarę swoich bardzo skromnych możliwości zastąpię Pana Profesora.



17.07.2007

Przyznam, że obecnie rządzący przekroczyli wszelkie granice przyzwoitości. Pomysł, aby emerytura męża, bądź żony nie mogła być po jego, albo jej śmierci wypłacana pozostającej przy życiu współmałżonce, ewentualnie współmałżonkowi to próba legalizacji najzwyklejszego w świecie złodziejstwa. "Będę robił wszystko, by emerytury małżeńskiej nie było" - powiedział wiceminister pracy Romuald Poliński z Samoobrony. Dodał jeszcze: "Byłby to zły sygnał dla Polaków: można nie pracować i liczyć na emeryturę męża. To niewychowawcze". Przeciwnikiem emerytur małżeńskich jest również Jeremi Mordasewicz z konfederacji pracodawców Lewiatan, członek rady nadzorczej ZUS.
Chciałbym z całą stanowczością stwierdzić, że nie życzę sobie, aby w razie mojej wcześniejszej niż Żony śmierci moje ciężko zarobione pieniądze znikały w kieszeniach zakładów emerytalnych. Nie widzę też najmniejszego powodu, abym był w takim przypadku sponsorem wyższych apanaży pana Mordasewicza i jemu podobnych. To są moje pieniądze i tylko ja powinienem decydować o tym, co się z nimi stanie.
Wielokrotnie podkreślałem i podkreślać będę, iż po odrzuceniu medialnej otoczki działalność polityczna rzutuje na nasze codzienne życie. Tworzone są konkretne rozwiązania prawne i wtedy żarty się kończą. Tak właśnie jest w opisywanym przeze mnie przypadku. Gdyby wprowadzono wspomniane wyżej uregulowania, wtedy parorodzinne działania państwa stałyby się całkowitą fikcją, czego jak sądzę nie muszę udowadniać.
Premier Kaczyński straszy wcześniejszymi wyborami. Straszy koalicjantów, gdyż społeczeństwo tej groźby się nie lęka. Planowany skok na nasze portfele to kolejna z przyczyn, aby dobrze użyta kartka wyborcza pozwoliła nam przerwać postępujące szaleństwo. To prawda, że układ rządzi Polską. Na czele tego układu stoją bracia Kaczyńscy i jest to układ wyjątkowo destrukcyjny.



16.07.2007

Mocno poobijane "przystawki" zachowały się lisio tworząc nowy, przepraszam za wyrażenie "byt polityczny", czyli partię koalicyjną "Liga i Samoobrona". W skrócie LiS. Dziennikarze otrzymali na konferencji prasowej pluszowe lisy i zapanowała ogólna radość zmącona nieco wypowiedzią premiera Jarosława Kaczyńskiego, który ogłosił, że PiS Lis-a się nie boi. Oświadczenie to będzie z pewnością często cytowane przez światowe media.
Na konferencji prasowej Samoobrony było jeszcze weselej. Andrzej Lepper, skądinąd poseł i były wicepremier obwieścił, iż szacowne gremium jego partii jednogłośnie podjęło decyzję o wyjściu z koalicji, ale pomimo to partia w koalicji zostaje. Wprawdzie "zrobiono wielką krzywdę Samoobronie, to ponad sprawami ambicjonalnymi jest nasza Polska". Ileż troski o kraj malowało się na twarzy wypowiadającego te słowa przewodniczącego.
Właściwie powinienem ten żenujący cyrk skwitować w paru prostych, żołnierskich słowach, jednakże nie wspominam swojej wojskowej przygody zbyt sympatycznie, a zatem tego nie uczynię.
W rubryce "To był tydzień" dzisiejszego wydania "Gazety Wyborczej" redaktor Jacek Żakowski pomieścił takie oto zdanie: "Na wsparciu Jarosława Kaczyńskiego skupiła się Platforma Obywatelska. Kategorycznie przekreślając perspektywę choćby doraźnej współpracy z Lepperem, a zwłaszcza odrzucając możliwość konstruktywnego wotum nieufności, PO zmusza osłabione przystawki, by padły na kolana przed PiS-em".  Bardzo interesujący przykład stosowania podwójnych standardów w komentarzach politycznych. Kiedy PiS podejmował współpracę z Samoobroną był to przykład wyjątkowo cynicznej gry, natomiast "choćby doraźny" alians z tym samym ugrupowaniem w celu pomieszania szyków braciom Kaczyńskim taką grą nie jest.
Wieczorem obejrzałem "Rysia" wyreżyserowanego przez Stanisława Tyma. Oglądałem w domu, gdyż do kina jakoś nie byłem stanie się wybrać. "Ten film jest jak lokata. Bez sensu", że przytoczę odpowiednio zmieniony fragment równie nieudanego spotu reklamowego. Szkoda.



15.07.2007

Pewna kobieta powiedziała w programie telewizyjnym, że właśnie spaliła bezpłatne skierowanie na badania, aby jej "nie kusiło". Dodała jeszcze, że woli nie wiedzieć, a będzie jak Bóg da. Inna pani wybierająca się na wycieczkę w Tatry zadziwiła strojem całkowicie nieodpowiednim na tego typu wyprawę. Zagadnięta przez reportera, odpowiedziała, iż Bóg będzie nad nią czuwał.
Według mnie mieszanie spraw wiary z głupotą mocno pachnie bluźnierstwem, potrzebne są natomiast szeroko zakrojone działania uświadamiające. Mądre i skuteczne. To zadanie władzy, która innymi sprawami jest obecnie zajęta.
Trwa potworne zamieszanie wokół afery Andrzeja Leppera. Nie jestem specjalistą od działań operacyjnych, ale mam przekonanie, że nasze tajemnicze służby też nie są. Premier zarzuca opozycji koniunkturalną obronę byłego wicepremiera i przez myśl mu nie przechodzi, iż można bronić zasad funkcjonowania demokratycznego państwa. Społeczeństwu należy się pełna informacja
Samoobronny watażka żąda rozwiązania CBA i popiskuje żałośnie w jakim to paskudnym rządzie zasiadał. Jeszcze niedawno z pełnym przekonaniem głosił dobro wynikające z faktu istnienia koalicji, a tu taka niespodzianka.
Niedawno powiedziałem, że łatwiej wybaczyć obecnie rządzącym to co teraz wyprawiają, niż to co nastąpi w momencie utraty przez nich władzy.
Kiedy przed komisją sejmową Leszek Miller nazwał Zbigniewa Ziobrę zerem podniosły się głosy szczerego oburzenia nawet wśród tych, którzy za posłem Ziobrą nie przepadali. Obecnie Jarosław Kaczyński określa swoich oponentów mianem "małych i marnych ludzi, zarówno pod względem moralnym, jak i intelektualnym". Inwektywy stosowane są bez ograniczeń, zaś sprawa wykładu ojca Rydzyka została według premiera wyolbrzymiona przez media. Kiedy zatem nastąpią rządy innych formacji politycznych trudno im będzie nie ulegać pokusom stosowania podobnej retoryki. Pisałem już o tym, ale ostatnie wydarzenia pogłębiają niestety trafność moich prognoz.
Protestujące pielęgniarki opuściły Warszawę. "Białe miasteczko" zostało zlikwidowane. Rząd zachowuje się, jakby przebywał na wakacjach. Bez przerwy padają stwierdzenia o politycznym podłożu strajków lekarzy i pielęgniarek. Łatwo wygłaszać tego typu stwierdzenia pobierając sute wynagrodzenie ministerialne, bądź parlamentarne, a czasami obydwa na raz.
Aleksander Kwaśniewski wyraźnie gra na przyszłe zbliżenie Lewicy i Demokratów z Platformą Obywatelską, która ogłasza radośnie skład przyszłego rządu. Donald Tusk premierem. Jan Maria Rokita wicepremierem do spraw gospodarki. Mówiąc złośliwie niezwykle zaskakujące to pomysły.
Chciałbym na koniec dzisiejszych notatek napisać coś optymistycznego i uczynię to z przyjemnością. W Piwnicy pulsuje jazz. Powróciło słoneczne lato, a pomidory są tego roku wyjątkowo smaczne.



10.07.2007

Zjadanie "politycznych przystawek" nie musi wcale polegać na ich niszczeniu, a dokładnie na niszczeniu całkowitym. Czasami wygodniejsze jest ich istnienie w stanie krytycznego osłabienia. Pędzące w dół sondaże poparcia dla Samoobrony i LPR powodują, że ugrupowania te będą z pewnością popisywać się rozmaitymi medialnymi grymasami, ale z koalicji nie wyjdą. Za wiele mają do stracenia. Stołki w parlamencie i posady wyrwane gdzie się tylko dało to okoliczność niezwykle dyscyplinująca. Poza tym rządzący od dawna traktują swoich rodaków jak bandę idiotów, zatem można opowiadać przed kamerami, że z koalicji się wychodzi jednocześnie pozostając w niej warunkowo. Tak właśnie uczynił były wicepremier Lepper w towarzystwie swojej świty.
Mamy do czynienia z eskalacją bałaganu i nie jest to wcale szczyt możliwości wybrańców narodu. Ilość bzdur wypowiadanych publicznie może wprawić w osłupienie. Wszystkie te androny są wygłaszane z pełnym przekonaniem o ich słuszności. Metoda jest przejrzysta jak woda źródlana. Polega ona na uporczywym przypisywaniu sobie wszystkiego co dobre w naszym kraju. Skoro spadło bezrobocie, jest to rzecz jasna wyłączna zasługa PiS, zaś uwagi oponentów dotyczące masowych wyjazdów Polaków do pracy za granicę to "wściekły atak w obronie układu". Wzrost gospodarczy nie ma nic wspólnego z globalną koniunkturą i potężnym napływem środków z Unii Europejskiej, ale jest wynikiem genialnych posunięć ekonomicznych ekipy braci Kaczyńskich.
Najgorsze jest jednak to, iż kolejne wstrząsy na scenie politycznej odsuwają w kąt problemy naprawdę istotne. Afera z wykładem ojca Rydzyka, oraz wyrzucenie z rządu watażki Leppera sprawiły zniknięcie z pierwszych stron gazet kwestii protestu lekarzy i pielęgniarek. Żaden ze związków zawodowych ochrony zdrowia nie podpisał porozumienia z rządem. Minister Religa zapowiada wznowienie zerwanych rozmów jesienią. Obyśmy więc zdrowi byli.



9.07.2007

Prezydent Lech Kaczyński na wniosek premiera Jarosława Kaczyńskiego zdymisjonował wicepremiera Andrzeja Leppera. Lepper twierdzi, że sam podał się do dymisji. Karuzela zaczyna kręcić się coraz szybciej. Przedterminowe wybory, czy rząd mniejszościowy? Ze smutkiem stwierdzam, iż coraz mniejsze budzi to we mnie emocje.



9.07.2007

Ojciec Tadeusz Rydzyk wspiął się na wątpliwe wyżyny sztuki oratorskiej. W trakcie wygłoszonego przez siebie wykładu ogłosił, że pani prezydentowa Kaczyńska to czarownica, która powinna się poddać eutanazji. Pan prezydent zakonnika oszukał, a ponadto ulega lobby żydowskiemu, zaś "Gazetę Wyborczą" cechuje talmudyczna mentalność. Ileż miłości bliźniego mieści się w tych słowach. Jakaż wierność naukom Jezusa Chrystusa.
Jeszcze wczoraj było tak przyjemnie. Tłumy przybyłe na pielgrzymkę Rodziny Radia Maryja do Częstochowy. Entuzjazm towarzyszący przemówieniu premiera. "Dziś Polska jest tutaj". "Alleluja i do przodu".
Teraz sytuacja wygląda zupełnie inaczej, aczkolwiek podejmowane są już próby zaklinania rzeczywistości. Pani poseł Jolanta Szczypińska zastanawia się nad terminem ogłoszenia przez tygodnik "Wprost" wynurzeń toruńskiego redemptorysty. Z jej wypowiedzi wynika jednoznacznie, iż mamy do czynienia z kolejnym spiskiem. Jakieś pytania pani poseł chciałaby stawiać. Jakie zapytuję? Zamieszczenie na stronie internetowej "Wprost" kompromitującego materiału w dzień częstochowskiego spotkania jest rzecz jasna nieprzypadkowe. Od strony warsztatu dziennikarskiego trudno o lepszy moment. Pielgrzymka, rozmodleni wierni, słowo Polska odmieniane przez wszystkie przypadki, a wcześniej koszmarny bełkot człowieka chorego z nienawiści. Rozziew, który przeraża.
Poseł Gosiewski coś gada, aby powiedzieć jak najmniej. W rozbieganych oczkach widać rozpaczliwe błyski nadziei, że może to wszystko nieprawda. Wicepremier Lepper w autentyczność nagrań nie wierzy, gdyż kapłana zna i już.
Lech Kaczyński jest prezydentem między innymi dzięki wsparciu ojca dyrektora. Jarosław Kaczyński zawdzięcza mu w jakimś stopniu tekę premiera, a Prawo i Sprawiedliwość wynik wyborczy. Teraz trzeba płacić za władzę.
Ojciec Rydzyk mówi o prowokacji i manipulacji. O wyrywaniu zadań z kontekstu, a także o swojej dobrej woli. O tym, że nigdy pana prezydenta, ani pani prezydentowej nie obrażał. Wcześniej na Jasnej Górze grzmiał o szatanie, który przychodzi i odwraca uwagę od wielkiego święta.
Moim zdaniem należy zadać w końcu straszne pytanie. A jeżeli ojciec Tadeusz cierpi na chorobę psychiczną? Jeżeli na losy kraju ma wpływ człowiek żyjący w świecie urojeń?
Na forach internetowych dominuje nastrój szczerego rozbawienia. Podobno śmiech jest najpotężniejszą bronią przeciwko głupocie, ale coraz trudniej się śmiać.



6.07.2007

Zadzwoniła do mnie dzisiaj pani Redaktor z TVP Kraków. Nazwiska nie pamiętam i szczerze mówiąc pamiętać nie chcę. Owa Dama zapytała, czy wiem coś na temat ewentualnych zmian w prawie autorskim proponowanych jak mówiła przez nadawców medialnych. Zapytałem kto konkretnie chce tych zmian dokonać i na czym konkretnie miałyby polegać? Mocno zdumiony usłyszałem, że pani Redaktor tego nie wie, ale do programu zaprasza. Zaproponowałem, aby zechciała mi przesłać niezbędne materiały, kiedy będzie dysponować odpowiednią wiedzą, ale w tym momencie spotkała mnie kolejna niespodzianka. Padło pytanie czy obecne prawo autorskie  mi się podoba? Odpowiedziałem, iż jako autor nie mam powodu do narzekań, zaś podobać, albo nie podobać może mi się rzeźba artysty Mitoraja na krakowskim Rynku. Tu jednak okazało się, że pani Redaktor ma konkretny plan. Otóż poprosiła abym w czasie programu powiedział, że z obecnego stanu prawa autorskiego jestem zadowolony i to wystarczy. Zrozumiałem, że będę to mówił przeciwko komuś nie mając na dodatek pojęcia przeciwko komu, ani w jakiej dokładnie sprawie. Dodałem, że w studiu powinienem dysponować odpowiednimi fragmentami tekstu obecnie obowiązującej ustawy, oraz jak wspomniałem wcześniej tekstem projektu zmian. Wyjaśniłem, że jako prawnik z wykształcenia nie mogę sobie pozwolić na operowanie ogólnikami. W tym momencie pani Redaktor stwierdziła, iż zarzucam jej brak przygotowania, co jest dla niej obraźliwe. Chcąc nie chcąc musiałem zripostować konstatując z maksymalnie uprzejmą intonacją głosu, że to ja czuję się traktowany najdelikatniej mówiąc niepoważnie. Poza tym dla spokoju sumienia powtórzyłem jeszcze raz swój punkt widzenia w tej sprawie, na co usłyszałem, że w takim razie moja Rozmówczyni zadzwoni do kogoś innego. Gorąco przyklasnąłem temu pomysłowi i na tym ta zadziwiająca wymiana zdań się zakończyła.
Nie dziwi mnie zachowanie pani Redaktor. Taki w końcu mamy obecnie pomysł na media publiczne, aby nie bawić się w merytoryczne subtelności, przybierając przy okazji pozę arbitra. Jest to skądinąd ulubiona metoda prezentowania swoich racji przez władzę na najwyższych szczeblach. Wczoraj w Sejmie poseł Samoobrony Mateusz Piskorski porównał skazanych prawomocnymi wyrokami ludzi z partii Andrzeja Leppera do działaczy opozycji lat 80-tych, a także do takich postaci jak Mahatma Gandhi, Martin Luther King i Nelson Mandela. Chyba wykrakałem. Jest coraz ciekawiej.



5.07.2007

W znakomitej książce dla młodzieży Jerzego Broszkiewicza pt. "Długi deszczowy tydzień" niejaki magister Potomek stwierdził, że zazdrość bywa uczuciem inspirującym. Może i bywa, ale nie dotyczy to przypadku braci Kaczyńskich.
Przewodniczący komisji spraw zagranicznych Sejmu RP poseł Paweł Zalewski straszne rzeczy wyprawiał. Nie dość, że zyskał sobie szacunek posłów opozycji, oraz mediów, to na dodatek uznany został przez tygodnik "Polityka" za najlepiej pracującego parlamentarzystę. Jakich zaś szatanów reprezentuje to pismo, tego naszym Strażnikom Prawdy Jedynej tłumaczyć nie trzeba, gdyż jest to według nich wyjątkowo jadowity fragment złowrogiego czworokąta.
Czarę słusznego gniewu dopełnił fakt, iż poseł Zalewski ośmielił się w czasie posiedzenia kierowanej przez siebie komisji zadać kilka pytań pani minister Fotydze, która odpowiadać nie chciała twierdząc, że "komentować medialnego rejwachu nie będzie". Skądinąd ciekawe, na jakim świecie żyje pan poseł, skoro nie wie, że słowa Prezydenta, Premiera i ich współpracowników są święte i nie wolno poddawać ich jakiejkolwiek krytyce.
Efektem jest zwieszenie przewodniczącego Zalewskiego w prawach członka PiS, wszczęcie wobec niego postępowania dyscyplinarnego, oraz wygłoszone przez Lecha Kaczyńskiego w telewizji oświadczenie, że swoją znajomość z posłem Zalewskim uważa za zakończoną.
Reguła jest prosta. Nie należy wyrastać ponad głowy pierwszych obecnie osób w państwie i nie chodzi tutaj w żadnym wypadku o kwestię wzrostu. Dobre maniery, kompetencja i popularność budzą najzwyklejszą zazdrość i o nic więcej nie chodzi. Poczciwy cep jest przy tym mechanizmie konstrukcją wysoce skomplikowaną. Zapowiadają się ciekawe wakacje!



1.07.2007

Pięknie spędziłem ostatni piątek czerwca. Najpierw "spotkanie limerykowe" w MPiK-u. Miałem przyjemność czytać swoje drobiazgi w świetnym towarzystwie prof. Jerzego Jarzębskiego i dr Michała Rusinka. Spotkanie odbyło się z okazji promocji książki "Smocze jajo. Limeryki o Krakowie", wydanej przez Fundację dla Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie pomieszczono gościnnie cztery moje wierszyki w części zatytułowanej "Jajo z górnej półki". Swoje utwory czytali także laureaci "Konkursu o Smocze Jajo", zorganizowanego z wielkim rozmachem przez Klub Absolwenta Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Późnym wieczorem czciliśmy w Piwnicy naszych Solenizantów. Piotra Ferstera, Piotra Kubę Kubowicza, Pawła Pierzchałę i Pawła Marculę, naszego Piwnicznego Barmana. Odbył się okolicznościowy występ, w którym zaśpiewałem piosenkę zaczynającą się od słów "Aleśmy popili...", zakończoną dwoma odpowiednimi do okazji puentami będącymi specjalną dedykacją dla Piwnicznego Dyrektora. Do rana wygłaszano mowy i wznoszono toasty.
Wszyscy wspominali Wielkiego Nieobecnego - Piotra Skrzyneckiego. Nie chciałbym popadać w podejrzany mistycyzm, ale obecność Piotra była tej nocy wyraźnie wyczuwalna. Być może jest tak, że radość i zamyślenie tutaj na Ziemi docierają w jakiś sposób tam daleko.
Od dwóch dni nad dachem mojej rezydencji latają samoloty. Odrzutowe latają i tłokowe też, abym się przypadkiem nie zaczął nudzić. Śmigłowce również tną powietrze łopatami wirników, a wszystko to dokładnie nad moją biedną łepetyną. Na Czyżynach, czyli niedaleko od mojego szacownego osiedla odbywa się "IV Małopolski Piknik Lotniczy".  Latające machiny efektowne ewolucje wyczyniają. Beczki, pętle, korkociągi. Pikuje samolot taki w stronę ziemi, a gawiedź zdumiona paszczęki rozdziawia i radosnym pomrukiem udany popis kwituje.
Władza także zadziwia, ale figurami retorycznymi. Pan Premier wygłosił oświadczenie na temat sił nieczystych stojących za strajkiem pielęgniarek i lekarzy. Ponadto padło stwierdzenie, że ataki na ugrupowanie rządzące świadczą o tegoż ugrupowania uczciwości. To niezwykle wygodna argumentacja i pewien jestem, iż kiedy zakończą się rządy obecnej koalicji, wtedy następcy skwapliwie będą jej używać.
Dzisiaj imienny mojej Mamy, mojej Żony i mojej Koleżanki z Piwnicy Haliny Wyrodek. Szczęścia życzę! Szczęścia!



29.06.2007

Diś imieniny. Imieniny Piotra. Oto co napisałem w "Dzienniku Piwnicy pod Baranami", który ukazał się w dniu 27.06.1998r
Tak było każdego roku. Subtelna, intrygująca swoją świeżością panna Wiosna kłaniała się nam leciutko i dochodziła. Jej pastelowa sukienka pachniała bzem i konwalią. Zapachem z wierszy K. I. Gałczyńskiego. Żegnaliśmy ją z żalem, ale byliśmy także szczęśliwi pewnością, że powróci znowu za rok. Na jej miejsce pojawiała się intensywna pani Lato. Nonszalancko czarowała mocnym światłem i równie mocnymi kolorami. Przynosiła ze sobą imieniny Piotra Skrzyneckiego.
Często zdarza się nam nadużywać słowa "przyjaźń", tego jakże ważnego słowa. Wydaje się, że ta piękna więź każdemu przydarzyć się musi, a przecież nie wszystkim dane jest ten dar niezwykły otrzymać. Dar będący najwyższą nagrodą za szczerość, lojalność i wyrozumiałość. Piotr miał wielu przyjaciół. Przybywali, aby spotkać się z Nim w szalone, imieninowe dni i noce. Przybywali, aby ofiarować kwiaty, prezenty zadziwiające, aby pogadać, no i oczywiście napić się wódeczki. Owa "krystaliczna kusicielka" smakowała wtedy niepowtarzalnie.
Przyjaciele Piotra. Ludzie niezwykli. Zapatrzeni w Piotra samotność, samotność kreśloną światłocieniami Rembrandta.
Celebrował swoje imieninowe święta, przebiegle przedłużając ich trwanie (te niezapomniane "wigilie imieninowe" u Janiny na Groblach, a ostatnio w Vis a´ Vis pod troskliwą opieką niestrudzonych pań - Zosi i Krysi) - od dwunastej w nocy 28 czerwca do świtu 30.
Miejsce spotkań wybierał w wielkiej tajemnicy, aby zadziwić i ucieszyć swoich gości. Przybywali przyjaciele. Dzięki nim Piotr rozkwitał. Wiedział, że może na nich liczyć, ot tak, po prostu.



29.06.2007

Jego wysokość Abdullah ben Abd al Aziz Saud, król Arabii Saudyjskiej odwiedził niedawno Polskę, goszczony z honorami przez prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. 
Jak wiadomo dzięki hojności monarchy przeprowadzono udaną operację rozdzielenia polskich bliźniaczek syjamskich Olgi i Darii. Dotychczasowy koszt operacji i dalszego leczenia wyniósł półtora miliona dolarów. Król spotkał się z dziewczynkami i ich rodziną, a ponadto udekorowany został "Orderem Usmiechu".
Chcę  tutaj przypomnieć, iż żaden z przedstawicieli polskiego biznesu nie zareagował na prośby o pomoc, która była niezbędnie potrzebna ze względu na bezradność naszych władz. Czas naglił.
Ktoś powie o kaprysie nieprzyzwoicie bogatego władcy. Ktoś inny będzie z kolei krytykował czułostkowe relacje medialne, jednak dla uratowanych dzieci i ich bliskich nie ma to najmniejszego znaczenia. Przyznam zresztą z ręką na sercu, że mnie osobiście te sceny szczerze wzruszyły.
Zacząłem się zastanawiać, co uczynić, aby w przyszłości można było reagować w podobnych sytuacjach. Pomyślałem, że są w Polsce ludzie, którzy w sposób uporczywy podkreślają swoje zatroskanie losem dzieci. Ludzie uwielbiający umieszczać na plakatach wyborczych podobizny maluchów w rodzinnych ujęciach. To rzecz jasna politycy.
Aby nie poprzestawać jedynie na krytyce pozwalam sobie przedstawić tutaj niezwykle prosty pomysł. Sejm RP liczy 460 posłów, zaś Senat 100 senatorów. Jeżeli każdy z parlamentarzystów wpłacałby regularnie na konto specjalnie powołanego funduszu zaledwie 500 zł, dałoby to miesięcznie kwotę 280.000 zł. Rocznie 3.600.000 zł, zaś w trakcie czteroletniej kadencji 13.440.000 zł.
Mądre zarządzanie tymi środkami powiększyłoby je znacznie. Te ogromne dla obywateli RP pieniądze pozwoliłyby sfinansować szczególnie kosztowne zabiegi lekarskie. Zatem do dzieła Panie i Panowie! Do dzieła!



25.06.2007

Byłoby co najmniej dziwne, gdybym nie skomentował zakończonego tak niedawno Szczytu Unii Europejskiej. Polska uzyskała wiele, jednakże nie zgadzam się z przesadnie optymistycznymi komentarzami.  Z tymi, które mówią o klęsce również się nie zgadzam.  Nie chcę ponadto zbyt wiele uwagi poświęcać wypowiedzi premiera Kaczyńskiego na temat strat, które poniosła Polska w czasie II Wojny Światowej. Premier mówił prawdę, ale w tej konkretnej sytuacji popełnił ewidentną niezręczność.
Kłopot polega jednak na czymś zupełnie innym, a mianowicie chodzi o znikomą sprawność naszej dyplomacji. Przypominam że w Brukseli spotkali się przywódcy 27 państw europejskich. Rząd niemiecki twardo obstawał przy korzystnym dla siebie systemie podejmowania decyzji. Prezydent Rzeczpospolitej również grał twardo. Taka jest istota negocjacji dotyczących ważnych spraw, zwłaszcza w polityce międzynarodowej.
Skąd zatem bierze się mój niepokój? Ano stąd, że tak zwany "system pierwiastkowy" oprócz Polski popierały jedynie Czechy. Oznacza to wielką skuteczność dyplomacji dużych państw europejskich. Realny wpływ na rozstrzygnięcia podejmowane w ramach tak skomplikowanej organizacji, jaką jest Unia Europejska uzyskuje się poprzez długie i żmudne zabiegi. Trzeba rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Sztuka przekonywania daje efekty nieporównywalnie większe niż groźba weta w sytuacjach krańcowych. Czasem trzeba powiedzieć zdecydowane "nie", jednakże dopiero po wyczerpaniu wszelkich pozostałych możliwości.
Naszym władzom życzę, aby owe pozostałe możliwości zaczęły dostrzegać. Zacząłbym od uzupełnienia wakatów na stanowiskach ambasadorów w niektórych, europejskich stolicach. Zawsze od czegoś trzeba zacząć.



21.06.2007

Najważniejsze jest dobre samopoczucie. Ono pozwala stanąć nieugięcie naprzeciw niewygodnej rzeczywistości. Andrzej Rosiewicz został wygwizdany w Opolu. Po przeczytaniu tekstu piosenki, którą tam katował biedną Publiczność złapałem się za głowę, gdyż czegoś równie idiotycznego dawno nie widziałem. Moja Żona ma mniej szczęścia, ponieważ w porywie patriotycznego obowiązku obejrzała opolskie widowisko kabaretowe w całości, miała zatem wątpliwą przyjemność wysłuchania owego arcydzieła. Zapytany w wywiadzie, co sądzi na temat wspomnianego wygwizdania reżyser koszmarnego przedsięwzięcia Marcin Wolski odpowiedział tak: "więc wywołał reakcję, tyle że nie trafił w gusta. Ludzie mają prawo do takiej reakcji". Łaskawe panisko z pana Marcina. Przyznał ludziom prawo do reakcji. Minister Ziobro milczy. Nie będzie więc śledztwa prowadzonego przez CBA na spółkę z ABW w sprawie nagannego zachowania widzów w festiwalowym amfiteatrze.
Z Instytutu Pamięci Narodowej wyciekła lista. Nikt, poza dziennikarzami nie wie w jakich się to stało okolicznościach. Pan prezes Kurtyka obwieszcza, że lista nie wyciekła, a jeżeli już, to na pewno nie z zasobów IPN. Proste jak niezawodna konstrukcja cepa. Naród pokłada się ze śmiechu, ale jak sądzę nie cały się pokłada, bowiem znaczna część jest ogromnie zadowolona widząc wśród ujawnionych nazwisk personalia Aleksandra Kwaśniewskiego i jego kolegów.
Poseł Jacek Kurski przycichł ostatnio podejrzanie. Zastępuje go skutecznie poseł Joachim Brudziński, który stwierdził właśnie, że protestujące pielęgniarki zostały poturbowane przez koleżanki. Miliony ludzi widziały w telewizji, iż był to wynik akcji policji, ale sekretarz generalny PiS wie swoje i cały elektorat IV RP może mu, używając znanego kolokwializmu skoczyć.
Pani poseł Jolanta Szczypińska, z zawodu pielęgniarka nie uznała za stosowne porozmawiać z koleżankami po fachu. Pewnie oglądała Opole i nie chciała podzielić losu Andrzeja Rosiewicza. To się nazywa pragmatyzm w działaniach politycznych. Pragmatyzm oraz pokora.
Żeby było jeszcze weselej, pan premier Jarosław Kaczyński informuje z powagą, że protest lekarzy i pielęgniarek to akcja polityczna, a na dodatek o ile dobrze sobie dobrze przypominam haniebna. Dzisiaj zaś wicepremier Gosiewski oznajmił, że: "Jesteśmy otwarci na rozmowy w sprawie opuszczenia budynku kancelarii przez cztery protestujące pielęgniarki. Rząd nie będzie prowadził negocjacji "pod pistoletem".
Przy okazji groźnego dla pacjentów zamieszania przypomniano kolejne kłamstwo wyborcze PiS, które to, miłościwie nam rządzące ugrupowanie obiecywało oprócz korzystniejszej skali podatkowej przeznaczenie 6% PKB na ochronę zdrowia.
Szaleństwo wisi w powietrzu. Znany mi osobiście Internauta napisał przedwczoraj na czacie kilka malowniczych inwektyw pod adresem wspomnianego powyżej wicepremiera Gosiewskiego. Wyraził między innymi śmiały pogląd, że premier Kaczyński otacza się głupkami, aby ich móc skutecznie kontrolować. Ciekawostka polega na tym, że ów piszący jest zagorzałym zwolennikiem PiS, zaś w rozmowach o sprawach publicznych posługuje się wyłącznie żargonem używanym na co dzień  przez dobroczyńcę Włoszczowej.
Na koniec coś z zupełnie innej bajki. Wczoraj w Centrum Kultury Rotunda odbył się doroczny finał konkursu "Śpiewać każdy może". Sześć utalentowanych Dam śpiewało naprawdę pięknie. Po niezwykle burzliwych obradach jury, w którym miałem przyjemność zasiadać podjęło decyzję, że główną i jedyną nagrodę otrzymała Kinga Rataj. Jestem przekonany o słuszności tego werdyktu, zaś wszystkim uczestniczkom estradowych zmagań życzę samych sukcesów. Na koniec śpieszę donieść, że Szefostwo Rotundy wydało uroczy, okolicznościowy bankiet, w czasie którego rozmowy o polityce należały do rzadkości.



15.06.2007

Upał przytłacza podobnie jak niektóre wiadomości. Wczorajsza informacja o możliwości przyznania zatrudnionym w TVP protegowanym Bronisława Wildsteina wielusettysięcznych odpraw do takich właśnie należy. Nie pomogą wyjaśnienia sekretarza generalnego PiS Joachima Brudzińskiego, że: "TVP konkuruje z Polsatem i z TVN i zabiega o ludzi merytorycznych, aby ich pozyskać musi im zagwarantować godziwe jak na Warszawę pieniądze". Zanim pan poseł wygłosił swoje wyjaśnienie byłem absolutnie pewien, iż takich właśnie argumentów użyje. Zarabianie na odprawach, to po prostu kolejny sposób na wyszarpywanie pieniędzy ze wspólnej kasy. Ujmując sprawę z adekwatną do jej wagi ironią mamy do czynienia z kolejną realizacją hasła "tanie państwo".
Nadrabiając zaległości w moich notatkach nie będę jednak zagłębiał się w analizę tego typu przypadków. Napiszę o sprawach, które mnie cieszą.
We wtorek miałem zaszczyt uczestniczyć w niezwykłym wieczorze, który odbył się w Klubie Adwokata. Zaprosił mnie po raz kolejny mecenas Stanisław Kłys. Nie ośmielę się wymieniać Gości, albowiem mógłbym nie daj Boże kogoś pominąć, zaś Towarzystwo przybyło bez żadnej przesady najznakomitsze.
Piękny wykład nawiązujący do Jubileuszu 750-lecia Lokacji Krakowa wygłosił profesor Jerzy Wyrozumski, nagrodzony przez zebranych rzęsistymi brawami. Następnie mecenas Kłys został uhonorowany odznaczeniem "Adwokatura Zasłużonym". Przez dłuższą chwilę wśród hucznych oklasków odbierał wielce wzruszony zasłużone gratulacje. Potem Stanisław przejął rolę konferansjera czułego koncertu. Wystąpili: Elżbieta Towarnicka, Anna Szałapak, Zbigniew Preisner, Jacek Wójcicki, Konrad Mastyło, oraz piszący te słowa. Nasze "piwniczne" drogi z Anią i Zbyszkiem rozeszły się po śmierci Piotra, ale takie bywają koleje losu. "Przychodzimy, odchodzimy" - śpiewamy, co Sobotę w Piwnicy i to gorzkie zdanie dotyczy nie tylko spraw ostatecznych. Zaśpiewałem "Ćmienie" i "Pytania o zmierzchu". Wszyscy występujący, a także Ewa Lipska i Andrzej Zarycki, autorka i kompozytor jednej z piosenek wykonywanych przez Anię obdarzeni zostali przez Publiczność gorącymi brawami, oraz kwiatami. Nie muszę dodawać, że wcześniej ceremonialne bukiety otrzymali prof. Wyrozumski i mecenas Kłys.
W czwartek udałem się do Głogowa, aby zagrać recital w ramach XIII Głogowskich Konfrontacji Literackich. Przyjechałem po sześciu latach od poprzedniego występu w czasie Konfrontacji. "Trzynastka" okazała się wyjątkowo szczęśliwa. Występ przyjęty po prostu znakomicie. Publiczność ujmująca serdecznością i inteligencją. Bisowałem dwukrotnie. Oprócz wielkich braw kwiaty i krótki wiersz, w którym uczestnicy głogowskiego spotkania dziękując mi przyznali się lirycznie do bycia "wykształciuchami". Jeszcze wspólne zdjęcia na scenie. Jeszcze wywiad do miejscowego radia, a następnie skrzące się miłością do pisania rozmowy przy szklaneczce czegoś mocniejszego. Przyjaciołom z Głogowa ukłony przesyłam i podziękowania! Promotorem mojego recitalu był znany żurnalista Witold Bereś, któremu podobnie jak Krzysztofowi Burnetce życzę w sobotę równie udanego spotkania z Uczestnikami i Publicznością Konfrontacji.
Na koniec pewna malutka złośliwostka. Właśnie rozpoczął się Festiwal w Opolu. Organizatorzy zapowiadali szumnie, że wszyscy występujący śpiewać będą "na żywo". Cóż za bohaterska decyzja! Nie wiadomo, śmiać się czy płakać? Może jestem niedzisiejszy, ale używanie playbacku uważam i uważać będę za przejaw lekceważenia Publiczności. Jutro Piwnica pod Baranami zagra kolejny spektakl. Oczywiście "na żywo".



10.06.2007

To było dokładnie dziesięć lat temu. Nie pamiętam gdzie grałem poprzedniego dnia, ale doskonale przypominam sobie drogę powrotną do Krakowa. W połowie trasy zatrzymałem samochód na parkingu obok przydrożnego baru. We wnętrzu panował nastrój pełen skupienia. Na ekranie zawieszonego na ścianie telewizora zobaczyłem Wielką Krokiew w Zakopanem udekorowaną białym płótnem. Trwała msza papieska. Wtedy to właśnie Ludzie Gór na kolanach składali hołd swemu Pasterzowi. Uderzyła mnie wielka godność zgromadzonych i wielkie wzruszenie Jana Pawła II. "Sursum corda" wzywał papież. Goście baru wpatrywali się w ekran jak zaczarowani. Wszyscy wiedzieliśmy, że jesteśmy świadkami wielkiego wydarzenia. Kiedy transmisja dobiegła końca wsiadłem do samochodu i rozpamiętując to, co zobaczyłem ruszyłem w dalszą drogę. Dwa dni później opowiadałem o tym wszystkim w krakowskiej telewizji. Śpiewałem także dwie piosenki, czyli "Dzień inny niż wszystkie", opowieść o pielgrzymce Ojca Świętego do Krakowa, a także, "Jaki jesteś mój kraju". Kiedy wróciłem do domu odezwał się telefon. Dzwoniła Janina Garycka. Usłyszałem dobre, ciepłe słowa.
Nie ma już wśród nas Jana Pawła II. On teraz u tronu boskiego oręduje za nami. Potrzebne dzisiaj Jego modlitwy. Bardzo potrzebne, Coraz twardsze słowa padają w przestrzeni publicznej. Hierarchowie Kościoła grzmią z ambon próbując wpływać w ten sposób na bieg wydarzeń. Legendy Solidarności: Lech Wałęsa, Anna Walentynowicz i Andrzej Gwiazda obrzucają się nawzajem inwektywami. Kolejne symbole upadają w proch. Andrzej Lepper gromi wszystkich dookoła także nie przebierając w słowach. Opozycja odgryza się używając dziwnie podobnego języka. Brakuje refleksji i chęci porozumienia. Każdy próbuje eksponować swoje ogromne zasługi nie zwracając uwagi na fakt, iż dawno już przekroczył granice śmieszności. Strajk lekarzy trwa nadal. Kolejne grupy zawodowe zapowiadają protesty. Prof. Zbigniew Religia pomyślnie przeszedł operację. Pacjenci w całym kraju czekają na odroczone zabiegi. Pogłębia się rozziew pomiędzy władzą a społeczeństwem.
Kiedy na Stolicy Piotrowej zasiadał Jan Paweł II można było mieć nadzieję, że Jego wezwania uspokoją polityczne burze. Teraz wszystko odbywa się w pustce. Brakuje punktu odniesienia. Brakuje Ciebie Pasterzu.



9.06.2007

Co ty do diabła widzisz w polityce? Tak pytają mnie od ponad ćwierćwiecza. Przez nią świat od wieków krwią spływa, jak ofiarny ołtarz na chwałę straszliwego bóstwa zbudowany. Jej celem jest władza, zaś dążenie do władzy wyzwala najgorsze cechy ludzkich charakterów. Ona siostrą pychy, zachłanności, kłamstwa i zbrodni. Pcha się z butami w nasze spokojne życie przez nikogo nieproszona. Taka jest, więc po co o niej śpiewasz, jakbyś wierzył naiwnie w siłę swoich pieśni?
Cóż odpowiedzieć? Najważniejsze, aby odpowiedź była szczera i takiej właśnie chcę dzisiaj udzielić. Wszystkie wspomniane przeze mnie zarzuty pod adresem polityki są prawdziwe, ale przestrzeganie przed złem to moja pasja, a nawet ośmielę się napisać powinność. Mroczne bywają przestrzenie ludzkich dusz i mroczne ludzi postępki. Wierzę jednak głęboko, że można dobrze sprawować rządy. Aby wszelako były one pełnione w taki sposób potrzebna jest nieustanna, uważna krytyka. Błądzenie każdemu może się przydarzyć, zaś tym którzy decydują o wielu sprawach naszego życia w szczególności.
Kiedy opisuję rozmaite mechanizmy dotyczące polityki, oraz efekty ich działania nie łudzę się, iż prezydent, premier, ministrowie,  posłowie i senatorowie doznają nagle olśnienia. Śpiewam dla tych, w rękach których co parę lat pojawia się kartka wyborcza. Śpiewam po to, aby podejmując decyzję rozumieli jak ogromnie jest ona ważna. Nie pouczam. Ostrzegam.



6.06.2007

Bycie w dwóch miejscach na raz nie jest możliwe. Z jednej strony żal, a z drugiej może i dobrze. Żal, ponieważ coś trzeba pominąć, a dobrze, gdyż nie byłoby zbyt elegancko śpiewać dla jednych, a jednocześnie dla innych. Niezręcznie jakoś.
Cieszę się zatem, że mogłem przewodniczyć pracom jury Ogólnopolskiego Festiwalu Ekologicznego w Raciborzu. Było to w ubiegły czwartek i piątek. Przyjechałem zaproszony przez prof. Elżbietę Biskup, która wielu bardzo zdolnych wokalistów odkryła i do kariery estradowej przygotowała znakomicie. Jury zacne, czyli oprócz piszącego te słowa panowie Marek Blaut i Andrzej Biskup. Ocenialiśmy nadesłane przez młodzież wiersze. Ku mojej radości mogłem przeczytać kilka naprawdę wartościowych prac, a następnie wspólnie z kolegami prace te nagrodzić. Dostałem także niezwykły prezent od Marka Blauta, pisarza i dziennikarza, czyli dwie książki jego autorstwa. Bardzo zajmujące.
Bawiąc w Raciborzu i nie posiadając jednocześnie zdolności bilokacyjnych mogłem jedynie trzymać kciuki za powodzenie "Wieczoru Jazzowego" w Piwnicy pod Baranami. Pomysłodawca tego przedsięwzięcia, czyli znakomity puzonista Marek Michalak, oraz śpiewający Piwniczanie bardzo zadowoleni. Na mieście mówi się, iż Publiczność także.
W sobotę zagrałem w Warszawie recital w siedzibie Stowarzyszenia Wolnego Słowa. Przybyło wielu Gości. Gorące oklaski. Ukłony i wreszcie bis. Po recitalu rozmowy gorące i bardzo ciekawe. W tym czasie w Piwnicy trwał program kabaretowy.
Swoje imieniny spędziłem w Stolicy żałując, iż nie mogę czcić pod Pominkiem Piwnicy osiemdziesiątych urodzin prof. Bronisława Chromego, którego ogromnie cenię jako artystę i człowieka pełnego wielkiej pasji. Bronisław kocha życie, kocha swoją pracę i jego młodzieńczy wręcz entuzjazm jest godzien najwyższego podziwu. Wiele lat zdrowia i mnóstwa równie cudownych, jak dotychczasowe rzeźb Profesorze!
W poniedziałek koncert Piwnicy w Teatrze Roma. Po zaśpiewaniu gorąco przyjętej przez Publiczność piosenki pt. "Znów pojawił się wariat" pognałem zarejestrować cztery utwory do programu "Kabaretowa Scena Przyjaciół" na zaproszenie satyryka i balladzisty Marka Majewskego. Z efektami tej pracy będzie mogła zapoznać się niedługo warszawska Publiczność. Szczęście dopisywało mi tego wieczoru, gdyż zdążyłem wrócić do "Romy", na finał naszego programu. Dodam z przyjemnością, że zostaliśmy pożegnani owacjami na stojąco.
W drodze powrotnej wspólnie z Tamarą Kalinowska obchodziliśmy nasze imieniny. Życzenia, toasty i pogawędki na bardzo interesujący temat. Tego samego wieczoru odbywał się bowiem na krakowskim Rynku koncert krakowskich artystów z okazji 750-lecia Lokacji Krakowa. Piwnica nie została zaproszona do uczestnictwa w obchodach. Proszę nie pytać o powody takiej decyzji, gdyż nie potrafię udzielić odpowiedzi. Kochana Publiczność ze Stolicy wynagrodziła nam i mnie osobiście to dziwne niedopatrzenie swoim niezapomnianym przyjęciem. A koncert na Rynku? No cóż. Nie wypada, abym się wypowiadał. Było, minęło. Gramy dalej!



29.05.2007

Minister Zbigniew Ziobro określił w sobotę profesorów Andrzeja Zolla, oraz Zbigniewa Ćwiąkalskiego "rzekomymi autorytetami", gloryfikując jednocześnie profesora Władysława Mąciora, który miał być, że zacytuję słowa ministra "za PRL na swej uczelni sekowany i niszczony przez osoby związane z linią partii". Mam zaszczyt znać niesprawiedliwie nazwanych przez ministra sprawiedliwości profesorów. Tak się złożyło, iż posiadam dyplom magistra prawa, czyli posiadam wykształcenie podobne do pana ministra. Moje uwagi nie są, zatem spostrzeżeniami natury towarzyskiej.
Pamiętam doskonale egzamin ustny z logiki, który zdałem u ówczesnego docenta Mąciora. Miał on wtedy wśród studentów prawa opinię oryginała. Ulubioną metodą egzaminacyjną obecnego guru ministra Ziobry było wykrzykiwanie, że student wygaduje bzdury w sytuacji, kiedy odpowiadał prawidłowo. Jeżeli egzaminowany zaczynał się odruchowo wahać otrzymywał natychmiast ocenę niedostateczną. Wiem, o czym piszę, ponieważ sam miałem wątpliwą przyjemność być poddanym takiej uciesznej dla pana docenta procedurze, chociaż w moim przypadku egzamin zakończył się pomyślnie. Po latach przypisuję ten fakt wyłącznie mojemu zamiłowaniu do logiki, a także wrodzonemu tupetowi.
Nie było dla nas, studentów żadną tajemnicą, że obecny prof. Władysław Macior prowadził osobne zajęcia z funkcjonariuszami SB, oraz MO. W tamtych czasach szczerze nas to bawiło, gdyż wyobrażaliśmy sobie, jakie męki muszą przeżywać jego podopieczni. W naiwności swojej niektórzy uważali, że była to jakaś cokolwiek perwersyjna gra z władzą realnego socjalizmu. Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek twierdził wtedy, że prof. Mącior był wtedy zaledwie docentem z powodów politycznych. Nie przypominam sobie również, aby znacznie później, czyli w stanie wojennym pan profesor wypowiadał się krytycznie na temat postępowania władzy, co przyznam bardzo mnie dziwiło.
Pamiętam natomiast wydarzenie, które miało miejsce parę lat temu, a zatem już w suwerennej Polsce, które mnie po prostu przeraziło. Przysłuchiwałem się mianowicie dyskusji na temat kary śmierci. Profesor Mącior wygłosił płomienną tyradę, z której wynikało dobitnie, że wieszać trzeba. Na wątpliwości jednego z dyskutantów, iż nie należy zapominać o tak zwanej "pomyłce sądowej", mogącej doprowadzić do stracenia osoby niewinnej odpowiedział, że taka powinna być cena sprawiedliwości społecznej. Uczestnikiem tej debaty miał być prof. Andrzej Zoll, ale akurat wtedy przebywał w Warszawie w związku z propozycją objęcia funkcji Rzecznika Praw Obywatelskich. Myślę, że dobrze się stało, iż nie brał udziału w tej koszmarnej w swojej wymowie przepychance. Możliwość przekonania ludzi zaślepionych jest niestety z reguły skazana na porażkę.
Ogromnie szanuję poglądy prof. Zolla dotyczące prawa karnego. Są one nacechowane mądrością i humanitaryzmem, zaś próba przypisania im zbytniej łagodności w stosunku do przestępców to moim zdaniem drastyczne i podłe w swojej wymowie nadużycie. Jest dla mnie autorytetem i serdecznym Znajomym. Wielokrotnie rozmawiałem z nim o sprawach ważnych dla kraju. Zawsze ujmował mnie wyważony sposób formułowania osądów sytuacji, pełen troski i dobrej stanowczości. Podobnym szacunkiem pozwalam sobie darzyć prof. Zbigniewa Ćwiąkalskiego.
Popularność sondażowa ministra Zbigniewa Ziobro jest niezaprzeczalnym faktem. Okazuje się, że pobieżność rozumienia istoty prawa przybiera w naszym kraju rozmiary zastraszające. Wystarczą kamery, kilka dosadnych haseł i epatowanie społeczeństwa świeżo ujawnionymi aferami. Źle się dzieje i mam dziwne przekonanie, że to nie koniec tego spektaklu.
Temida ma zasłonięte oczy, aby wyrokować w sposób bezstronny. Rządzący Polską najwyraźniej przestali się przejmować takimi symbolami. Władza coraz mocnej uderza do głów. Uderza jak mętny bimber.



27.05.2007

Dwie noce kabaretowe. Piątkowa i sobotnia. Obydwie niezwykle piękne. W trakcie pierwszej gościliśmy w Piwnicy wybitnych prawników. Na sali zasiedli przedstawiciele palestry, sądownictwa, oraz prokuratury. Nie ośmielę się wymieniać nazwisk, aby przypadkiem kogoś nie pominąć, jednakże pozwolę sobie napisać, że szczególnie fetowanym Gościem był prof. Andrzej Zoll z małżonką. Za kulisami dwoił się i troił mecenas Stanisław Kłys, doradzając Markowi Pacule trafne dedykacje. Program miał znakomite tempo i został niezwykle ciepło przyjęty. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki "Dezyderaty" mecenas Kłys wygłosił ze sceny bardzo mądrą mowę dziękując artystom. Nie zabrakło w tych słowach odniesień do myśli Pascala. Otrzymaliśmy życzenia wielu sukcesów, a także kosz egzotycznych owoców, oraz bukiet pięćdziesięciu pąsowych róż. Dodam z całym przekonaniem, że owoce były wyjątkowo smaczne, zaś róże zjawiskowe. Później błyskotliwe rozmowy trwały bardzo długo i nikt nie śpieszył się, aby opuścić piwniczne salony.
Druga noc kabaretowa równie udana. Po raz kolejny okazało się, że Piwnica jest w świetnej formie, że warto grać, skoro Publiczność szczerze docenia naszą pracę. Jeszcze wspominki przy stole w Planetarium, ciepłe i czułe. Rozgwieżdżone niebo towarzyszyło mi w czasie powrotu do domu. Niebo nad Krakowem. Moim miastem.



24.05.2007

Wczoraj odbyłem podróż medialną. Podróż pełną miłych chwil. O godzinie 7.40 rano wykonałem w programie "Kawa czy herbata" fragment piosenki "O świetlistych oczach żony". Szczerze mówiąc nigdy dotychczas nie śpiewałem o tak dziwnej dla mnie porze. Okazało się, że pomimo wszelkich obaw udało się znakomicie. W rozmowie o Piwnicy pod Baranami, prowadzonej przez redaktorów Iwonę Schymallę i Pawła Pochwałę wziął także udział piwniczny pianista Marcin Sanakiewicz. Najistotniejszym fragmentem porannej pogawędki była zapowiedź koncertu Piwnicy w warszawskim Teatrze Roma, 4 czerwca o godzinie 19.30. Zaciekawienie prowadzących wywołał fakt, że Kabaret wystąpi w Stolicy, w czasie, gdy w Krakowie obchodzony będzie Jubileusz 750-lecia lokacji Krakowa. Wyjaśniłem, zgodnie z inteligentną podpowiedzią dyrektora Piotra Ferstera, iż skoro nie wszyscy mieszkańcy Warszawy przyjadą cieszyć się Jubileuszem, to Piwnica przybędzie do Nich wdzięczna, za niezmienną serdeczność i gorące przyjęcie.
Około godziny 14 odwiedziłem Program I Polskiego Radia, gdzie gawędziłem z redaktorem Jackiem Kruczkiem. To była niezwykle ciepła rozmowa, pełna dobrych wspomnień. Pan Redaktor zastanawiał się życzliwie dlaczego dotychczas nie wydałem solowej płyty, na co pozwoliłem sobie odpowiedzieć, że płytę taką nagrałem, ale niedługo potem Polskie Nagrania zbankrutowały, więc krążek się nie ukazał. Zapewniałem, że nie ponoszę winy za wspomniane bankructwo, zaś utrwalone wtedy piosenki z pewnością zaśpiewałbym dzisiaj lepiej. Nie zabrakło pytania o zastanawiający brak obecności Piwnicy w trakcie krakowskiego Jubileuszu, oraz podobnej jak wcześniej w telewizji odpowiedzi. Wspomniałem też o koncercie w Romie. 
O godzinie 15 nagrałem wywiad dla Programu I TVP przeprowadzony przez redaktora Grzegorza Miśtala. Opowiadałem o Piotrze. Jego kabaretowym geniuszu. O tym, że decyzja o kontynuacji działalności Piwnicy była wprawdzie trudna, ale według jedyna, oraz o tym, jak teraz wygląda nasz program. Padło rzecz jasna pytanie o Jubileusz Lokacji. Zaprosiłem warszawską Publiczność do Teatru.
Cieszę się, że zagramy w Warszawie. Mam nadzieję, że odniesiemy sukces, który będziemy długo wspominać. Przez kilka godzin część Krakowa będzie kwitnąć w Warszawie. Paradoksy bywają piękne. Naprawdę.



20.05.2007

Wczorajszą Noc Muzeów spędziłem w Jarosławiu. Zagrałem recital w przepięknej sieni Kamienicy Orsettich, gdzie mieści się muzeum. Przybyło mnóstwo widzów. Pojawił się nawet zakuty w średniowieczną zbroję rycerz. Z radością obwieszczam, że nie było żadnego wolnego miejsca. W pierwszym rzędzie zasiadł pan burmistrz Andrzej Wyczawski, zaś występ zapowiedział z wdziękiem pan dyrektor Jarosław Orłowski. Publiczność słuchała w wielkim skupieniu nie stroniąc jednak od spontanicznych, niezwykle życzliwych reakcji. Bisowałem dwukrotnie.
W dyrektorskim gabinecie piękna rozmowa. Wspominaliśmy z panem Wyczawskim dawne czasy, komentowaliśmy ostatnie wydarzenia w świecie polityki i snuliśmy plany. Pan burmistrz zwierzył się, że jego marzeniem jest spektakl Piwnicy na przepięknym, jarosławskim Rynku. Nie obyło się rzecz jasna bez ceremonialnego zaproszenia do Kabaretu. Mój koncert zorganizował perfekcyjnie Jurek Góralczyk, warszawski impresario, z którym pracowałem już wielokrotnie. Noc spędziłem w uroczym Dworze Hetman, zachwycony gościnnością, a także znakomitą kolacją i śniadaniem.
Żałowałem tylko, że nie mogę uczestniczyć w odbywającym się w Krakowie spotkaniu z okazji 30 rocznicy zakończenia studiów mojego roku. Zadzwoniłem jednak do Janka Końskiego prosząc o przekazanie Koleżankom i Kolegom serdecznych życzeń szampańskiej zabawy. Z tego, co wiem była rzeczywiście huczna i trwała do białego rana.



17.05.2007

Pielgrzymi szli przez pustynię. Nabożna chęć zobaczenia Świętego Miejsca pozwalała im znosić w pokorze spiekotę, zmęczenie, pragnienie i głód. W pewnym momencie niepokojąca swym odcieniem mgiełka przesłoniła słońce. Piasek pod stopami zaśpiewał inaczej, a nawet nie tyle zaśpiewał ile zaczął syczeć jak nagle przebudzony wąż.
Zbliżała się burza piaskowa. Przyśpieszyli kroku, kierując się w stronę skał, które dobrym zrządzeniem losu były niedaleko. Zanim duszący pył zakrył wszystko, zdążyli schronić się tam i kryjąc twarze pod kapturami swoich szat czekali na przejście piekielnej nawałnicy. Czuli na sobie wyraźnie kose spojrzenie śmierci. W miarę upływu czasu bali się coraz bardziej, a kiedy zaczęli już wątpić w ocalenie, wtedy wiatr ucichł. Gdzieś z wysoka poprzez przejrzyste i orzeźwiające powietrze zaczęły na nich opadać drobiny światła. Właśnie drobiny, gdyż oprócz słonecznych promieni światło opadało na nich tak, jak spadają na ziemie gwiazdki śniegu, płatki kwiatów, lub okruszyny chleba. Wszędzie było ich pełno. Śmiejąc się strząsali je z szat, nabierali pełne garście i podrzucali do góry zachwyceni ich blaskiem. Nie czuli już znużenia. Nie czuli pragnienia i głodu. Podziękowawszy Bogu ruszyli w dalszą drogę śpiewając radosne pieśni. Śpieszyli się, aby w słynącym cudami Miejscu opowiedzieć o tym, co dane im było przeżyć.
Widziałem to na własne oczy. Widziałem we śnie. Gdzieś w świecie pluły ogniem wulkany wojen. Gdzieś w świecie stawało się dobro. Śniłem o drobinach światła, które nadal widzę dookoła.



15.05.2007

Wyrok Trybunału Konstytucyjnego został dzisiaj opublikowany w Dzienniku Ustaw. Dobrze się stało, aczkolwiek nie mam pojęcia czemu służyć miało całe zamieszanie wokół tej, wydawałoby się prostej sprawy. No cóż, takie widać zwyczaje  obecnej władzy. Ciekawe co będzie dalej? Z pewnością otrzymamy na to pytanie całe mnóstwo odpowiedzi, które mocno nas zaskoczą.
Zagrałem dzisiaj w Piwnicy  recital dla młodzieży z Pruszkowa. Pięknie jest dzielić się swoimi poetyckimi impresjami z bardzo uważnie słuchającą, oraz reagującą inteligentnie Publicznością. W trakcie występu zdarzyła się zabawna sytuacja. Jedna z młodych Dam kichała od czasu do czasu, jednak starała się czynić to dyskretnie. Jej Kolega na moją prośbę liczył kichnięcia. Było ich dziewięć. 
Nad Krakowem przetoczyła się majowa burza. Nadajniki telewizyjne zwariowały i przez krótki czas nie można było oglądać programu. Zachowałem się konsekwentnie i nie zaglądałem wtedy do Internetu. Było to ciekawe doświadczenie, gdyż obserwowanie przez okno wykwitających na niebie błyskawic jest niewątpliwie bardziej interesujące niż analiza burz w świecie polityki.



15.05.2007

Pan premier Jarosław Kaczyński powiedział, że opublikowanie w Dzienniku Ustaw wyroku Trybunału Konstytucyjnego po 15 maja spowodowane jest pośpiechem sędziów Trybunału. Jeżeli dobrze rozumiem tok rozumowania pierwszego ministra, to gdyby orzeczenie zapadło później, wtedy można by je opublikować wcześniej, czyli szef rządu RP posiada zdolność manipulowania czasem. Albert Einstein z pewnością pokłada się w Niebie ze śmiechu.
Pan senator Zbigniew Romaszewski nazwał efekt pracy Trybunału bełkotem, dodając jeszcze kilka równie malowniczych epitetów. Współczuję panu senatorowi, gdyż poprzez swoją wypowiedź znalazł się w bliskim sąsiedztwie posła Jacka Kurskiego, który z kolei rąbnął w TVN 24: - Trybunał zachował się w sposób oszukańczy i nieprzyjazny wobec większości społeczeństwa, która liczyła, że od najwyższej władzy sądowniczej można oczekiwać zrozumienia dla próby oczyszczenia polskiego życia publicznego z agentury postkomunistycznej.
Poseł Kurski polemizował z Leszkiem Millerem twierdzącym: - Swoją decyzją premier Kaczyński staje się bohaterem cwaniaczków, którym imponuje, że mogą kogoś kiwnąć i oszukać. Dodał także z właściwym sobie wdziękiem: - Dla wielu ludzi postępowanie premiera może być przykładem, że polityka staje się drugim w kolejności najstarszym zawodem świata. Tupet obu panów jest wręcz niewyobrażalny.
Senator Jarosław Gowin oznajmił w tej samej audycji: - Premier prowadzi jakąś grę, której cele są dla mnie niezrozumiałe, ale skutki są ewidentne - pogłębianie zamętu wokół lustracji, a w ostateczności ofiarą będzie sama lustracja. Trudno nie zgodzić się z tym zdaniem.
Przytoczyłem tutaj wypowiedzi pięciu polityków. Cztery z nich, oprócz ostatniej uznać należy za niedopuszczalne. Nie chciałbym okazać się złym prorokiem, ale jeżeli proponowane przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego konsultacje z szefami klubów parlamentarnych zakończą się fiaskiem, to będziemy mieli do czynienia z koszmarnym patem.
Żeby nie było żadnych wątpliwości popieram ideę lustracji, jednak powinna być ona przeprowadzona mądrze.  Jak na razie nie ma powodów do optymizmu. Dominuje zgiełk, przepychanki i bałagan, czyli wszystko po staremu.



14.05.2007

Na początek ciekawa historyjka. To było kilka dni po ostatnich wyborach. Jechałem taksówką do Piwnicy, aby jak zwykle zagrać w sobotnim spektaklu. Prowadzący samochód sympatyczny mężczyzna w średnim wieku był wyraźnie niezadowolony z sytuacji w kraju. Zapytałem wprost na kogo głosował? Odpowiedział, że na Prawo i Sprawiedliwość, oraz na Lecha Kaczyńskiego. Pozwoliłem sobie zauważyć, iż w takim razie nie powinien mieć powodów do niepokoju, gdyż polityczni zwycięzcy wprowadzą teraz dobre prawo i nie będzie już powodów do narzekań. Pan taksówkarz lekko przyhamował, po czym patrząc w lusterko rzucił w moją stronę takie oto pytanie: - A od kiedy to posłowie wymyślają prawo? Mocno zdziwiony zacząłem tłumaczyć rzecz wydawałoby się oczywistą. Sejm tworzy prawo wspólnie z Senatem. Swoje projekty może także wnosić Prezydent RP. Po zakończeniu swojego wywodu to ja zadałem pytanie: - Kto zatem według pana tym się zajmuje?  Pan taksówkarz odpowiedział, że według niego prawo tworzą profesorowie prawa, zaś posłowie nie powinni tego robić, gdyż się na tym po prostu nie znają. Próbowałem coś mówić o roli ekspertów, ale to w żaden sposób mojego rozmówcy nie przekonało. Stwierdził na koniec, że w takim razie lepiej nie będzie.
Wspomnienie o tym zdarzeniu wróciło do mnie po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego dotyczącego lustracji. Napisano fatalną ustawę, która została w bardzo wielu punktach podważona. Wbrew wszelkim insynuacjom Prezydenta, Premiera, oraz posłów i senatorów Prawa i Sprawiedliwości nie jest to od strony sędziów Trybunału sprawa natury politycznej, ale dbałość o dobre prawo. Wypowiedź marszałka Ludwika Dorna broniącego posła Arkadiusza Mularczyka przy pomocy wrednie użytego cytatu z Puszkina jest po prostu haniebna, zaś postępowanie owego posła odsłania prawdę na temat sposobu pojmowania działalności politycznej przez obecny obóz rządzący.
Miał rację pan taksówkarz. Polscy parlamentarzyści w większości nie nadają się do tworzenia prawa, ale kto w takim razie ma je konstruować?  



10.05.2007

Poseł PiS Arkadiusz Mularczyk zrobił wszystko, aby zablokować prace Trybunału Konstytucyjnego nad zgodnością z konstytucją ustawy lustracyjnej. Miał do tego prawo, jak w każdym, demokratycznym państwie. Przypominam jednak, że termin składania oświadczeń lustracyjnych upływa 15 maja, a zatem zapewnienia polityków Prawa i Sprawiedliwości, że działania posła nie mają z tym terminem nic wspólnego zakrawa na jawną kpinę ze współobywateli. Zastanawia nagłe odnalezienie przez IPN teczek dotyczących dwóch sędziów Trybunału. Okazuje się, że można "przyśpieszyć" określone procedury zależnie od konkretnej sytuacji politycznej. Nie jest to jak sądzę niezgodne z prawem, ale budzi uzasadnione podejrzenie prowadzenia fatalnej dla interesów państwa gry. Gdyby zawartość teczek okazała się kompromitująca, wtedy tego typu działania można by uznać za uzasadnione, tymczasem ujawnione materiały nie są mówiąc kolokwialnie funta kłaków warte.
Prezes Trybunału Konstytucyjnego, Jerzy Stępień wyłączył z prowadzenia sprawy pomówionych o współpracę ze służbami PRL sędziów. Postąpił niezwykle rozsądnie, oddalając podejrzenia o jakąkolwiek stronniczość. Stronniczością, aby nie użyć bardziej drastycznego określenia zgrzeszył premier Jarosław Kaczyński stwierdzając, iż każdy z  członków Trybunału "mógłby podlegać jakimś zarzutom".
Wyobrażam sobie następny parlament. PiS w opozycji, zaś przyszła koalicja pracowicie szuka "jakichś zarzutów, którym mogliby podlegać" bracia Kaczyńscy, oraz na ich współpracownicy. Nowy szef IPN gorliwie wykonuje odgórne polecenia, zaś prokuratura szykuje efektowne akty oskarżenia. Mikołaj Kopernik sformułował zasadę dotyczącą ekonomii, według której zły pieniądz zawsze wypiera pieniądz dobry. Dodam, że złe obyczaje niezwykle skutecznie wypierają dobre obyczaje. Pycha uwielbia ubierać się w szaty dziejowej misji. Pycha jednostek sprawujących władzę.
W programie Tomasza Lisa "Co z tą Polską" profesor Wiktor Osiatyński próbował zwrócić uwagę na złe praktyki polskiego życia publicznego. Okazało się jednak, że debatować się nie da. Każdy z zaproszonych gości wygłaszał swoje kwestie przekonany o własnej nieomylności i czynił to w formie żywo przypominającej pyskówkę. Na koniec programu krótki wywiad z premierem Wielkiej Brytanii Tonym Blairem. Ujęła mnie klasa wypowiedzi odchodzącego męża stanu. Nie zawsze się zgadzam z moją Żoną, ale Jej pomysł, aby powierzyć brytyjskiemu politykowi ster rządów w naszym kraju uważam za znakomity. Niestety, pomysł ten jest, co oczywiste całkowicie nierealny.
"Baw się dalej do oporu najwspanialszy w świecie kraju. Baw się dalej". Tak nadal śpiewam.



9.05.2007

Pan premier Jarosław Kaczyński raczył stwierdzić, że gdyby nie medialne ataki, to rząd miałby znacznie lepsze notowania. Zwracam uwagę, iż powiedział to pierwszy minister rządu posiadającego wsparcie telewizji publicznej, radia publicznego, a także licznych gazet. Można domniemywać, że przeciwne władzy media charakteryzuje większa skuteczność. Ciekawe zjawisko.
Przemysław Edgar Gosiewski został wicepremierem. We Włoszczowej wielka radość. Co tam stacja kolejowa? Może jeszcze na przykład lotnisko, albo równie ważne dla kraju przedsięwzięcie. Niby żart, ale coś jest na rzeczy. Dziwnymi drogami chadzają ludzkie myśli.
Od dawna powtarzam na czym powinno polegać rozumowanie rozsądnego wyborcy. Trzeba mianowicie czytać tak zwane programy, a następnie w żadnym wypadku nie głosować na tych, którzy zbyt wiele obiecują. Niby oczywiste, ale zbyt rzadko stosowane w praktyce.
We wczorajszym programie "Teraz My" udowodniono bez żadnych wątpliwości brak funkcjonowania biur poselskich marszałka Ludwika Dorna. Niezawodny poseł Tadeusz Cymański miał zupełnie inne zdanie, pomimo przedstawionego materiału. Wychodzi na to, że rządzący żyją w przekonaniu, iż posiadanie władzy pozwala im wygadywać wierutne bzdury. Czynią to z uśmiechem, podkreślonym wyuczoną gestykulacją. Miernej próby to aktorstwo.
Notowania Sejmu i Senatu pikują w dół jak strącony myśliwiec, ale posłowie żądają zwiększenia wydatków na ich pożal się Boże działalność. Jak nie nazwać takich pomysłów zwykłą bezczelnością?
Kolejne ekipy powtarzają jak zaklęcie takie oto stwierdzenie: wygrajcie wybory, to będziecie rządzić po swojemu. To wyjątkowo niebezpieczna zabawa, bowiem następcy rzeczywiście postępują w ten sposób negując wszystko co było dotychczas. Nie ma żadnej możliwości porozumienia się. Pojęcie "wspólnego dobra" sprowadzone zostało do roli sloganu wyborczego, z którym każdy robi co tylko zechce, od czci i wiary odsądzając swoich adwersarzy. Panowie Dorn i Gosiewski, podobnie jak Lepper i Giertych pobierać będą dodatkowe uposażenie płacone z naszych podatków. Innych zmian nie dostrzegam.



6.05.2007

Ubiegły tydzień był dla mnie bardzo pracowity. W środę wziąłem udział w "Poetycko-Muzycznej Bitwie pod Gorlicami", jako gwiazda wieczoru. "Bitwa" owa to coroczny festiwal piosenki poetyckiej organizowany w Gorlickim Centrum Kultury. Festiwal zorganizowany znakomicie i wielka w tym zasługa Tomka Kubali, który jest wielkim miłośnikiem wartościowego śpiewania, zaś Piwnicy pod Baranami zwłaszcza. Zanim zacząłem grać z uwagą wysłuchałem zza kulis występów konkursowiczów i przyznam, że były naprawdę interesujące. Mój recital przyjęty znakomicie przez skupioną i nieszczędzącą gorących braw Publiczność.
W czwartek Kabaret zagrał plenerowy koncert w Cieplicach Zdroju. Honory miasta czynił wygłaszając z estrady piękną mowę wiceprezydent Jeleniej Góry pan Jerzy Łużniak. Występ rozpoczął się o godzinie osiemnastej. Świeciło słońce. Byliśmy nieco zaniepokojeni porą, o której przyszło nam grać, ale entuzjastyczne wręcz przyjęcie zakończone owacją na stojąco rozwiało wszelkie obawy. Po koncercie przemiła rozmowa z panem Łużniakiem, a także z Jackiem Jakubcem i jego Rodziną. Dobrymi emocjami nasycone jest jeleniogórskie powietrze. Naprawdę dobrymi.
W piątek i sobotę programy kabaretowe w Piwnicy. W sobotę obchodziłem zaległe urodziny. Było ciepło i serdecznie. Przybył mój Przyjaciel profesor Andrzej Gaberle. Po obejrzeniu programu gratulował serdecznie Markowi Pacule i pozostałym Artystom świetnego występu. Bardzo cenię zdanie Andrzeja nie tylko w kwestiach prawnych, a zatem ucieszyłem się bardzo. Rozmowy przy stole w Sali Planetarium im. Kazimierza Wiśniaka nie dotyczyły jednak wyłącznie sztuki. Gawędziliśmy także o bieżących wydarzeniach. Myślę, że nasi politycy powinni obowiązkowo bywać w Piwnicy, aby zrozumieć, iż o sprawach ważnych można rozmawiać w sposób mądry i wyważony.



1.05.2007

Dzisiaj 1 Maja. Święto, które zawsze kojarzyć mi się będzie z realnym socjalizmem. Nieznośny rytuał propagandowy ze szczególnym uwzględnieniem pochodów. Zwłaszcza w stanie wojennym pachniało wyjątkowym zakłamaniem. Władcy PRL przy pomocy posłusznych mediów tworzyły obraz tak zwanej "normalizacji". Transparenty, czerwone szturmówki, biało-czerwone flagi i wywiady z popierającymi ekipę generała Jaruzelskiego partyjnymi aktywistami, oraz "zwyczajnymi", zatroskanymi sytuacją w kraju obywatelami.
Pomimo wszystko działała demokratyczna opozycja. Odważni ludzie wyrażali swój sprzeciw. Tak też stało się 23 kwietnia 1982 roku w Jeleniej Górze. Grupa 44 sygnatariuszy napisała do Sejmu PRL list otwarty, w którym poddała krytyce ówczesne poczynania władz. Wśród sygnatariuszy był także architekt, Jacek Jakubiec, obecnie prezes zarządu Fundacji Kultury Ekologicznej, kustosz jeleniogórskiego Dworu "Czarne". To właśnie Jacek  zaprosił mnie, abym w pięknej sali Dworu zagrał w ubiegłą sobotę recital. Wcześniej odbyła się rocznicowa debata poświęcona oprócz wspomnień kwestii budowania postaw obywatelskich, a zwłaszcza zaufania społecznego. Nie mogłem uczestniczyć w dyskusji, ale wiem, że była naprawdę gorąca. Wśród znakomitych Gości pozwolę sobie wymienić senatora Zbigniewa Romaszewskiego z małżonką Zofią, senatora Tadeusza Lewandowskiego, byłego senatora Andrzeja Piesiaka, który obecnie pełni funkcję przewodniczącego rady Fundacji Kultury Ekologicznej, oraz prezydenta Jeleniej Góry pana Marka Obrębalskiego.
To nie był mój pierwszy występ w pachnącej drewnem odbudowanych sklepień sali. Publiczność jako to w Dworze niezwykle życzliwa. Grałem, śpiewałem, opowiadałem. Bisowałem z radością. Komplementy, które usłyszałem zachowam głęboko w sercu. Jestem pewien, że wrócę tam jeszcze i będę się cieszyć postępami prac renowacyjnych. Wielka praca przed uroczymi pasjonatami, ale warto poświęcać swój czas dla tak szczytnego celu.
Po recitalu kawa i pyszny makowiec w gościnnym mieszkaniu państwa Jakubców na parterze Dworu. Gospodarze, pani Zofia i Zbigniew Romaszewski, rozleniwione wieczorną porą koty i ja. Później w hotelowej kawiarni cudowna pogawędka już we troje. Państwo Romaszewscy ujęli mnie swoją erudycją i taktem. Spieraliśmy a jakże, ale owe spory były po prostu dobre. Myślę, że gdyby tak rozmawiano na temat ważnych dla Polski spraw, to już dawno żylibyśmy w zupełnie innym kraju. Rozmowa nie dotyczyła wyłącznie kwestii politycznych. Pan senator wspominał między innymi jak to przed laty w Krakowie był uczestnikiem spotkania Piotra Skrzyneckiego z Januszem Szpotańskim. Anegdota goniła anegdotę. Szkoda było się rozstawać. Zaprosiłem panią Zofię i pana Zbigniewa do Piwnicy. Obiecali, że przybędą niezawodnie.
Do Krakowa wracałem zachwycony podobnie jak dzień wcześniej barwą i zapachem obsianych rzepakiem pól. Dobre wspomnienia przywiozłem znowu z Dworu Czarne.



27.04.2007

ŻEGNAJ PIOTRZE - ŻEGNAJ EPOKO!

No i jakże to tak - panie Piotrze? Rozumiem, że można spóźnić się na spotkanie, że można nie przyjść, ale żeby już nigdy... Cóż to za sztuczka rodem ze złego kabaretu... i to w pana wykonaniu. Pana, któremu udało się stworzyć ten najlepszy...
To był niedorzecznie pogodny dzień. Taki naprawdę wiosenny, wymarzony. A pan odejść zapragnął. Właśnie wtedy... A przecież kwiaty na Kleparzu czekają, żeby je zanieść Ruth, no i Janina, panie Piotrze, Janina... i my wszyscy, wszyscy...
Pan już wie, co jest po tamtej stronie, a nam pozostaje rozpaczliwie wierzyć, że rzeczywiście coś jest i jest piękne.
Mówił Pan wielokrotnie, że jeśli Dobry Bóg istnieje, to z pewnością ma poczucie humoru. Jakie to bliskie, Kierkegaarda - panie Piotrze! Wierzę zatem, że już rozpoczął pan próby nowego kabaretu - Nowej Piwnicy - tam daleko.
Cóż to będzie za przedstawienie! Chopin, Liszt, Beethoven i Mozart będą Cię prosić, aby mogli zagrać na fortepianie, ale Ty z pewnością wybierzesz Wacka Kisielewskiego. Zaśpiewa Edith Piaf i Brassens, być może w duecie z Wysockim. Agnieszka Osiecka, Wiesiek Dymny, Apollinaire i inni Wielcy przynosić Ci będą teksty, a Ty po kawce z Montaigne?em zaprosisz aniołów na próbę generalną. Najłagodniejszy Stwórca spojrzy z czułością na Twoje poczynania i tylko nie kłóć się z Twoim świętym Imiennikiem, bo to u tronu Pańskiego nie wypada - panie Piotrze!
Maszyna do pisania trochę się buntuje. Jakoś te czcionki krzywo po papierze skaczą... Nie wyobrażam sobie, żeby pański Kabaret, tu na tym najdziwniejszym ze światów miał przestać istnieć... Będzie inny, ale czy może być piękniejsza pamięć o Artyście, jak Jego trwające w ciągłym ruchu Dzieło? To pan wymyślił "artystyczne perpetuum mobile"! Zatrzymać? Przecież bezruch to właśnie śmierć. Zła śmierć.
Nad "Hotelem Snów" przy ulicy Skawińskiej wisiała kometa. Czekała cierpliwie. Przeznaczenie ma zawsze czas... dużo czasu...
Mam do pana prośbę, wielką prośbę. Proszę pozdrowić tych, z którymi wcześniej czy później przyjdzie nam się spotkać.
Niech srebrzyste Niebo większej jeszcze lekkości nabierze na odgłos tego dzwoneczka, który w naszych sercach pozostanie na zawsze.

Mistrzu i Panie, który nas uczyłeś
Przemierzać sztuki kręte korytarze,
Który nam dałeś wiarę, oraz siłę
I trochę marzeń i marzeń i marzeń ...

Żegnaj Piotrze! Żegnaj Epoko!

Tak na łamach Dziennika Polskiego pożegnałem się 06.05.1997r z Piotrem. Dzisiaj dziesiąta rocznica Jego śmierci. Pomimo upływu czasu brakuje Go coraz bardziej. Tak będzie już zawsze.



26.04.2007

Słońce świeci wyjątkowo ostrym blaskiem. Nie lubię nosić okularów przeciwsłonecznych. Muszę nosić okulary przeciwsłoneczne.
Dzisiaj przed maską mojego samochodu przebiegł jak szalony łaciaty kot. Nie zauważyłem, aby ktoś kota gonił, lub coś kota goniło. Jakieś szaleństwo wisi w powietrzu.
Była poseł i minister z ramienia SLD Barbara Blida popełniła wczoraj samobójstwo. Opozycja krzyczy, że została zaszczuta. Władza grzmi, iż miała wiele na sumieniu. Sprzeczne punkty widzenia próbują sobie nawzajem poprzegryzać gardła.
Profesor Bronisław Geremek być może straci mandat europosła, gdyż nie zgodził się złożyć oświadczenia lustracyjnego. Podobnie postąpił Tadeusz Mazowiecki i z tego powodu "z mocy prawa" właśnie stracił miejsce w kapitule Orderu Orła Białego. To, co jedni uważają za praktyki naruszające ich godność, dla innych wydaje się być czymś zwyczajnym i niegodnym uwagi.
Jutro dziesiąta rocznica śmierci Piotra Skrzyneckiego. W radiu gadają o Piotrze Skrzyneckim. Wszyscy znali Piotra Skrzyneckiego. Nikt nie znał Piotra Skrzyneckiego. Jutro słońce będzie świeciło jeszcze ostrzej. 



24.04.2007

Wczoraj zmarł Borys Jelcyn. Były aparatczyk KPZR. Pierwszy prezydent Rosji. Dokonał rzeczy niemożliwej, a mianowicie rozmontował bez jednego wystrzału molocha, jakim był Związek Radziecki. Wyprowadził wojska z Polski. Odtajnił i przekazał naszym władzom materiały dotyczące zbrodni katyńskiej. Obalił pucz Janajewa, którego celem było przywrócenie ZSRR. Nie wahał się użyć czołgów przeciwko zbuntowanemu parlamentowi. Był zwolennikiem demokracji i wynikającej z niej wolności słowa, a jednocześnie za jego rządów rozpoczęła się ludobójcza wojna w Czeczenii. Przed rozpoczęciem drugiej kadencji zaczął otaczać się oligarchami, którzy ponownie wydźwignęli go na prezydencki fotel. Parę godzin przed nadejściem nowego wieku złożył dymisję, co zwłaszcza na Kremlu należy do rzadkości. Swoim następcą uczynił Władimira Putina.
Słabość Borysa Nikołajewicza do alkoholu obrosła już za jego życia w legendę. Co ciekawe, pomimo całej masy popełnianych przy okazji gaf media całego świata traktowały go życzliwie. Nie wynikało to jedynie z faktu, iż był przywódcą potężnego kraju, ale z tego, że wzbudzał sympatię swoją rubasznością i śmiechem. Używając języka speców od marketingu udało mu się w ten sposób "ocieplić wizerunek rosyjskiego niedźwiedzia".
Był jednocześnie prezydentem i carem. Bardzo trudno wyrazić jednoznaczną ocenę tak skomplikowanej postaci. Myślę, że upłynie wiele czasu zanim sroga pani Historia wyda swój werdykt. Dzisiaj ciało Borysa Jelcyna wystawiono w moskiewskiej cerkwi Chrystusa Zbawiciela. Świątyni zniszczonej przez bolszewików, a następnie odbudowanej za rządów pierwszego prezydenta Rosji. Jakiś ciąg zdarzeń zatoczył koło.
Kto wie? Może gdzieś tam daleko Borys Jelcyn i Ryszard Kapuściński prowadzą teraz fascynującą pogawędkę o meandrach wielkiej polityki. Pan Prezydent opowiada o sprawach, które tu na Ziemi otoczone są nadal najgłębszą tajemnicą, zaś pan Redaktor rewanżuje się opowieścią o tym jak pisał swoje wstrząsające "Imperium". Może nawet jakaś wódeczka się znalazła. Kto wie?



18.04.2007

Natłok wydarzeń sprawia, że coraz trudniej je komentować, zwłaszcza, iż następuje coraz większe wszelkich materii pomieszanie.
Spektakularne, żeby nie powiedzieć cyrkowe medialnie zatrzymanie "doktora G" spowodowało ogromny spadek przeprowadzanych w Polsce przeszczepów. Mnóstwo ludzi jest przekonanych o brudnych praktykach towarzyszących transplantacjom. Bardzo trudno jest teraz takie myślenie zmienić. Ministerstwo sprawiedliwości odtrąbiło swój sukces, a tymczasem pacjenci umierają nie doczekawszy się operacji.
Odpowiedzialność za słowa wśród rządzących naszym krajem zdarza się coraz rzadziej, pomimo, że co oczywiste powinna być regułą.
Liga Polskich Rodzin proponuje znaczne zwiększenie wymiaru kar za eutanazję, aby nie dopuszczać do "zabijania starych ludzi w szpitalach". Nie wypowiadam się na temat konieczności owych kar zaostrzenia, natomiast jestem pewien, że tego typu stwierdzenia mogą doprowadzić do jeszcze większego osłabienia prestiżu służby zdrowia. Mogą również spowodować strach przed hospitalizacją wśród ludzi w podeszłym wieku.
Szczególnie boli mnie instrumentalne, żeby nie powiedzieć cyniczne traktowanie nauki Jana Pawła II. Sącząca się z prorządowych mediów indoktrynacja zżera umysły współobywateli jak kwas. Mój Znajomy, za którego osobistą uczciwość ręczę skołataną głową wygłosił niedawno tyradę w obronie życia poczętego powołując się na autorytet Polskiego Papieża. Dodał przy okazji, iż Ojciec Święty wypowiadał się również w wielu innych istotnych kwestiach, na przykład był przeciwny interwencji w Iraku. Kiedy zapytałem nieśmiało, dlaczego zatem przytaczający bez opamiętania papieskie słowa rząd nie wycofa stamtąd naszych wojsk usłyszałem, że po pierwsze sprawa nie jest taka jednoznaczna, a po drugie moje myślenie zatrute jest antypisowską propagandą, której rzecznikami są wszelkiej maści środowiska postkomunistyczne z Gazetą Wyborczą na czele.
Nawiasem mówiąc szczególne przerażenie wywołuje fakt, iż wśród gorących obrońców życia "od poczęcia do naturalnej śmierci" znajduje się całe mnóstwo równie gorących zwolenników kary śmierci, przeciwko której Jan Paweł II występował bardzo stanowczo. Podobnie wypowiada się papież Benedykt XVI, ale jakie to ma dla ultrakatolików znaczenie? Co najwyżej przycichną na jakiś czas, aby w odpowiednim momencie do tematu powrócić.
Pomysł, aby Matka Boska Trybunalska została ogłoszona patronką polskiego parlamentu pogłębia poczucie nierzeczywistości. Przypomina mi to jako żywo nadgorliwość poprzedniej Rady Miasta Krakowa, aby patronem znanego z burd stadionu Cracovii uczynić Jana Pawła II. Jestem absolutnie przekonany, że Sejm i Senat powinny przede wszystkim zacząć sensownie pracować. Wierzący parlamentarzyści mają niezbywalne prawo dziękować Matce Boskiej za wszelkie łaski, natomiast wspomniany patronat jest biorąc pod uwagę obecną kondycję władzy ustawodawczej działaniem na granicy bluźnierstwa.
W Stanach Zjednoczonych narodowa tragedia. Szaleniec dokonał niebywałej wręcz zbrodni. Czy jednak ta straszna historia może rozpocząć debatę na temat zadziwiająco łatwego jak na standardy europejskie dostępu do posiadania broni? Okazuje się, iż debata ta właśnie się zaczęła. Opinia publiczna zamiast domagać się ograniczeń postuluje, aby każda studentka i każdy student mogli nosić broń na terenie uczelni, aby w razie podobnego zagrożenia móc zastrzelić napastnika. Groza!
Nie chcę aby dzisiejsze notatki brzmiały wyłącznie pesymistycznie. Cieszy mnie zabawna polemika na temat poprawnej polszczyzny, która odbyła się niedawno w "Księdze Gości" na mojej stronie.
W poniedziałek dzięki uprzejmości niezastąpionego mecenasa Stanisława Kłysa mogłem wysłuchać w Klubie Adwokata porywającego wykładu prof. Jerzego Pomianowskiego, który mówił o niezbędnej dla kraju potrzebie bycia humanistą. Bronił statusu odsuwanej w niebyt inteligencji. Dziękuję panie Profesorze! Dziękuję Staszku!
Wczoraj zagrałem w Piwnicy recital dla młodzieży z Liceum w Komorowie. Ucieszyła mnie piękna reakcja i płynąca z widowni życzliwość. Mam nadzieję, że tacy właśnie młodzi ludzie nadawać będą w przyszłości ton polskiej polityce. Będzie wtedy znacznie mądrzej i co najważniejsze spokojniej. Kiedyś.
I jeszcze jedno! Polska wspólnie z Ukrainą zorganizuje w 2012 roku Mistrzostwa Europy w piłce nożnej. Tego typu przedsięwzięcia są z reguły kołem zamachowym gospodarki. Oby nie skończyło się na medialnej euforii. Tej szansy nie powinniśmy zmarnować.



14.04.2007

Panie! Ty niedostrzegalnym drgnieniem swojej woli potrafisz światy tworzyć i światy unicestwiać. Z zaciśniętym gardłem, pochylając głowy mówimy: "Bóg dał, Bóg wziął, niech będzie pochwalone Imię Jego". Wybacz bunt naszych serc, kiedy odchodzi ktoś bliski. Wybacz łzy żalu, gdyż nie świadczą one o braku zaufania dla Twoich planów, ale biorą się one z uczucia pustki, która nas wtedy otacza i dotyka.
Gdy wybrzmiewa ostatni akord zagrany przez wybitnego muzyka żałujemy, że utwór już się skończył, a jednocześnie przepełnia nas radość z uczestnictwa w czymś naprawdę pięknym.
Patrząc w rozsłonecznione dzisiaj niebo dziękuję Ci Boże za każdą nutę napisaną i zagraną przez Andrzeja Kurylewicza. Dziękuję, że Go znałem, że mogłem z Nim wiele razy porozmawiać, a były to rozmowy skrzące się wiedzą i błyskotliwym dowcipem.
Słucham po raz nie wiem już który ostatniej płyty, którą Andrzej nagrał ze swoją żoną Wandą Warską z towarzyszeniem znakomitych jazzmanów młodego pokolenia. Inaczej brzmią dzisiaj te pogodne, zamglone cieniem nostalgii utwory.
Twoja muzyka Andrzeju z pewnością pozostanie, tak jak pozostanie w mojej pamięci spojrzenie, którym obdarzałeś Wandę akompaniując Jej. Cudowne były te Wasze przekomarzanki na scenie, na temat tonacji w jakiej mieliście zagrać. Twoja muzyka zawsze pełna była miłości i była to miłość tętniąca życiem, pełna radości i zagadek. W dzisiejszych plastikowych brzmieniach próżno szukać takiego uczucia.
Wando! Zawsze powtarzałaś, że tyle jeszcze pracy trzeba wykonać. Niech Dobry Bóg da Ci teraz wiele siły, abyś pomimo smutku pracowała. Czekam na Twoje nowe wiersze, na nową muzykę, bo komponujesz cudownie. Pracuj dla Andrzeja i dla nas wszystkich. Pracuj Kochana! Nie żeby zapomnieć, ale żeby pamiętać.
Ciebie Andrzeju nie dotyczy już codzienna bieganina. Nie dotyczy Cię już dotkliwy dla każdego upływ czasu. Ty jesteś poza tym wszystkim. Razem ze swoją muzyką.



7.04.2007

Aby dobrze przeżyć dobre tajemnice Wielkiej Nocy należy wejrzeć w siebie. Dokonać rachunku sumienia. Nie ośmielam się do tego namawiać kogokolwiek. Nie chcę nikogo pouczać. Zajmę się dzisiaj stanem własnej duszy i pragnę to uczynić z pokorą.
O swych zaletach nie chcę wspominać, ponieważ o ile takowe posiadam, niechże mówią o nich moi Bliźni, jeżeli przyjdzie im na to ochota. Zajmę się, więc wadami. To znacznie prostsze, gdyż zdaję sobie z nich sprawę aż nadto dobrze.
Każdy artysta winien z całą mocą bronić swojej wizji sztuki, ale zbytnia dobitność w jej głoszeniu jest doprawdy nieznośna. Wiem, iż czasem tak właśnie postępuję.
Mówi się, że złośliwość, to cecha ludzi inteligentnych, ale nie należy być złośliwym bez powodu. Wiem, że niestety taki bywam.
Mówię często zbyt wiele, niekoniecznie w chwilach, kiedy ktokolwiek tego ode mnie oczekuje. Bywam również porywczy.
Wszystkich Przyjaciołom i Znajomym dziękuję zatem, że jakoś ze mną wytrzymują i proszę, aby zechcieli wybaczyć. Trudno z dnia na dzień się zmienić, ale jeżeli mi pomogą, to kto wie? Wielkanoc to czas wielkich cudów. Wesołych Świąt!



2.04.2007

Sługo Boży Janie Pawle II. Papieżu naszych serc. W drugą rocznicę Twojej śmierci zechciej wstawić się u Boga Wszechmogącego, aby kiedy nadejdzie czas obdarzył nas łaską dobrej śmierci. Abyśmy szli do domu Ojca wolni od bólu, strachu, zwątpienia i samotności. Ty możesz o to prosić, gdyż już między świętymi głosisz chwałę Pana. Błagaj też o miłosierdzie boże dla wszystkich żyjących, gdyż słabi jesteśmy i jakże często zagubieni. Niech pamięć o Twoich słowach i uśmiechu Twoim sprawi, że znikną na zawsze czarne motyle złych myśli. Tak bardzo brakuje Cię między nami. Pozostaje wiara, nadzieja, miłość i modlitwa. Nie potrafię napisać niczego więcej. Amen.



1.04.2007

Ujęła mnie dzisiejsza wypowiedź ojca Tadeusza Rydzyka wygłoszona na antenie Radia Maryja. Toruński redemptorysta pięknie mówił o konieczności zrozumienia drugiego człowieka. Przestrzegał przed wydawaniem pochopnych sądów. Szczególnie mocno zabrzmiała myśl traktująca o konieczności wejrzenia w siebie i dokonania rzetelnego rachunku sumienia, czy aby nie grzeszymy uczuciem nienawiści fundamentalnie sprzecznym z przesłaniem wiary katolickiej. Ojciec Tadeusz wspomniał również o wielkim dziele, jakim jest niezbędna pomoc samotnym matkom, wielodzietnym rodzinom, a także bezrobotnym i bezdomnym.
Wspólne wystąpienie w telewizji prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego z pewnością przejdzie do historii polskiej i nie tylko polskiej polityki. Zatroskani sytuacją w kraju mężowie stanu wezwali do pracy na rzecz wspólnego dobra. Pracy ponad podziałami. Zapewnili, że pilnie wsłuchiwać się będą w głos opozycji parlamentarnej, oraz wszelkich środowisk opiniotwórczych. Skierowana do Trybunału Konstytucyjnego prośba o niepodawanie się żadnym naciskom jest niewątpliwym dowodem na doskonałe rozumienie zasad funkcjonowania nowoczesnego państwa przez nasze najwyższe władze. Ponadto prezydent i premier zapewnili, że będą z całą stanowczością przeciwstawiać się przejawom agresji w sporach politycznych. 
Przewodniczący Platformy Obywatelskiej Donald Tusk wyraził gotowość przystąpienia do rozmów z liderami Prawa i Sprawiedliwości w celu stworzenia wielkiej koalicji, której zadaniem będzie sanacja życia publicznego. Na podkreślenie zasługuje fakt, że do wspomnianej debaty miałoby dojść bez żadnych warunków wstępnych.
Wicepremierzy Andrzej Lepper i Roman Giertych ogłosili z kolei gotowość natychmiastowego podania się do dymisji, przepraszając jednocześnie za wszystkie popełnione dotychczas błędy.
Ucieszyła mnie również obietnica wydawców tabloidów zmiany, która ma się dokonać na ich łamach. Od dziś ma odejść w niepamięć epatowanie czytelników przemocą i brudem życia. Dominować mają pozytywne treści opisywane eleganckim językiem.
Wizja, którą pozwoliłem sobie skonstruować jest rzeczywiście przepiękna i tylko szkoda, że to jedynie prima aprilisowy żart.



27.03.2007

Ostatnio nieco zaniedbałem moje zapiski, chociaż trudno mówić o zaniedbaniu, a raczej o braku czasu. Po bardzo udanym koncercie w Kaplicy Ojca Pio przygotowywałem się do następnego występu w Warszawie. Zostałem zaproszony do nowej siedziby Stowarzyszenia Wolnego Słowa, aby zagrać w ramach obchodów 30-lecia Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Pomysłodawcą mojego występu był Adam Wojciechowski, polityczny pasjonat, współzałożyciel ROPCiO, odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wspomnieniowy wieczór nosił tytuł "Przegląd Piosenki Niezależnej -  spotkanie po latach 2007". Śpiewane były więc pieśni sprzed lat, w większości autorstwa Jacka Karczmarskiego, między innymi w wykonaniu córki Jacka - Patrycji. Przyznam, iż mocno wyłamałem się z konwencji "Przeglądu" śpiewając poza "Świetlistymi oczami Żony" i "Moją litanią" utwory jak najbardziej aktualne. Przyjęcie świetne. Po zakończeniu koncertu piękne rozmowy, szczególnie ta z Mirkiem Chojeckim. Uradowała mnie mecenas Ruth Buczyńska, która zechciała przez telefon skomplementować moje krótkie pojawienie się na antenie Panoramy.
Do Jurka Pałgana, który znowu mnie gościł pojechaliśmy we trzech. Owym trzecim był doktor Kamil Pietrasik, chirurg znakomity i mój szczery Przyjaciel. Kamil obejrzał prawie cały koncert, a więc było o czym porozmawiać. Ponadto wspominaliśmy i snuliśmy plany nie zapominając o debacie na istotne obecnie tematy. Wódeczka lśniła krystalicznie, jak za życia Piotra. Następnego dnia spacer po zalanych słońcem Królewskich Łazienkach. Sfotografowałem siedzącego na drzewie pawia. Powiadają, że pycha pawi ogon rozkłada. Z drugiej strony paw jest symbolem nieśmiertelności. Intrygująca to sprzeczność.
Przyznam, że poza zajęciami, o których wspomniałem powodem mojego milczenia był także natłok ostatnich wydarzeń. Przeważają we mnie sprzeczne odczucia w ich odbiorze. Z jednej strony afera z "taśmami Oleksego" może budzić rozbawienie, a nawet poczucie pewnej satysfakcji, a z drugiej wywołuje uczucie niesmaku. Publikowanie zapisu prywatnych rozmów to praktyka wysoce niepokojąca.
Kwestia lustracji jest z kolei przykładem uchwalenia niedobrego prawa.  Doceniając intencje Ustawodawcy nie potrafię pochwalić sposobu ich realizacji.
Ewentualny powrót na scenę polityczną Aleksandra Kwaśniewskiego wzywającego: "wszystkie ręce na pokład" powoduje, iż nie zaprzestając bynajmniej krytyki obecnego układu rządzącego zapewniam, że z pewnością nie utożsamię się z pomysłami byłego prezydenta. Nie te ręce i nie ten pokład! Jestem przekonany o konieczności istnienia mocnej, światłej lewicy, ale dopóki w "lewicowych" szeregach widzieć będę zadowolone twarze ludzi pokroju Leszka Millera, dopóty ten ruch polityczny zmuszony jestem traktować jako najzwyklejszy w świecie polityczny szwindel.
Na koniec pewna uwaga jakże oczywista. Warto, a nawet trzeba czytać wiersze, bo w nich pojawiają się niezwykle trafne diagnozy. Kiedy  premier Józef Oleksy został oskarżony przez ministra Andrzeja Milczanowskiego o zdradę stanu, Zbigniew Herbert napisał wiersz, w którym zawarł takie oto zdanie: "A jeżeli premier cierpi na logoreę?" (słowotok - przyp. mój). Nie mam pojęcia na co cierpi były premier, ale tego typu przypadłości u osób sprawujących najwyższe urzędy w państwie mogą mieć skutki bardzo niebezpieczne. Tymczasem logorea, to już mroczny standard. Na przekór zachwycającej jasności wiosny.



22.03.2007

Ostatnie sondaże opinii społecznej przeprowadzone przez OBOP nie nastrajają optymistycznie. Według tych badań na Platformę Obywatelską głosowałoby obecnie 34% wyborców, zaś na Prawo i Sprawiedliwość 22%. Paradoks polega na tym, że skoro wystarczy czekać aż przeciwnik polityczny sam się dokładnie pogrąży, to Platforma może nadal zaniechać zdecydowanych działań. Z kolei PiS będzie bronić za wszelką cenę koalicji, aby dotrwać do końca kadencji próbując po drodze wprowadzić rozmaite kuriozalne uregulowania prawne, jak chociażby ostatni projekt dotyczący walki z pornografią.
Osobną kwestią jest chęć praktycznego zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej poprzez zmiany konstytucji, aczkolwiek uważam, że również w tym przypadku mamy do czynienia z wyjątkowo dziwną, żeby nie powiedzieć cyniczną grą.
Ponadto nastąpić może z dużym prawdopodobieństwem eskalacja medialnych działań pozornych. Kolejne, coraz ostrzejsze spory polityczne, prowadzone będą, więc wyłącznie w celu zyskania punktów w kolejnych sondażach. Już teraz poziom debaty dotyczącej choćby zainstalowania w Polsce elementów "tarczy antyrakietowej" jest najdelikatniej mówiąc zastanawiający. Dominuje paternalistyczny ton polegający na braku przekonywania współobywateli do czegokolwiek, zastąpiony praktyką łaskawego informowania o kolejnych pociągnięciach władzy.
Nie wygląda to wszystko zbyt wesoło, ale można jednak znaleźć dobrą stronę tej sytuacji. Z reguły jest tak, że kiedy wybrańcy narodu biorą się za łby, wtedy gospodarka zaczyna przyśpieszać i na tym polega drugi paradoks. Byłoby co prawda lepiej, żeby rządzili nudni fachowcy, zaś gospodarka galopowała dzięki ich kompetencjom, ale wszystkiego na raz niestety mieć nie można. 



19.03.2007

To był naprawdę czarodziejski, niedzielny wieczór w  Kaplicy Ojca Pio na warszawskich Kabatach. Zaczęło się od niespodzianki, która spotkała mnie na plebani. Gospodarz, czyli ksiądz proboszcz Ignacy Dziewiątkowski sprezentował mi kasetę z moimi nagraniami wydaną przez Oficynę Wydawniczą CDN w 1988r. Sprezentował, gdyż cena wydrukowana na okładce to 800 zł i bez dokonania odpowiednich przeliczeń kwota byłaby znaczna. Pogawędziliśmy przy kawie, a następnie zacząłem recital. Wszystkie miejsca siedzące w kaplicy były zajęte. Profesjonalne światła i nagłośnienie. Piękna zapowiedź księdza Gospodarza dodała mi skrzydeł. Grałem prawie półtorej godziny, uradowany niezwykle gorącym przyjęciem. Dwukrotnie bisowałem śpiewając "Opowieść o trawie" i "Dobranoc Świecie". Na koniec dzięki znakomitej akustyce wnętrza bez użycia mikrofonów życzyłem Publiczności, aby Dobrzy Aniołowie strzegli Ich dróg ku szczęściu. 
W zakrystii z gratulacjami pojawili się państwo Ewa i Leszek Balcerowiczowie. Przybyli także moi Przyjaciele, czyli Ewa i Andrzej Wernerowie. Andrzej to jak wiadomo znakomity krytyk filmowy, o którego spotkaniu z Andrzejem Wajdą na pewnym przyjęciu pisałem już w moich notatkach. Koncert zorganizowała jak zawsze perfekcyjnie Basia Jankowska. Rolę nadwornego fotografa, a także kierowcy pełnił mój Przyjaciel Jurek Pałgan. Zostaliśmy podjęci elegancką kolacją sprzyjającą dalszej wymianie spostrzeżeń na temat otaczającej nas rzeczywistości, a potem pojechaliśmy z Jurkiem do domu, gdzie kontynuowaliśmy Polaków rozmowy. Dobry czas przeżyłem w Warszawie. Dziękuję Wszystkim!



17.03.2007

Dzisiaj imieniny obchodzi mój Przyjaciel, prof. Zbigniew Łagocki, wybitny artysta i niezwykły człowiek. Jest arcymistrzem fotografiki. Niegdyś zapalony narciarz i taternik.  Jego czarno-białe i kolorowe zdjęcia są w sposób skończony piękne. Zbyszek jest "od zawsze" związany z Piwnicą pod Baranami. Twierdzi, że urok Kabaretu polegał i polega na tym, iż jest on elegancki. W ustach kogoś, kto sam może uchodzić za wzór elegancji to wielki komplement. Wydany w 1968 roku legendarny już album, zatytułowany "Piwnica", a zwany "Czarnym albumem" to czysta, niezwykle subtelna poezja obrazu.
Miałem zaszczyt pisać komentarz do "Domu na Groblach, rzeczy o Janinie Garyckiej, Piotrze Skrzyneckim i Piwnicy pod Baranami", który ukazał się w 2003 roku. Profesora wspomagała Maria Pyrlik, jego asystentka, artystka intrygująco multimedialna.
Z wielką czułością wspominam naszą wspólną pracę. Co ciekawe nie doszło między autorami do żadnej, powtarzam żadnej kłótni, a wręcz przeciwnie rozumieliśmy się w pół słowa. Dodam, iż wspaniałą żmudną  robotę wykonała moja żona Halina wyszukując materiały do komentarza, między innymi w notatniku Janiny Garyckiej. To właśnie Halina wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł, aby właśnie Zbyszek sfotografował opustoszałe po śmierci Janiny mieszkanie. Jego zdjęcia ukazują bajkę, która się kiedyś zdarzyła naprawdę i same są prawdziwą bajką.
Wczoraj w domu Profesora odbyło się kameralne przyjęcie w gronie najbliższych Przyjaciół. Zapytałem go, czy mam ulepszać swoje amatorskie, fotograficzne notatki przy pomocy dostępnych programów komputerowych. Odpowiedział z całą stanowczością, abym tego nie czynił, gdyż ewentualne korekty mogą popsuć autentyczność uchwyconej w przelocie chwili.
Zbyszku kochany! Zdrowia Ci życzę i bardzo wielu lat życia, abyś nas wszystkich nadal obdarzał swoim talentem, taktem, spokojem i życzliwością. Dziękuję za zdjęcie z gitarą, od którego Goście zaczynają wizytę na mojej stronie. Sto lat Profesorze!



15.03.2007

Słowa. Wiersze Zbigniewa Herberta zbudowane są ze słów. Instrukcja obsługi pralki także zbudowana jest ze słów, ale to w żaden sposób nie szokuje. Język poezji nie wyklucza języka informacji i na odwrót. Źle jest natomiast, jeżeli ktoś używa słów jako niszczącego tarana. Jeżeli przekracza granice przyjęte przez ludzi cywilizowanych za nieprzekraczalne.
Ojciec Tadeusz Rydzyk obraził niedawno małżonkę prezydenta Rzeczpospolitej, a także Jej gości. Lech Kaczyński wyraził swoją stanowczą dezaprobatę, zaś Pierwsza Dama milczy, co pozwolę sobie uważać za postawę bardzo mądrą. W zasadzie nie ma o czym pisać, ale okazuje się, że jednak jest o czym. Rozmaici sejmowi watażkowie próbujący powrócić do łask ojca dyrektora usprawiedliwiają ewidentne chamstwo toruńskiego duchownego powołując się na zasadę swobody wypowiedzi w demokratycznym państwie. Trudno o bardziej bezczelną argumentację.
W trudnych czasach starałem się swoimi piosenkami walczyć z nakazami ówczesnych władz i wynikających z nich zakazami cenzury. Paradoksalnie była to także walka o możliwość publicznego wygadywania bzdur. Niechże więc bredzą rozmaici wybrańcy narodu ile dusza zapragnie, ale to nie oznacza, iż należy się z tym bełkotem zgadzać. Wręcz przeciwnie. Potrzebny jest zdecydowany sprzeciw sformułowany ponad politycznymi podziałami.
Prezydent Lech Kaczyński domaga się przeprosin skierowanych pod adresem swojej żony. W pełni popieram to żądanie. Proponuję jednak, aby Pierwszy Obywatel RP poszedł znacznie dalej. Powinien stanowczo skłonić premiera Jarosława Kaczyńskiego do wyrażenia ubolewania z powodu swoich wypowiedzi dezawuujących działalność Trybunału Konstytucyjnego.
Ze swojej strony nie domagam się przeprosin za określenia typu: "wyształciuch", "łże-elita", czy też "stojący tam gdzie kiedyś stało ZOMO", ponieważ jestem dumny z towarzystwa, w jakim się znalazłem, a raczej, którego nigdy się nie wyrzekłem.
Można się spierać i należy się spierać, ale od dłuższego czasu nie mamy do czynienia ze sporem, ani tym bardziej debatą, ale z próbami narzucenia ustalonego przez władzę sposobu myślenia. Tego typu pomysły generują pustkę, którą trudno będzie w przyszłości wypełnić dobrymi słowami.



14.03.2007

Strzepując z palców chęć opisania kolejnych odsłon politycznej paranoi postanowiłem zająć się sprawami, które mnie ostatnio uradowały.
W ubiegłą niedzielę Piwnica pod Baranami wystąpiła we Wrocławiu. Zagraliśmy w Hali Ludowej dla licznie przybyłej Publiczności. Był to szczerze mówiąc pomysł dosyć ryzykowny, bo jakże przenieść subtelności Piwnicy, jej koloryt i nastrój w tamtejsze, przepastne przestrzenie? Okazało się, że można. Nie po raz pierwszy zresztą, czego dowodem chociażby niezwykle udane przed laty koncerty w Chicago Theatre, którego widownia liczy trzy i pół tysiąca miejsc. Piwniczni artyści wystąpili we Wrocławiu naprawdę pięknie, zaś ukontentowana Publiczność nagradzała ich wielkimi brawami. Powodzenie prawie trzygodzinnego spektaklu to także wielka zasługa Romana Kawalca, zasiadającego za konsoletą nagłośnieniową, Łukasza Filaka sterującego światłami, oraz Sebastiana L. Kudasa i Staszka Eckhardta de Eckenfelda, twórców niepowtarzalnej scenografii.
Zaśpiewałem przyjętą z aplauzem "Malowniczą wyliczankę", którą po dowcipnej zapowiedzi Marka Pacuły poprzedziłem stwierdzeniem, że "uwielbiam takie kameralne warunki". Brawa otrzymane po zaledwie czterech wypowiedzianych słowach to wielka przyjemność.
Kameralnie i poetycko, było o godz. 21 w kawiarni artystycznej prowadzonej przez Zbyszka Lesienia, znakomitego aktora, który zaprosił w swoje gościnne progi, a także zechciał przedstawić Rafała Jędrzejczyka i mnie. Jako pierwszy wystąpił Rafał, aktor teatralny, a także, co oczywiste piwniczny. Śpiewał i uwodził cudowną publiczność perełkami humoru. Potem śpiewałem ja i przyznam, że jestem z tego krótkiego recitalu ogromnie zadowolony. Były bisy i płynąca w stronę malutkiej sceny ogromna serdeczność słuchających. Mam nadzieję, połączoną z zapewnieniem Zbyszka, że jeszcze tam wrócę!
Wtorkowy wieczór spędziliśmy z Haliną słuchając w krakowskim Klubie Adwokata czarodziejskiego koncertu. Zagrali wirtuozersko pani profesor Kaja Danczowska - skrzypce, Justyna Danczowska - fortepian i Bartosz Koziak - wiolonczela. Nie jestem krytykiem muzycznym, więc napiszę jedynie, iż byłem po prostu zachwycony, podobnie jak bardzo wymagająca Publiczność. Koncert zapowiadał z niebywałym wdziękiem mecenas Stanisław Kłys. Podziwiam ogromną wiedzę Stanisława. Wzrusza mnie radość malującą się na jego twarzy, kiedy dźwięki ukochanej muzyki poruszają serca przyjaciół.
Są na szczęście takie przestrzenie, dające poczucie nieprzemijalności piękna. Skoro możemy słuchać tak zagranego Beethovena, to czymże są złe słowa atakujące nas z mediów? Niczym były, niczym są i niczym będą. Wielkim darem jesteś Sztuko!



7.03.2007

Wczoraj osiemdziesiąte urodziny obchodził noblista Gabriel Garcia Marquez. Autor między innymi "Stu lat samotności". Kiedy po raz pierwszy czytałem tę książkę miałem w trakcie lektury poczucie dojmującej nierzeczywistości. Nie mogłem uwierzyć, że to naprawdę zostało napisane. Pomyślałem, iż prawdziwy geniusz potrafi w swoim dziele skonstruować kompletny świat. Nie dziwi zatem, że Piękna Remedios ulatuje do Nieba wśród prześcieradeł. To przecież oczywiste. Gorzko pisze mistrz Marquez, ale i humor najwyższej próby nie jest mu obcy. Właściwie powinienem przytoczyć wiele cytatów, ale nie uczynię tego, gdyż każdy powinien w samotności smakować słowa kolumbijskiego pisarza, który aby anegdota była pełnokrwista przyjaźni się z Fidelem Castro. Nie rozumiem tego, ale czy można pojąć tajemnicę Macondo? Na szczęście nie można. Dużo zdrowia Mistrzu!
Gdzieś w kosmosie przemieszczają się komety przeznaczenia. W 1997 roku taka właśnie zawisła nad naszą planetą. W czasach romantyzmu pisano "nadleciał kometa" i kto wie, czy aby owo zjawisko sprzed dziesięciu lat nie było przypadkiem rodzaju męskiego, gdyż zabrało poza czas jako pierwszą Agnieszkę Osiecką. Dzisiaj rocznica Jej śmierci. Przyznam, że kiedy nadchodzi jesień, kiedy w powietrzu snują się dymy palonych traw, wtedy niezmiennie przypominam sobie "W żółtych płomieniach liści". Pani Agnieszka napisała bardzo wiele przepięknych wierszy. Używam słowa "wierszy", gdyż nie ośmieliłbym się nazwać Jej twórczości tekstami.
Ludzie odchodzą, sztuka pozostaje. Nasze istnienie jest bardziej kruche niż zapisana kartka papieru, bardziej kruche niż płyta. Powieści, wiersze i nagrania odżywają dzięki kolejnym wydaniom, ale życia powielić nie można, ponieważ jak owe "plemiona skazane na sto lat samotności" nie mamy drugiej szansy na Ziemi.



6.03.2007

Powracam dzisiaj do wypowiedzi Bronisława Wildstein z ubiegłego tygodnia. Były szef Telewizji Polskiej obwieścił mianowicie, że "zniszczył go układ, Mnóstwo pajęczyn, koterii. Telewizja ma 50% rynku reklamowego, to są gigantyczne pieniądze, 2 miliardy obrotu rocznie. Można wiele kraników do tego podłączyć".
Nie jest moim zamiarem naigrywać się z Bronka, którego szczerze podziwiam za wymagającą wielkiej odwagi działalność opozycyjną. Chcę natomiast zająć się sposobem przemawiania do ludu przez obecną władzę. Zastanawia mnie, że nawet, jeżeli ktoś utraci swoje stanowisko i wpływy, to nadal peroruje w sposób identyczny, jak jego byli mocodawcy. Załóżmy przez chwilę, że niedawno odwołany prezes mówił poważnie i chciał się z nami podzielić swoją rzetelną wiedzą. Otrzymaliśmy w takim przypadku jasny komunikat o istnieniu potężnej grupy przestępczej hasającej sobie całkowicie bezkarnie pod bokiem groźnych ministrów i samego premiera. Czym zajmuje się zatem osławione Centralne Biuro Antykorupcyjnie? Z czego bierze się niemrawość Ministerstwa Spraw Wewnętrznych? Dlaczego bezczynnością grzeszy Prokuratura z Ministrem Sprawiedliwości na czele? Wreszcie zadać trzeba pytanie fundamentalne, a mianowicie, kiedy były prezes złoży doniesienie o popełnieniu przestępstwa?
Można naturalnie domniemywać, iż pan prezes oszalał i mamy do czynienia z typowymi objawami "syndromu dymisyjnego", jednak skłaniam się do znacznie gorszego wniosku. Nie twierdzę, że Bronek mówił poważnie, nie twierdzę też, że mówił niepoważnie. Na dodatek nie uważam, aby mówił prawdę, ani też, że kłamał. On mówił cokolwiek. Dokładnie cokolwiek i to jest właśnie metoda cynicznie stosowana przez polityków koalicji i ich zaplecze. Rządzący pławią się w przekonaniu, że należy patrząc w kamerę bez zmrużenia oka wygadywać brednie. Do tego ułożyć dłonie w piramidkę i uśmiechać się na zmianę z przybieraniem wyrazu twarzy zatroskanego losem maluczkich wodza. Tak oto umysł Bronisława Wildsteina zainfekowany został okrutnie.
Na dodatek były prezes raczył zauważyć, iż: "nie widzi budowy taniego państwa. Polska wymaga reform gospodarczych, które nie są przeprowadzane. Zyski z tej koalicji są coraz bardziej wątpliwe, a koszty coraz bardziej oczywiste. Zastanawia się czy było warto". No proszę, proszę! Reformy leżą! Koalicja niedobra! Wystarczyło polecieć ze stołka, aby się oczęta szeroko otworzyły. Ja rozumiem osobiste rozczarowanie, ale to także przykład "mówienia czegokolwiek", teraz jednak przeciwko tym, których jeszcze niedawno wychwalało się pod zdumione Niebiosa.
Koterie, pajęczyny, kraniki. Służby tajne w innych tajnych i jawnych służbach utajnione, tak chytrze, że aż strach. Aby obraz był pełny nie należy zapominać o czarnych kotach, wiedźmach i płanetnikach. Trzeba mówić cokolwiek. To na razie działa. Na razie.



5.03.2007

Po drugiej stronie tęczy nie ma cierpienia, nie ma złości i śmierci nie ma. Wierzę, że grają tam takie bluesy, iż aniołowie ronią łzy błękitne, gdyż w każdej nucie tej muzyki smutek być musi. Smutek najpiękniejszy. Jako uczeń I Liceum Ogólnokształcącego im. Jana Długosza w Nowym Sączu byłem na koncercie zespołu "Breakout". Śpiewała Mira Kubasińska, Tadeusz Nalepa czarował brzmieniem swojej gitary. Na gitarze grał także Dariusz Kozakiewicz. Znakomicie się panowie uzupełniali. Nie sposób zapomnieć ekspresji śpiewu pani Miry. Nie sposób zapomnieć chropowatości głosu Pana Tadeusza. Teraz, kiedy są znowu razem, niechże zaśpiewają i zagrają Panu, aniołom, świętym i tym mniej świętym także. Niech to będzie koncert dla całego Nieba, a wtedy kto wie? Może jakieś nuty do nas przyfruną. Na pocieszenie.



1.03.2007

"Śpiewać każdy może" - impreza niezwykła. Trwa już od wielu lat. Kiedyś w klubie "Zaścianek", potem w klubie "Pod Jaszczurami", a obecnie w klubie "Rotunda".  Raz w miesiącu i zawsze w środę. Prowadzi ją niezmiennie i z wielkim powodzeniem Zbyszek Książek, pomysłodawca i juror tych spotkań w jednej osobie. Wystąpić może naprawdę każdy. Śpiewa jedną piosenkę, a potem wybiera jurora, który na gorąco występ ocenia. Różni wykonawcy pojawiają się na estradzie. Od absolutnych szaleńców wokalnych do wielkich talentów, takich jak Grzegorz Turnau, czy Renata Przemyk, a ostatnio Kinga Rataj, wygrywająca obecnie po kolei rozmaite festiwale.
Publiczność wyborna i diabolicznie pomysłowa. Jakiś czas temu widzowie zmówili się i większość z nich przyniosła ze sobą... budziki. Proszę sobie wyobrazić, co się wyprawiało na sali, kiedy któryś z występujących nie przypadł słuchającym do gustu! Z drugiej strony ci sami ludzie potrafią zgotować szczerą owację na stojąco.
Coraz mniej mamy czasu. Zabiegani jesteśmy coraz bardziej, więc tym milsze są dla mnie spotkania w "Rotundzie" z Przyjaciółmi. Wczoraj miałem przyjemność zasiadać w jury oprócz Zbyszka razem z Lidią Jazgar, Antkiem Krupą, Markiem Michalakiem, Markiem Stryszowskim i Adamem Ziemianinem. To znakomici artyści, których ogromnie cenię. Rozmowy z nimi i polemiki przed mikrofonem to czysta przyjemność.
W połowie marca znowu się spotkamy i mam nadzieję, że znowu oklaskiwać będziemy kogoś bardzo zdolnego. Jeżeli zaś będziemy świadkami jakiejś artystycznej klęski, to dokonamy rzetelnej krytyki i będziemy się bardzo starali, aby pomóc, nie zaś pogrążyć. Gdyby takie zwyczaje dało się przenieść do naszego życia publicznego, wtedy wszyscy oddychalibyśmy lżej we własnym kraju. Pomarzyć zawsze można.



27.02.2007

Bronisław Wildstein został odwołany z funkcji prezesa TVP. Taki jest los marionetki, która próbuje działać w sposób choćby odrobinę samodzielny. Wcześniej czy później musi zaplątać się w linki sterujące jej ruchem. Bronek, gdyż nie mam zamiaru ukrywać, że znamy się od dawna był prezesem fatalnym. Ekrany naszych telewizorów zaludnił osobnikami, którzy nie powinni prowadzić programów nawet w osiedlowej kablówce.
Nie ma najmniejszego znaczenia jakie są rzeczywiste powody jego odwołania, ponieważ obecna władza żąda posłuszeństwa absolutnego. Być może dla braci Kaczyńskich, oraz ich otoczenia za dużo było informacji na temat raportu w sprawie WSI. Nie były to ponadto informacje przesadnie pochlebne, ale choćby na ekranach pojawiał się minister Macierewicz z wygenerowaną komputerowo aureolą, to i tak w pewnym momencie zmiany personalne nastąpić musiały. Rolą marionetki jest bowiem uprzedzanie żądań swoich wszechwładnych mocodawców i tyle. Jeżeli więc w przypływie całkowicie nieuzasadnionej dobroci spróbujemy przypisać byłemu prezesowi próby podejmowania działań nacechowanych niezależnością dziennikarską, to i tak miały one wymiar popiskiwania myszy skulonej w kącie klatki pełnej głodnych tygrysów. Poza tym Andrzej Urbański, były szef kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego, a obecnie jego doradca nie mógł ot tak sobie pozostawać bez lukratywnego zajęcia, czego jak widzę szanowny Bronek nie wziął pod uwagę. Myślę jednak, że ból upadku zostanie osłodzony. Rewolucja pożera wprawdzie własne dzieci, ale w tym wypadku do całkowitego pożarcia raczej nie dojdzie. Podatnicy zapłacą za odprawę dla pana prezesa, a jakaś ciepła posada z pewnością się znajdzie.
Telewizja publiczna będzie jeszcze bardziej prorządowa niż dotychczas, a może nawet w wielkim zapale dogoni telewizję "Trwam" ojca Rydzyka. Wielkie zadania przed nowym szefem. Afera z oczyszczalnią ścieków w Białymstoku dowodzi, że nie wolno sobie pozwolić na brak czujności. Trzeba przypominać od rana do nocy, że wróg nie śpi. Nie śpi i ryje podstępnie pod kruchym jeszcze fundamentem IV Rzeczpospolitej. Zatem medialne szable w dłoń i do boju! Zastanawiam się tylko dlaczego mnie to wszystko w żaden sposób nie bawi?



26.02.2007

Zwolennicy obecnego układu rządzącego czytający moje skromne zapiski twierdzą, że zaprzedałem się bez reszty Platformie Obywatelskiej, które to ugrupowanie polityczne jest według nich równie zdradzieckie jak niegdyś Targowiczanie. Nie zwracają uwagi na moje krytyczne uwagi pod adresem Platformy. Widzą jedynie mój "wściekły atak" na Prawo i Sprawiedliwość, a zwłaszcza na liderów tej partii. Nie dziwię się tego typu uwagom, gdyż na temat głębokich podziałów w polskim społeczeństwie pisałem już wielokrotnie na swojej stronie.
Równie kategoryczne jest zdanie strony przeciwnej, które również nie budzi mojego zdziwienia. Twierdzą oni, iż używam języka zbyt łagodnego w stosunku do wagi dzisiejszych problemów. Żeby było jeszcze ciekawej pewien zdecydowany przeciwnik PiS, nawiasem mówiąc Kolega z Kabaretu określił moje pisanie jako ogólnie zbyt krytyczne.
Trudno zadowolić czytających. Spróbuję jednak wyjaśnić coś istotnego. Od lat pozwalam sobie darzyć ogromnym szacunkiem prof. Władysława Bartoszewskiego. Jest dla mnie wzorem mądrego, pozbawionego zaciekłości, a na dodatek pełnego humoru sposobu myślenia. Panu Profesorowi z pewnością nie dorównam, ale staram się i starać się będę.
Jedno mogę obiecać. W przypadku, kiedy dostrzegę kolejne złe fakty naszego życia publicznego napiszę o nich z pewnością. Przede wszystkim będę  o tym śpiewać. Jestem bardem, a bardowie byli, są i będą samotni.



25.02.2007

Nie można manipulować czasem. On biegnie niezależnie od naszych pragnień i marzeń. Zdarzają się jednak takie chwile, kiedy subtelne pasma tego co poza nami powracają bardzo pięknie. Nasz piwniczny scenograf  Sebastian L. Kudas, który wraz z Kamilą Klimczak, naszą piwniczną aktorką uczestniczył w uroczystym spotkaniu z prof. Leszkiem Balcerowiczem w Warszawie, zaprosił pana profesora do Piwnicy. Były wicepremier i szef NBP przybył zatem w towarzystwie swojej uroczej małżonki pani Ewy i Przyjaciół do Kabaretu. Znakomite Towarzystwo witał niezwykle elegancko ubrany dyrektor Piotr Ferster i bardzo podekscytowany sytuacją Marek Pacuła. Moje przywitanie z panem profesorem było naprawdę serdeczne. Jeszcze przed rozpoczęciem programu wspomnieliśmy o "Spotkaniu Premierów" na krakowskim  Rynku, w czasie którego miałem zaszczyt przed laty występować.
Piwniczna Publiczność powitała Gościa oklaskami, a potem ruszył program. Jan Kanty Pawluśkiewicz wspomagany przez absolutnie zadziwiający chór męski zaśpiewał jak zawsze porywająco niezapomnianą "Inez". Artyści dali z siebie wszystko na co Ich było stać! Zaśpiewałem gorąco przyjęte "O świetlistych oczach żony" i oczywiście "Ćmienie". Ogromnie cieszyła mnie obecność na widowni przybyłego specjalnie z Warszawy mojego Przyjaciela dr Kamila Pietrasika ze swoją piękną i przemiłą żoną Basią. Przed samym końcem programu do Sali Planetarium im. Kazimierza Wiśniaka przybyła moja żona Halina. Kiedy wybrzmiały ostatnie oklaski Goście zasiedli wraz z nami i zaczęły się wspominki, anegdoty i opowieści o planach rozmaitych. Państwo Balcerowiczowie i Ich Przyjaciele komplementowali artystów. Podziwiali także wystawę zdjęć naszego piwnicznego mistrza światła Łukasza Filaka, której otwarcie miało miejsce wcześniej.  Nie zabrakło komentarzy politycznych. Pan profesor zechciał wyrazić pragnienie, aby ludzie w Polsce nie bali się władzy, ale wyrażali zdecydowanie swoje opinie. Trwały te pogawędki i trwały, a ich loty wysokie były, co w zderzeniu z siermiężną rzeczywistością przyniosło efekt krzepiący.
Poczuliśmy się tak, jakby czas leciutko się cofnął. Miałem wręcz wrażenie, że za chwilę usłyszę głos Piotra, że w kąciku pogawędzę z Janiną Garycką. Ich obecność wśród nas była tej nocy oczywista. Powracaj do nas czasie miniony, abyśmy tym lepiej smakować mogli dzień dzisiejszy.



21.02.2007

"Sic transit gloria mundi", "tak przemija chwała świata" - te właśnie słowa wypowiada celebrans paląc pęk pakuł przed nowo wybranym papieżem. Piękna to lekcja pokory. Sprawy wydawałoby się niezmiernie dla nas ważne okazują się częstokroć w ostatecznym rozrachunku błahe.
Po raz pierwszy w życiu zdarzyło mi się udzielać wywiadu na antenie radia, a dokładnie Radia Kraków w Środę Popielcową. Rozmowę prowadziła uroczo Basia Stępniak-Wilk, poetka, kompozytorka i pieśniarka. Mówiliśmy o moich piosenkach, ale tak naprawdę były one pretekstem do ciepłej pogawędki o sztuce, Piwnicy, wspomnieniach i planach. Mówiliśmy o sprawach ważnych, ale bez uderzania w podniosłe tony. Jestem przekonany, że warto tak właśnie czynić.
W Księdze Gości absolutne szaleństwo. "Jeżeli sami się nie zabawimy, to nikt nas nie zabawi" powiadał Michael de Montaigne i była to ulubiona maksyma Piotra. Bawmy się zatem na przekór czasowi. Bawmy się pięknie i mądrze. Absurdalny humor, to znakomita riposta na absurdy codzienności. Uśmiech nie stoi w sprzeczności z popielcową i wielkopostną zadumą. Wręcz przeciwnie, jest jej dopełnieniem.
I jeszcze jedno. Obwieszczam uroczyście, że na zjedzenie żaby, podobnie jak papugi nikt mnie nie namówi.



20.02.2007

Powrót wicepremiera Ludwika Dorna do prac rządu nie robi na mnie najmniejszego wrażenia. Nigdy nie uważałem go za męża stanu i nie widzę powodu, aby zmieniać zdanie. Ogromne wrażenie czyni na mnie natomiast awantura, która nadal ma miejsce wokół "Raportu Macierewicza".
Nadużywanie przymiotników jest kardynalnym błędem popełnianym przez wszelkiej maści literatów. W polityce jest podobnie. Raport miał być "porażający", "szokujący", "wstrząsający" i jaki on tam jeszcze miał nie być. Debata na jego temat rzeczywiście poraża. Pomijam wspomniane przymiotniki.
Były prezydent Lech Wałęsa nazywa urzędującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego "popaprańcami", zaś samego prezydenta "durniem". Nadgorliwcy nie znający orzecznictwa Trybunału w Strasburgu skierowali już do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Budzi to ogromne zdziwienie, gdyż parlamentarzyści powinni wiedzieć, że Trybunał uznał solennie, iż politykom przysługuje mniejsza ochrona dób osobistych niż tak zwanym "zwykłym obywatelom". Nie oznacza to rzecz jasna pobłażania dla obrzucania się obelgami, ale od tego mamy w naszym kraju sądy cywilne, jeżeli ktoś poczuł się obrażony. 
Aleksander Szczygło minister obrony narodowej stwierdził, że Lech Wałęsa zniweczył nadzieje Polaków. Internauci zapytani na jednym z portali, co sądzą o tej wypowiedzi w ogromnej większości odpowiadają, że nie zniweczył. Niespodzianka. Oczywiście zagorzali zwolennicy PiS powiedzą, że tego typu poglądy, to wyłącznie kwestia postkomunistycznej indoktrynacji.
Można się tak bawić w nieskończoność, tylko co z tego wynika? Ano dokładnie nic!



15.02.2007

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski jest niezadowolony. Trudno się temu dziwić. Książka wydana przez WAM ukazała się przed książką księdza Isakowicza, która ma zostać wydana przez Znak. Pomysł marketingowy dotyczący obydwu opracowań historycznych jest dokładnie ten sam. Polega on na nagłośnieniu we wszystkich możliwych mediach nazwiska księdza Mieczysława Malińskiego jako domniemanego, tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa. Ksiądz Mieczysław, o czym pisałem wczoraj jest osobą bardzo znaną. Jeżeli zatem ktoś kupi pierwszą książkę, to istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że nie kupi drugiej. Tak w praktyce wygląda pomieszanie pomysłów ideologicznych z biznesowymi. Kto pierwszy ten lepszy.
Tymczasem dzisiaj ujawniono, że ksiądz arcybiskup Józef Michalik, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski został przed laty zarejestrowany jako tajny współpracownik SB. Sytuacja hierarchy przypomina bardzo sytuację krakowskiego księdza. Teczka zniszczona. Żadnych osobiście pisanych donosów. Żadnego zobowiązania do współpracy. Kościelna Komisja Historyczna uznała, że z punktu widzenia formalno-prawnego nie ma podstaw, by stwierdzić jego rzeczywistą współpracę. Panowie Terlecki, Lasota i ksiądz Isakowicz nie są członkami Komisji. Oni piszą książki. Książki chciałoby się dobrze sprzedać. Koniec komentarza.



14.02.2007

Ksiądz Mieczysław Maliński jest dla mnie kimś szczególnym. Poczytuję sobie naszą wieloletnią znajomość za dar od losu. Wielokrotnie zabierał głos w sprawach ważnych i to, co mówił było mądre. Nikt tak jak On nie potrafił i nie potrafi przybliżać postaci Jana Pawła II, którego był przyjacielem najbliższym. Ksiądz Mieczysław od zawsze był z Piwnicą pod Baranami. To On wygłaszając pamiętną homilię w czasie mszy żałobnej, poprzedzającej pogrzeb Piotra powiedział: "Ty byłeś Piotrze jak Paryż i każdy brał z Ciebie na tyle, na ile go było stać". Dzisiaj przychodzi mi bronić księdza Mieczysława przed siłą złego słowa. Jego, który bezgranicznie wierzył i pewien jestem, że wierzy nadal w możliwość naprawy ludzkich dusz słowem niosącym dobro. Jutro ukazuje się pierwszy tom zeszytów historycznych "Kościół katolicki w czasach komunistycznej dyktatury" (wydawnictwo WAM). Według autorów ksiądz Maliński był wieloletnim tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa ukrywającym się pod pseudonimem "Delta". Marek Lasota, historyk IPN twierdzi, że teczka "Delty" została zniszczona po 1989 roku, jednakże zachowały się nieliczne dokumenty świadczące o współpracy znanego kapłana. W tym miejscu przytoczę dosłownie wypowiedź prof. Ryszarda Terleckiego, szefa krakowskiego IPN, współredaktora książki, który mówi, że: "Nie ma własnoręcznie podpisanych donosów, ale to co znaleźliśmy w archiwum, nie przedstawia wątpliwości, że ks. Maliński był cennym współpracownikiem SB". Tego typu wypowiedzi budzą we mnie fundamentalne wątpliwości. Przede wszystkim zastanawiam się, jakie motywy powodowały funkcjonariuszami służb PRL, iż zniszczyli oryginalne dokumenty, o ile takie w ogóle istniały? Byłby to przykład jakiejś gry, której finezji nie sposób pojąć. Pisałem już w moich notatkach o traktowaniu generowanych przez ubeków materiałów jako źródła prawdy objawionej i jak widać miałem rację.
Jestem prawnikiem z wykształcenia i stwierdzam z całą mocą, że najgorszego rodzaju kryminaliści traktowani są w Polsce znacznie lepiej, gdyż przysługuje im w procesie karnym domniemanie niewinności do czasu zapadnięcia wyroku sądowego. W tym przypadku mamy natomiast do czynienia z czymś w rodzaju "wyroku pozasądowego" i to wydanego z pogwałceniem zasad zwykłej przyzwoitości. Nawiasem mówiąc, kiedy oceniałem krytycznie postępowanie arcybiskupa Wielgusa nie zajmowałem się samym faktem podpisania przez hierarchę dokumentu o współpracy, ale uporczywym zaprzeczaniem zaistnienia tego zdarzenia. Ksiądz Maliński oświadcza, że żadnej współpracy nie było. Chce w najbliższym czasie opublikować książkę wyjaśniającą wszystko co się zdarzyło. Życzę mojemu Przyjacielowi, aby mocą prawdy i swojego pisarskiego talentu przeciwstawił się kuriozalnym publikacjom. Nie wyobrażam sobie, aby ksiądz Mieczysław przez dziesięciolecia okłamywał księdza, potem biskupa, kardynała, a w końcu papieża Karola Wojtyłę.
Przyszło nam żyć w brudnych czasach. Bezcenną wartość, jaką jest wolność dzisiejsi rewolucjoniści sprowadzają często do możliwości rzucania oskarżeń w poczuciu bezkarności tych, którzy to czynią. Daj nam Panie siłę, aby w słuszny gniew nie zamienił się w nienawiść. Bardzo to trudne niestety.



8.02.2007

Gdyby pan premier Jarosław Kaczyński został podrapany przez własnego kota Alika, to na pytanie wścibskich dziennikarzy o powód tego zajścia mógłby odpowiedzieć, że "pewne sprawy muszą pozostać między osobami, które się o coś spierają". Jeżeli jednak sprawa dotyczy przetasowań na najwyższych szczeblach władzy, a konkretnie dymisji ministra spraw wewnętrznych Ludwika Dorna, wtedy obywatele mają prawo znać powody takich decyzji. Nie powinno się po raz któryś z rzędu dawać do zrozumienia, że jesteśmy "ciemnym ludem, który wszystko kupi". Przejrzystość działań politycznych to fundament demokracji, który raz podważony powoduje rozchwianie skomplikowanej konstrukcji, jaką jest współczesne państwo. Okoliczności wcześniejszej dymisji ministra obrony Radka Sikorskiego, także pełne są niedomówień i jedyne co jest pewne, to fakt pozostania na stanowisku ministra Antoniego Macierewicza. Zapewnia on, że nasi żołnierze będą mieli w Afganistanie zapewnioną ochronę odpowiednich służb. Mam nadzieję, że tak będzie, chociaż uwierzyć w to bardzo trudno.
Nie powinno się także, co oczywiste dokonywać grabieży wspólnego dobra. Takim dobrem jest unikalna w skali światowej Dolina Rospudy. Patrząc na symulacje komputerowe przebiegu przyszłej autostrady, odnoszę wrażenie obcowania z jakąś upiorną nierzeczywistością. Budowa obwodnicy wokół Augustowa jest niezbędnie potrzebna, ale należy poprowadzić ją zgodnie z dyrektywami Unii Europejskiej, nie wyrządzając szkód środowisku naturalnemu. Odpowiednie zmiany w planach zapewniłyby ponadto dopływ środków unijnych, a to w kraju, gdzie szpitale walczą rozpaczliwie o przetrwanie nie jest doprawdy sprawą bez znaczenia. Tymczasem poza niewiele znaczącym sprzeciwem pana prezydenta Lecha Kaczyńskiego nie dzieje się nic dobrego, zaś minister środowiska Jan Szyszko zachowuje się tak, jakby kontestował zdanie Pałacu Prezydenckiego. Obwodnica ma iść przez środek Doliny i już! Władza przemówiła, bo jest władzą i będzie sobie robić co tylko będzie chciała. Fakt, że przynależymy do społeczności Europy nie ma znaczenia, ponieważ skończyły się złe czasy polityki zagranicznej prowadzonej "na czworakach", jak to z wdziękiem określa minister spraw zagranicznych Anna Fotyga. Niewątpliwie ma rację prof. Władysław Bartoszewski, że każda zmiana na tym stanowisku byłaby dobra, ponieważ gorzej już być nie może, ale szczerze mówiąc wolałbym się nie zakładać.
Dzisiaj, w programie Tomasza Lisa poseł PiS Joachim Brudziński nazwał przedstawicieli mediów krytykujących poczynania własnej partii i wywodzącego się z niej rządu "obiektywnymi inaczej". Władza, która odrzuca możliwość wytykania jej błędów, to władza, która się boi. Boi się obywateli własnego kraju.



6.02.2007

Z radością, niebezpiecznie zbliżoną do euforii chcę ogłosić, że parę dni temu w mojej klatce schodowej skończył się komunizm, czy jak kto woli realny socjalizm. Elektryk z mojej spółdzielni mieszkaniowej zainstalował dodatkowy przełącznik włączający światło. Do tej pory należało podejść do drzwi mieszkania na parterze i w półmroku starać się nie pomylić przycisków. Różnie z tym bywało, zwłaszcza w trakcie powrotów z Piwnicy, za co Szanownych Sąsiadów serdecznie przepraszam.
W minionym systemie tego typu "wynalazki" były na porządku dziennym. Nie będę przytaczał przykładów, gdyż ich wyliczanie to materiał na opasłą księgę. Zastanawiające jest natomiast coś zupełnie innego. Nikt nie zaprzecza, że gospodarka PRL była delikatnie mówiąc księżycowa. Nagminnie fałszowano dane statystyczne. Przejadano zaciągnięte na Zachodzie kredyty. Ideologia stanowiła wartość samą w sobie. Pamiętam, jak na pierwszym roku prawa uczyłem się "ekonomii politycznej kapitalizmu", zaś na roku drugim wykładano nam "ekonomię polityczną socjalizmu", udowadniając solennie wyższość bolszewickich fantasmagorii. Skoro tego typu praktyki zdarzały się na Uniwersytecie Jagiellońskim, to wolę sobie nie wyobrażać, co musiało się wyprawiać na przykład w rozmaitych zakładach pracy. Jak wyglądała wtedy nasza armia, o tym miałem wątpliwą przyjemność przekonać się służąc w wojsku. Był to rok 1979. Według oficerów politycznych Polska była nadal piątą potęgą Europy, co wobec skrzeczącej dookoła rzeczywistości sprawiało wrażenie ponurego żartu. Kiedy pewnej nocy ogłoszono alarm jednostki w której odbywałem jako podchorąży tak zwaną praktykę, okazało się, że część pojazdów trzeba było holować na plac apelowy, gdyż po prostu nie nadawały się do użytku. W kraju zaczynało wtedy brakować dosłownie wszystkiego, ale nadrzędną wartością było trwanie ustroju.
Po latach okazuje się jednak, iż były instytucje działające w sposób perfekcyjny, a nawet modelowo uczciwy. Tam nie fałszowano danych. Nie kreowano rzeczywistości. Nie dokonywano żadnych manipulacji. Były to według dzisiejszych rewolucjonistów Urząd Bezpieczeństwa, a później Służba Bezpieczeństwa, których archiwa jawią się jako źródło prawdy absolutnej.
W mojej klatce schodowej wyzionął ducha narzucony Polakom na długie lata system, ale w polityce nadal szczerzy on zębiska w szyderczym uśmiechu.



3.02.2007

Straszliwie zaniedbałem swoje "blogowe" notatki, a zatem  trzeba coś w końcu napisać, zwłaszcza, że jest o czym.
Od czasu do czasu powraca bowiem w rozmaitych mediach stwierdzenie, z którym w żaden sposób zgodzić się nie mogę. Brzmi ono mniej więcej tak: - skoro Polska odzyskała suwerenność to dawny podział na "Nas", oraz "Onych" jest całkowicie nieuzasadniony. Nic bardziej mylącego. "Oni" są wśród nas i nie chodzi bynajmniej o zielonych ludków z kosmosu. Skąd się biorą? Otóż najzabawniejsze jest to, że "Onych" kreują z wielką konsekwencją "Nasi". Przedstawiciele ugrupowań politycznych przekonują swoich zwolenników, iż całe zło świata bierze się z działalności ich przeciwników. Słowo "przeciwnik" jest zresztą tutaj nie na miejscu ponieważ język używany w rozmaitych pyskówkach sugeruje istnienie śmiertelnych, dybiących na dobro Rzeczpospolitej wrogów. Tak naprawdę nie chodzi zresztą wyłącznie o zdyskredytowanie strony przeciwnej, ale o stworzenie wrażenia własnej nieomylności. Powoduje to z kolei bardzo niebezpieczny sposób myślenia polegający na tym, że ten, kto ośmiela się krytykować postępowanie i frazeologię własnego ugrupowania traktowany jest w najlepszym razie jako osobnik podejrzany, a w najgorszym jako zdrajca.
Tego typu zabiegi prowadzą wprost do pogłębiających się w społeczeństwie podziałów uniemożliwiających jakikolwiek dialog. Dominuje metoda wygłaszania nadętych monologów. Budowane są warowne twierdze przekonań. Przeważa retoryka chamstwa i pomówień. Kłamstwo traktowane jest jako oczywisty fragment retoryki. Mamy wprawdzie wolną prasę, ale zaczyna coraz dotkliwiej brakować dziennikarzy, zamiast których pisaniem zajmują się gromady dworskich apologetów naginających rzeczywistość do partyjnych potrzeb.
Celowo nie wymieniam nazw partii politycznych, nazwisk działaczy, oraz nazwisk ich popleczników, gdyż żadne, powtarzam żadne ugrupowanie nie jest wolne od tych fatalnych dla kraju praktyk. "Oni" są wszędzie, "Oni" szkodzą, "Ich" trzeba usunąć na margines życia publicznego.
Bawiący się w ten sposób nie chcą jednak zauważyć, że rośnie liczba obywateli oddających w kolejnych wyborach głosy nieważne. Czynią oni tak nie z powodu nieumiejętności  prawidłowego wypełnienia karty wyborczej, ale z powodu niechęci dla wszystkich rządzących. "My" nie będziemy na "Nich" głosować myślą ze wściekłością. "Oni" nie są godni naszego poparcia.
Recydywa takiego, rodem z poprzedniego systemu poglądu głęboko zasmuca, ale nie ośmieliłbym się winić zawiedzionych. Wręcz przeciwnie. Liczę na to, że mądry gniew przemebluje w końcu całą scenę polityczną. Powiadacie, że jestem naiwny? Być może, jednak sprawą poety jest marzyć. Marzyć o rozwiązaniach wydawałoby się niemożliwych.



25.01.2007

Dzisiaj będzie o lustracji i oratoriach. To co Państwo przeczytacie jest zbiorem oczywistości, ale właśnie o sprawach oczywistych częstokroć zapominamy.  Co jednak łączy twórczość z upublicznianiem zawartości przepastnych archiwów IPN? W końcu podniosłe formy sztuki estradowej nie traktują o złej przeszłości rozmaitych osób, zaś do prowadzenia działalności ową przeszłość ujawniających nie jest potrzebne wykształcenie muzyczne. Wspólny jest cel, a mówiąc precyzyjnie jeden z ważniejszych celów. Tym celem są pieniądze, zaś sposób postępowania podobny do promowania każdego towaru. Czy się nam to bowiem podoba, czy też nie, ale sztuka i informacja są towarem. Ktoś może powiedzieć, iż Jan Sebastian Bach pisał genialne dzieła na zamówienie, zaś Ryszard Kapuściński otrzymywał za swoją wspaniałą pracę honoraria, jednak nie ma to nic wspólnego z problemem, który próbuję tutaj przedstawić.
Aby wprowadzić nowy produkt na rynek potrzebna jest pisząc w uproszczeniu analiza potrzeb konsumentów, określenie produktu, reklama i wreszcie wprowadzenie do obiegu serii pilotażowej. Jeżeli sondaż się powiedzie można zaczynać ofensywę.
Tak więc do czasu kiedy ludzie będą z wypiekami na twarzy czytać doniesienia demaskujące kolejnych agentów dopóty gazety będą tego typu sensacje drukować i nikt temu nie zapobiegnie. Wydawcy będą rzecz jasna zapewniać o konieczności głoszenia prawdy, pomijając z wdziękiem kwestię rosnących nakładów. Tego typu argumentacja jest w wielu przypadkach częścią działalności marketingowej.
Podobnie jest z oratoriami. Ojczyzna, Bóg, Papież. Orkiestra, chór, soliści, lasery, bajery i co tam się jeszcze da wykorzystać. Spodobało się więc gramy.
Taki jest rynek i niewyobrażalną bzdurą byłoby się na jego prawa obrażać, gdyż  po pierwsze nic to nie da, a po drugie tak było zawsze.
Cóż zatem czynić? Odpowiedź jest największą oczywistością spośród tych, które wymieniłem. Trzeba trwać w swoich zachwytach. Nie przybierać w żadnym wypadku postawy wyższości, ale właśnie trwać. "Róbmy swoje" śpiewa Wojciech Młynarski. Prawda jakie to proste?



23.01.2007

Za oknami zima. Powiadają, że śmierć ma białe oczy. Idealnie białe. Dzisiaj spojrzała na Ryszarda Kapuścińskiego. Nie mógł się temu spojrzeniu oprzeć Pan Redaktor, gdyż nikt z nas ludzi takiej mocy nie posiada. Nigdy nie dane mi było uczynić tego osobiście, ale chciałbym Panu podziękować. Kto wie, może jakieś strzępy informacji krążących po Internecie docierają tam daleko. Cesarz, Szachinszach, Imperium, a ostatnio Heban, którą to książkę pochłonąłem łapczywie przebywając w USA. Pan potrafił ostrzegać przed mroczną stroną ludzkiej duszy budzącej się w trakcie sprawowania władzy. Pisał Pan o pysze i upodleniu, o rozpaczy i głodzie, o sile i słabości. Pisał Pan o nas i dla nas, niezależnie od tego jaki skrawek świata konkretnie Pan opisywał. Myślę, że najpiękniejszą modlitwą za bliźniego jest subtelne pomieszanie żalu z jego odejścia z radością, iż żył między nami. Jestem smutny i jestem radosny. Za oknem biało. Biała jest kartka papieru, na której mogą zostać zapisane ważne słowa. Nie każdy to potrafi. Rzadko kto to potrafi. Pan to potrafił Panie Redaktorze. Dziękuję!



22.01.2007

Nie będę dzisiaj pisać o burzach targających naszą i światową politykę. Chcę napisać o czymś dobrym. Zmarły właśnie Ojciec Piotr, opiekun francuskich bezdomnych był człowiekiem dobrym. Wyzbył się swojego majątku na rzecz swoich współbraci i poświęcił im swoje życie. Nawoływał do solidarności, nawoływał do niesienia pomocy.
Dobro nie jest medialne. Lepiej sprzedają się informacje o katastrofach i zbrodniach. Jednakże to właśnie praca na rzecz zmiany otaczającej nas rzeczywistości daje poczucie sensu.
Ogromnie ucieszyła mnie informacja, że ksiądz kardynał Franciszek Macharski odebrał wczoraj w Pałacu Arcybiskupów Krakowskich. Order Oficera Legii Honorowej. To wielkie wyróżnienie, jednakże w tym przypadku Osoba odznaczonego przydaje dodatkowego splendoru orderowi. Dużo zdrowia Wasza Eminencjo! Zdrowia i uśmiechu, którym nas ksiądz kardynał na codzień obdarza mówiąc pięknie i mądrze. Dobro pozostaje. Ono jest uśmiechem Boga.



14.01.2007

Nikt tak naprawdę nie broni arcybiskupa Stanisława Wielgusa. Dokładnie nikt.
Ksiądz Tadeusz Rydzyk wspierając arcybiskupa broni swojego medialnego imperium, które ze strony Watykanu ma rozmaite kłopoty. Kiedy w czasie wygłoszonej na Placu Świętego Piotra homilii papież Jan Paweł II wsparł wejście Polski do Unii Europejskiej członkinie i członkowie Rodziny Radia Maryja musieli zwinąć pracowicie przygotowane  antyunijne transparenty. Teraz Benedykt XVI przyjął rezygnację zwolennika rozgłośni Ojca Dyrektora z funkcji metropolity warszawskiego. Ksiądz Rydzyk nie broni arcybiskupa.
Premier Leszek Miller wspierając arcybiskupa broni swoich towarzyszy, najwyraźniej zaniepokojony perspektywą tak zwanej "deubekizacji". Strach musi być to wielki skoro gen. Kiszczak powiedział przed kamerami, że jeżeli takie uregulowania prawne zostaną wprowadzone, to będzie grzebał po śmietnikach. Ile w tym cynizmu w stosunku do ludzi utrzymujących się obecnie z najniższych emerytur. Dodać wypada, iż wielu emerytów musi się takimi świadczeniami zadowolić, gdyż wyrzucani byli z pracy w czasach rządów generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka. Premier Miller nie broni arcybiskupa.
Premier Tadeusz Mazowiecki wspierając arcybiskupa broni dokonań swojego rządu, czyniąc to skądinąd w sposób wyjątkowo niezręczny. Przy całym moim szacunku dla pana Mazowieckiego muszę stwierdzić, że jego wypowiedź do jednej z włoskich gazet sprawia wrażenie, iż były premier nie do końca orientuje się na czym tak naprawdę polega wina dwudniowego metropolity warszawskiego. Premier Mazowiecki nie broni arcybiskupa.
Wicepremier Andrzej Lepper wspierając arcybiskupa walczy o gasnące wpływy swojej partii i o swoją własną pozycję w świecie polityki. Plan wydaje się być dziecinie prosty, a polega on na próbie zaskarbieniu sobie łask Ojca Dyrektora i jego sympatyków, co według naiwnych kalkulacji powinno przełożyć się na wzrost notowań wyborczych. Wicepremier Lepper nie broni arcybiskupa.
Wicepremier Roman Giertych wspierając arcybiskupa zachowuje się podobnie jak wicepremier Lepper, ale z jeszcze większą deterninacją, czemu trudno się dziwić biorąc pod uwagę sondaże dotyczące jego partii. Wicepremier Giertych nie broni arcybiskupa.
Co najciekawsze największym przeciwnikiem odesłanego na boczny tor hierarchy jest on sam udzielając sprzecznych ze sobą wypowiedzi, które wprawiają w zdumienie przedstawicieli światowych mediów.
Smutne to wszystko, a nawet powiedziałbym przygnębiające. Na szczęście jest Piwnica. Gramy dla wspaniałej Publiczności. Moje ballady przyjmowane są znakomicie. Trzeba się śmiać, trzeba się wzruszać. Trzeba pielęgnować bezcenny dar dystansu. W końcu jak to śpiewamy w Dezyderacie: "Przy całej swej złudności, znoju i rozwianych marzeniach jest to piękny świat". Pomimo wszystko.



7.01.2007

Tak więc stało się. Benedykt XVI nie został poinformowany o przeszłości arcybiskupa Wielgusa. Można wręcz stwierdzić, iż papież został oszukany. Ingres się nie odbył. Arcybiskup złożył rezygnację. Ksiądz prymas Józef Glemp wygłosił kuriozalną homilię biorąc w obronę niedoszłego metropolitę warszawskiego. Padły ciężkie słowa, zaś w archikatedrze św. Jana i poza nią doszło do scen skandalicznych. Okazało się, że wielka jest władza księdza Rydzyka nad duszami wiernych, który ujawnienie prawdy na temat arcybiskupa uznał za atak sił liberalnych w walce o Warszawę i wezwał swoich zwolenników do przybycia do Stolicy. Z doniesień agencyjnych wynika, że papież jest "skrajnie zdenerwowany". Polska jest na ustach świata, ukazując złą, wykrzywioną twarz.
Radio prowadzone przez toruńskiego redemptorystę nosi Imię Maryi, Matki Jezusa. Jest rzeczą niewyobrażalną aby pod takim patronatem głosić nienawiść. Wybacz im Ojcze bo nie wiedzą co czynią. Tak rzekł Chrystus na krzyżu. Niezmierzona jest miłość Pana. Oby Jej tchnienie dotarło do błądzących. W piosence pt. "Jeszcze jeden zgrzytliwy a-mol" śpiewam: "Bądź łagodny - potężny Boże". Bądź z nami w chwilach słabości naszych!



5.01.2007

Człowiek jest drogą Kościoła! To przesłanie Jana Pawła II dźwięczy dzisiaj szczególnie dobitnie. Ujawnione dokumenty świadczą o tym, że arcybiskup Stanisław Wielgus nie mówił prawdy. Oświadczenie Watykanu, iż ma pełne zaufanie do polskiego hierarchy pozwala na sformułowanie dwóch przeciwstawnych wniosków. Albo zatem Benedykt XVI wiedząc o czynach arcybiskupa uznał ów fragment jego życiorysu za mniej istotny w stosunku do późniejszych dokonań, albo też papież został oszukany. Pierwsza ewentualność nie jest dobra, ponieważ powoduje znaczny zamęt w umysłach wiernych, zaś druga jest po prostu fatalna, czego jak sądzę tłumaczyć doprawdy nie trzeba. Jeżeli człowiek ma być "drogą", oznacza to konieczność służebności i pokory Kościoła w stosunku do wiernych. Uporczywe próby ominięcia problemu lustracji kapłanów powodują narastanie uczucia nieufności, a co gorsza przekonanie, że kapłani stawiają się ponad swoimi owieczkami. Ksiądz prymas Józef Glemp wsparł swoimi wypowiedziami opublikowanie "Listy Wildsteina", ale  kiedy zaczęły się pojawiać listy podejrzanych o współpracę duchownych, wtedy okazało się, że ksiądz prymas używa jedynie ogólników. Reakcje hierarchów na pierwsze informacje o współpracy arcybiskupa Wielgusa były chóralnym okrzykiem obrońców oblężonej twierdzy. Mam dziwne wrażenie, iż w całej tej historii zagubiono sacrum. Nie dostrzegam Boga w dywagacjach na temat procedur wynikających z autonomii Kościoła. Nikt, powtarzam nikt nie powiedział: "bądź miłościwy dla nas grzesznych". Nikt nie przeprosił tych, którzy są "drogą Kościoła". Nikt nie przeprosił nas. 



2.01.2007

To był dla mnie dobry rok. Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, Medal "Mickiewicz-Puszkin", niezwykle udana, indywidualna trasa koncertowa w Nowym Jorku, Pittsburgu, Waszyngtonie, Baltimore i Filadelfii Jubileusz 50-lecia Piwnicy pod Baranami. Recitale i koncerty z Kabaretem w wielu miastach Polski. Sobotnie spotkania pełne radości. Wszystko to udowadnia, że "Piotrowe perpetuum mobile" kręci się nadal. Napisałem w tym roku jedną z ważniejszych w życiu piosenek, czyli "Modlitwę na trudne czasy". . Moja strona internetowa żyje, a nawet stała się miejscem ciekawych spotkań. Bóg dał zdrowie i dał wiele dobrych chwil moim Najbliższym i mnie samemu. Były rzecz jasna chwile gorsze, ale tych było zdecydowanie mniej. Śmierć Marka Grechuty poruszyła mnie ogromnie, przypominając o kruchości naszych planów i marzeń.
W ostatnich dniach grudnia przeżyłem dwa niezwykle piękne wieczory. Urodziny mecenas Ruth Buczyńskiej. Znakomite Towarzystwo. Niepowtarzalna atmosfera Salonu pozwoliła mi żywić nadal nadzieję, iż pomimo inwazji wszechobecnego prostactwa nie wszystko jeszcze stracone, że warto myśleć, pisać i śpiewać. Wreszcie Sylwester. Niezastąpiony Kazik Barczyk i jego żona Ania stworzyli kameralną atmosferę w dostojnych pomieszczeniach  krakowskiego Magistratu. Szczególnie ucieszyła mnie obecność na balu prof. Aleksandra Skotnickiego.
Na koniec kilka faktów nieco mniej poważnych. Po wielu latach udało mi się zlikwidować stukanie wycieraczek w moim i Haliny ukochanym "Półgolfie", czyli jak to mówił Piotr "dystyngowanej limuzynie" Wartburg 1.3. Ponadto nadal pilnie ćwiczę na siłowni i fakt ten dziwi mnie niezmiernie, chociaż być może po prostu polubiłem bardziej aktywne spędzanie wolnego czasu. I jeszcze jedno, a mianowicie zakupionym w Stanach aparatem dokumentuję rozmaite wydarzenia towarzyskie, a tych w Krakowie nie brakuje.
Jaki będzie ten następny rok? Oby skrzył się dobrym czasem. To będzie także rok dziesiątej rocznicy śmierci Piotra i Janiny Garyckiej. Będę pamiętać z całych sił, bo pamięć to słaba wprawdzie, ale jedyna broń przeciwko przemijaniu. Bądź dobry dla wszystkich Nowy Roku!



30.12.2006

Dzisiaj nad ranem powieszony został w Bagdadzie wyjątkowo okrutny dyktator Saddam Husajn. Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wymierzania kary śmierci, ze względu na możliwość popełnienia tak zwanej "pomyłki sądowej". W tym jednak przypadku o żadnej pomyłce mowy być nie mogło, gdyż zbrodnie popełniane były na oczach całego świata. Ludobójca poniósł zasłużona karę, jednakże sądzący go i wykonujący wyrok Irakijczycy popełnili w tej sprawie przynajmniej dwa kardynalne błędy.
Po pierwsze nie przeprowadzili procesu do końca. Opinii publicznej we wszystkich krajach powinno się przypomnieć pozostałe zbrodnie byłego prezydenta Iraku. Użycie gazów bojowych przeciwko bezbronnej ludności kurdyjskiej winno zostać napiętnowane przed sądem, podobnie, jak wiele innych czynów przestępczych oskarżonego. Pośpiech z jakim przeprowadzono postępowanie może sprawić wrażenie, że coś próbowano zataić.
Po drugie należało osądzić Saddama Husjana, a już na pewno wykonać wyrok po opuszczeniu Iraku przez wojska amerykańskie i sprzymierzone. To co zostało dokonane jest wygodnym argumentem nie tylko świata arabskiego przeciw władzom irackim, iż nie działały w sposób suwerenny, wykonując polecania okupantów, którym chodzi wyłącznie o ropę. Rzecz jasna władze i obywatele Iranu, a także Kuwejtu są zadowoleni, ale nie jest to jak sądzę reguła w tamtym rejonie. Z relacji medialnych wynika, że dyktator umierał spokojny. Stworzono zatem mimowolnie obraz męczennika, który przeciwstawił się szatańskim zakusom niewiernych.
Irak płonie. Wojna nie zmierza w kierunku zakończenia. Obawiam się, że tętent koni Jeźdźców Apokalipsy będzie teraz jeszcze głośniejszy. Tak się kończy kolejny rok przynosząc gorzkie wnioski na temat ciemnych stron natury ludzkiej.



24.12.2006

Każdy może przybyć do Stajenki Jezusowej. Każdy może się pokłonić. Każdy powiedzieć coś Zbawicielowi może. Tłoczą się więc ludziska ku utrapieniu aniołów spokoju Dzieciny strzegących i gadają. Gadają. Oto do żłóbka polityków grupka podchodzi. Na kolana padają, po czym wstają szybko, aby spodni od garniturów szykownych nie pognieść, a jeden z nich tak rzecze:
- My Cię Jezusie królem Polski ogłosimy! Jesteś wprawdzie Panem Wszechświata, ale bez urzędowego papierka rangi najwyższej tytuł Twój jakiś taki niepełny. Bledszy jakiś. Skiń rączką na zgodę. Telewizja to nakręci i zaraz marne sondaże naszej partii, wiary strzegącej natychmiast ku chwale Twojej w górę poszybują.
- Ja Panie nasz  - powiada inny - chcąc ulżyć Twojej pracy na Sądzie Ostatecznym już teraz podzieliłem naród mój na złych i dobrych. Ja ramię sprawiedliwości Twojej i prawa Twojego kraj na lepsze. zmieniam. Skiń rączką na zgodę, niech wiem, że działania moje popierasz, a wtedy rządzić będę nadal Imię Twoje sławiąc jeszcze gorliwiej.
- Jeszcze ja! Jeszcze ja! - pokrzykuje następny - Ja w tajnych kartotekach od rana do nocy grzebię, bo przebaczenie piękne jest, ale brud cały czasu złego na światło dzienne wyciągnąć trzeba, aby lud Twój z Judaszów wszelakich oczyścić. Skiń rączką na zgodę i niech się Królestwo Twoje na ziemi staje!
Milczy jednak Boska Dziecina zasmucona wielce, a święty Józef kosturem stuka na znak, że dosyć tej paplaniny, więc niepyszni odchodzą. Na ich miejsce przybywają ludzie bogobojni prawdziwie i szeptem proszą:
- Wybacz Panie winy nasze. Ulżyj niedolom naszym. Radość wielką z przyjścia Twego głosimy, bo Ty jedyną nadzieją naszą.
Uśmiecha się Jezusek pięknie. Matka Jego i Józef święty aniołów proszą, aby cudnie zaśpiewali. Gwiazda na niebie blaskiem jasnym świeci, aby pokorni pielgrzymi do domu bezpiecznie wrócili. Bóg się nam narodził!



18.12.2006

Wczoraj zagrałem recital w Starym Teatrze w Bolesławcu. Zaprosił mnie Jan Filipek. Prawdziwy człowiek "Solidarności" w najlepszym tego słowa znaczeniu. Teatr przepiękny. Kameralne wnętrze z rewelacyjną akustyką. Światła i dźwięk perfekcyjne. Janek wygłosił wzruszającą mowę. Mówił o radości z Sierpnia 80 i o tragedii stanu wojennego. Oszczędne to były słowa, bez śladu patosu. Na scenie zwieszono znaki "Solidarności", a także ustawiono telebim, na którym w czasie mojego recitalu pojawiały się zdjęcia z tamtych, pamiętnych czasów. Grałem piosenki dawne i najnowsze. Przypomniałem między innymi dawno nie śpiewaną "Rozmowę z kimś". Publiczność reagowała niezwykle życzliwie. Bisowałem, a na koniec powiedziałem, że wtedy było warto walczyć i życzyłem, aby dobrzy aniołowie strzegli dróg do szczęścia każdego z obecnych. W czasie późniejszej kolacji otrzymałem od prezydenta Bolesławca - pana Piotra Romana filiżankę ze szlachetnej porcelany. Będzie mi przypominać ten wieczór. Wspominaliśmy i dyskutowaliśmy o tym co dzieje się teraz w polskiej polityce. Rządzącym i opozycji życzę, aby umieli tak rozmawiać. Mądrze i bez zacietrzewienia, pomimo różnic poglądów. Dziękuję Przyjaciele!



13.12.2006

Ćwierć wieku temu w hotelu "Polonez" w Poznaniu obudził mnie dzwonek telefonu. Połączenia wewnętrzne działały. - Wstawaj pan, panie poeta! - usłyszałem głos Zbyszka Łapińskiego, znakomitego pianisty - Wstawaj! Mamy wojnę! Przez dłuższą chwilę byłem przekonany, że to jakieś poranne żarty, ale Zbyszek nalegał, abym natychmiast pojawił się w sali telewizyjnej. Kiedy wreszcie tam dotarłem Marek Grechuta, Przemek Gintrowski, Miki Obłoński i Zbyszek już tam byli.  Zobaczyłem generała Jaruzelskiego, który na tle absurdalnie przekrzywionego sztandaru drewnianym głosem obwieszczał wprowadzenie stanu wojennego. Zaczęły się chaotyczne, pełne emocji rozmowy. Po jakiejś godzinie przybyli organizatorzy wczorajszych koncertów, którzy zachowali się bardzo elegancko wypłacając honoraria za to, co zdążyliśmy zagrać i połowę wynagrodzenia za to, czego już zagrać nie mogliśmy. Trzeba było wracać do domu. Miki Obłoński ma pewną cechę charakteru, o której powinienem wspomnieć. Otóż mój starszy kolega z Piwnicy wie dokładnie wszystko i na każdy temat. Wtedy też wiedział. Stwierdził mianowicie, iż w stanie wojennym pociągi z pewnością będą kursowały niezgodnie z rozkładem jazdy, a zatem należy natychmiast udać się na dworzec. Telefonicznie sprawdzić tego nie mogliśmy, albowiem jak wiadomo telefony zostały w całej Polsce wyłączone. Pożegnaliśmy się z Przyjaciółmi życząc sobie nawzajem wytrwania na przekór wszystkiemu i we trzech, czyli Marek, Miki i ja ruszyliśmy w stronę dworca. Patrole, transportery opancerzone. Uczucie osaczenia. Na dworcu okazało się, że pociągi kursują normalnie, a nasz odjeżdża dopiero za parę godzin. Postanowiliśmy, zatem pojechać taksówką do "Eskulapa". Stanęliśmy w potwornie długiej kolejce przytupując na mrozie. Nie czekaliśmy jednak długo. Nagle zatrzymała się taksówka, a dokładnie Fiat 125-p.
- Kto z państwa do Katowic? - zapytał kierowca. - Dużo nie wezmę, a mam trzy wolne miejsca! Bez chwili zastanowienia skorzystaliśmy z okazji. Pan taksówkarz właśnie przywiózł kogoś do Poznania i teraz wracał, stąd zapewnienie o umiarkowanej zapłacie za kurs. Wszechwiedza Mikiego okazała się tym razem niezmiernie pożyteczna.  Samochód był wersją angielską jednego ze sztandarowych produktów socjalistycznej gospodarki, miał, zatem kierownicę z prawej strony, co parę godzin później zaowocowało osobliwą sytuacją. Jechaliśmy przez zaśnieżony kraj. Czwarty, siedzący z przodu pasażer prawie się nie odzywał. My zresztą także nie mieliśmy ochoty na zbyt wylewną konwersację. Po drodze nie spotkaliśmy żadnych wojsk, a z samochodowego radia dobiegała muzyka poważna i powtarzane w kółko przemówienie Jaruzelskiego. Zaczął gęstnieć mrok. Dojeżdżaliśmy do Katowic. Na obrzeżach miasta zatrzymał nas patrol ZOMO. Byli pijani, jak na przedstawicieli władzy ludowej przystało.
- Dowód rejestracyjny, prawo jazdy dowód osobisty! - ryknął jeden stając przy lewych, przednich drzwiach. Pasażer opuścił szybę i wydusił z siebie zadziwiające wyznanie: - Ale ja nie jestem kierowcą, ja nie mam kierownicy... - To coś kurwa zrobił z kierownicą? - padło fundamentalne pytanie. Taksówkarz wyskoczył z pojazdu i zaczął się tłumaczyć. Kiedy zionący wódą  zomowcy pojęli w końcu o co chodzi zaczęło się sprawdzanie dokumentów. Wyszło na jaw, że Miki ma w dowodzie zdjęcie z brodą, chociaż jej nie nosi, a ja dokładnie odwrotnie. Długo trwało wyjaśnianie, który z nas jest który. I wtedy się zaczęło. - Chłopaki kurwa! - rozległ się radosny wrzask następnego zomowca. - Chłopaki! Grechutę my złapali! Pojedziesz z nami Grechuta na posterunek, będziesz nam kurwa grał i śpiewał, a jak nie, to do wiezienia pójdziesz!
Blady jak ściana Marek spokojnie wyjaśniał, że wracamy z koncertu. Okazaliśmy zaświadczenia zezwalające na podróż wydane przez Klub "Eskulap". Wszyscy byliśmy dziwnie spokojni i to chyba podziałało, gdyż pozwolili jechać dalej. Na dworcu w Katowicach nie czekaliśmy długo, gdyż, co jest trudne do uwierzenia spostrzegł nas następny taksówkarz, tym razem z Krakowa. Po drodze powiedział nam, że jeżeli wojsko zacznie zabierać samochody, to utopi wóz w Wiśle, a czerwonym nie da. Pomyślałem, że skoro tak, to może nie wszystko stracone. Może ludzie pomimo wszystko nie zapomną zbyt łatwo o "Karnawale Solidarności". Pod dom podjechałem już w czasie trwania godziny milicyjnej. Halina przywitała mnie zasmucona.. Była bardzo piękna w swoim smutku. Wysłuchałem nagranej przez Nią homilii prymasa Józefa Glempa, która bardzo mnie rozczarowała. Piotr mówił wiele lat później, iż był to czas okrutny i zły. Według mnie była to próba zabicia nadziei, a to zbrodnia niewybaczalna. Niedługo później napisałem utwór, którego tekst zamieszczam poniżej.
Wczoraj w krakowskim Klubie Adwokata śpiewałem tę pieśń, a także "Moją litanię" zaproszony przez mecenasa Stanisława Kłysa. Moje śpiewanie poprzedziło piękny koncert muzyki kameralnej. Z wielkim sukcesem wystąpili: Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, Mariusza Pędziałek - obój i rożek angielski, Renata Żełobowska-Orzechowska - fortepian. Nadzieja przetrwała.


JAKIE  POMNIKI  ZDĄŻYMY  POSTAWIĆ

Co pozostanie po naszych modlitwach
Po niepokornych chwilach uniesienia
Czy naszych marzeń rozświetlony witraż
Będzie się dalej w brudne szyby zmieniać

Jakie pomniki zdążymy postawić
Jaki trybunał nas za to osądzi
Z jakich słów gorzkich ułożymy pieśni
Aby zagłuszyć jadące czołgi

Czy musiał spełnić się kolejny koszmar
Gdy w przyszłym brązie zastygł znowu grudzień
To nie złowrogie bóstwo grom podniosło
Tutaj jak zawsze zawinili ludzie

Nasi wodzowie o sercach ze stali
Znający drogę od władzy do zbrodni
Udowodnili że dla nich socjalizm
Jest obserwacją kraju przez celownik

Oni nam dali to dziwne delirium
O którym łatwo można się przekonać
Gdy na ekranie widzimy codziennie
Żywe symptomy w zielonych ubiorach

My tancerze upiornej maskarady
Gdy wodzirej wezwał wszystkich do walca
W takt fałszywie grającej orkiestry
Przypominamy słowa marsza…

My jesteśmy jak wielka skała
Jak najtwardszy szlifowany granit
Więc nie było i nigdy nie będzie
Żadnych zdrajców pomiędzy nami

Jeszcze tylko spojrzymy w niebo
By  po drodze nie zabrakło wiary
Naszych kroków nikt już nie powstrzyma
W górę serca i w górę sztandary

Jakie pomniki zdążymy postawić
Jaki trybunał nas za to osądzi…

grudzień 81'  



12.12.2006

Ćwierć wieku temu byłem w moim rodzinnym Poznaniu. Zagraliśmy z Przyjaciółmi w Klubie "Eskulap" dwa koncerty noszące tytuł "Niechciane teksty PRL-u". Scena skonstruowana została piętrowo. Na górze stół prezydialny pokryty zielonym suknem, zza którego aktorzy wygłaszali fragmenty partyjnych przemówień, zaś na dole mikrofony dla śpiewających. Wystąpili między innymi: Małgorzata Bratek, Grzegorz Tomczak, Przemysław Gintrowski, Marek Grechuta, oraz piszący te słowa. Na próbach akustycy bezskutecznie walczyli z pojawiającymi się bez przerwy w głośnikach sygnałami krótkofalówek. Ktoś chciał dzwonić do Warszawy, ale nie uzyskał połączenia. Koncerty udały się bardzo. Potem jakaś wódeczka, ale niewiele w moim przypadku, ponieważ pojawili się studenci prosząc, abym zagrał dla nich recital na strajku. Recital został bardzo dobrze przyjęty. Kiedy skończyłem grać, okazało się, że przemili żacy zrobili zbiórkę na moje honorarium, które za pokwitowaniem przekazałem na rzecz NZS. Był już 13 grudnia. Do hotelu dotarłem bez kłopotu wspólnie z Mikim Obłońskim, będącym wtedy moim impresariem. Niczego dziwnego nie zauważyliśmy. Poszedłem spać. Za oknem było biało. Całkowicie biało.



10.12.2006

Dzisiaj zmarł Augusto Pinochet. Niegdysiejszy dyktator Chile. Do końca życia kojarzyć mi się będzie z jedną z bardziej przerażających rozmów, jakie kiedykolwiek przeprowadziłem. Rozmawiałem z pewnym znanym aktorem. Znanym nie tylko ze swoich ról, ale także z demonstracyjnego wręcz katolicyzmu. Wydawałoby się, że proste jest rozumienie wiary Chrystusa, ponieważ jej fundamentalnym przesłaniem jest miłość. Junta Pinocheta dopuściła się wielkich zbrodni. Torturowano i zabijano ludzi, niejednokrotnie w wyjątkowo okrutny sposób. Tymczasem chwalący Syna Bożego aktor powiedział, iż dyktator czynił dobrze, gdyż w ten sposób uratował swój kraj przed zarazą komunizmu. Nie próbowałem wtedy polemizować, gdyż trudno rozmawiać z blokiem mentalnego betonu niezależnie od tego, jakiej wiary jest wyznawcą. Pomyślałem jedynie o łzach Zbawiciela w Ogrójcu i o Jego wykraczającym poza wszelkie pojmowanie umiłowanie rodzaju ludzkiego. Od tego czasu modlę się gorąco, aby Bóg nie dał mi błądzić po korytarzach złej pewności, prowadzących zawsze do mrocznego pokoju gdzie czeka pycha, której chichot zabija wszystko to, co w nas dobre. 



8.12.2006

Tak więc decyzja została podjęta i wcześniejszych wyborów póki co nie będzie. Koalicja ponad wszystko. Premier Kaczyński "cieszy się" ze zmiany retoryki swoich politycznych przeciwników, podkreślając, że wyniszczające praktyki nigdy nie były domeną PiS-u. To zwykłe kłamstwo. Z obowiązku przypominam ton kampanii wyborczej. Pusta lodówka będąca wynikiem realizacji podstępnych zamierzeń. Knajacka napastliwość posła Kurskiego. Obietnice Polski solidarnej w opozycji do tej liberalnej mającej w pogardzie los zwykłych ludzi. W tle dziadek z Wehrmachtu.
Rządzący realizują swoje zapewnienia poprzez fatalną w skutkach solidarność z Lepperem, Giertychem i ojcem Rydzykiem na dokładkę. Wiele grzechów i grzeszków ma na swoim sumieniu Platforma Obywatelska, ale to czego jesteśmy ostatnio świadkami wywołuje uczucie gigantycznego niesmaku.
Na Podhalu wieje halny. Pędzi siejąc zniszczenie. Oby pojawił się ożywczy wiatr, który przewietrzy pełną zaduchu przestrzeń naszej polityki. Szkoda każdego zmarnowanego dnia. Po prostu szkoda.



8.12.2006

Mamy do czynienia z sytuacją bardzo niebezpieczną, a na dodatek potwierdzającą najczarniejsze scenariusze. Oto bracia Kaczyńscy konstruując koalicję z LPR, oraz Samoobroną za nic mieli stwierdzenia, że z pewnymi ludźmi nie należy rozmawiać. Zasłanianie się koniecznością wynikającą z arytmetyki głosowania w celu uzdrowienia Rzeczpospolitej to retoryka żenująca. Mówiąc najprościej tego typu zabawy prowadzą do narastania w społeczeństwie przekonania, że w zasadzie wszystko wolno. Opowieści o tym, że Giertych i Lepper zmienili się na lepsze to jak się właśnie okazało bajeczka dla średnio rozgarniętych dzieciaków. Płonąca swastyka i bzdury na temat teorii ewolucji nie wywołały trzęsienia ziemi w LPR. Nie wywołały też odpowiedniej reakcji ze strony premiera i jego otoczenia. Trwanie koalicji okazało się istotniejsze od elementarnych zasad przyzwoitości.
Nie przesądzam czy stwierdzenia pani Anety Krawczyk dotyczące molestowania seksualnego są wiarygodne, chociaż przyznam, że takie właśnie sprawiają wrażenie, natomiast chamstwo zawarte w komentarzach posłanek i posłów Samoobrony przekroczyło wszelkie granice. Wczoraj od rana zaczęły się wprawdzie przeprosiny, ale jestem przekonany, że wynikały one z porannej lektury sondaży, nie zaś z dobrej woli. Wicepremier, powtarzam wicepremier Lepper odegrał w czasie konferencji prasowej rolę wielce skrzywdzonego. Otarł nawet łezkę użalając się nad losem własnej rodziny. W trakcie programu Tomasza Lisa wyjaśnił zaś, o co według niego naprawdę chodzi. Jak się łatwo domyśleć jest to według pana przewodniczącego złodziejski spisek mający na celu obalenie rządu. Można tak w nieskończoność. Najciekawsze jest to, czy szef rządu przyłączy się do tej argumentacji?
Premier opóźniając o jeden dzień wizytę na Litwie rozmawiał z wicepremierem. Wicepremier twierdzi, iż najważniejszym tematem rozmowy był budżet. Nie wyobrażam sobie stanu umysłu człowieka, który by w to potrafił uwierzyć.
Platforma Obywatelska dała podobno sygnał o możliwości wcześniejszych wyborów. Jeżeli ta propozycja okazałaby się sensowna, a Prawo i Sprawiedliwość by ją odrzuciło oznaczałoby to całkowite zaślepienie tej partii wynikające z uporczywej chęci utrzymania się u władzy. W tym miejscu pozwolę sobie wyrazić pewien pogląd, który może wywołać małą burzę wśród Czytelników mojego bloga. Zaryzykuję jednak nie bacząc na konsekwencje. Jeżeli szeroko pojęta lewica w sposób rzetelny pozbędzie się komunistycznych naleciałości, to może okazać się ugrupowaniem wartościowym. Piszę "jeżeli", ponieważ jak na razie mamy do czynienia z wieloma działaniami pozornymi, zwłaszcza w tak zwanej polityce kadrowej. W przypadku LPR i Samoobrony takiej możliwości nie ma. Każdy dzień trwania obecnej koalicji jest zatem dla naszego kraju haniebny. Konieczne są zdecydowane decyzje i to jak najszybciej.



4.12.2006

Kaczyński nie musi być prezydentem. Kaczyński nie musi być premierem. Gilowska nie musi być wicepremierem. Giertych nie musi być wicepremierem i posłem. Lepper nie musi być wicepremierem i posłem. Marcinkiewicz nie musi być ministrem. Gosiewski nie musi być posłem. Kurski nie musi być posłem. Cymański nie musi być posłem. Tusk nie musi być posłem. Rokita nie musi być posłem. Śledzińska-Katarasińska nie musi być posłanką. Schetyna nie musi być posłem. Łyżwiński nie musi być posłem. Beger nie musi być posłanką. Hojarska nie musi być posłanką. Senyszyn nie musi być posłanką. Szmajdziński nie musi być posłem. Olejniczak nie musi być posłem. Kalisz nie musi być posłem. Iwiński nie musi być posłem. Pawlak nie musi być posłem. Wrzodak nie musi być posłem. Putra nie musi być senatorem. Niesiołowski nie musi być senatorem. Bender nie musi być senatorem. I tak dalej i tak dalej i tak dalej... . Żaden człowiek nie musi być politykiem. Żaden nie musi, ale jak widać niektórzy o tym nie wiedzą. 



30.11.2006

Demokracjo Kochana! To jest niezwykle czuły list. Ja, "wykształciuch", "łże-elita", "stojący teraz tam, gdzie stało ZOMO", że przytoczę słowa naszych obecnie rządzących, ja śpiewający poeta cieszę się, że jesteś. Dzięki mechanizmom, które nam dałaś są jednak granice jak się wydaje nieprzekraczalne. Jest pomimo wszystko mocne "non possumus".
Może europoseł Maciej Giertych pleść androny na temat teorii ewolucji. Może, choć nie powinien. Kiedy jednak okazało się, iż jego asystentka brała udział w nocnej gloryfikacji faszyzmu zwolnił ją w trybie dyscyplinarnym. Czyżbyśmy mieli do czynienia z przedświąteczną przemianą mentalną pana Giertycha, który śni na jawie o rządach twardej ręki, najchętniej we własnym wydaniu? Z pewnością nie, zwłaszcza, że w jego rodzinie tego typu pomysły są można powiedzieć dziedziczne. To po prostu efekt Twojego istnienia Demokracjo. Gdyby bowiem kroku takiego nie podjął wtedy skazałby się na dobrowolną banicję poza obszar, który do Ciebie należy, a poza którym szczerzą zęby przeklęte demony.
Ty nie potrząsasz szabelką. Czasami działasz denerwująco wolno. Czasami zapędzasz się w ślepe uliczki, z których pozornie nie ma już wyjścia. Obiecuję, że będę Ci patrzył uważnie na ręce, abyś zbytnio nie błądziła. To nie jest żaden wyrzut Kochana, ale przyjacielskie zapewnienie. Dobrze, że jesteś Demokracjo!



29.11.2006

Mgła nad krajem i w ludzkich duszach mgła. Jakże jednak może być inaczej, skoro skoro dociera do nas tyle informacji przyprawiających o zawrót głowy?  Karmieni jesteśmy półprawdami, insynuacjami i niedomówieniami. Podziały wśród Polaków pogłębiają się z każdym dniem. Dominuje agresja i chamstwo wynikające z nieumiejętności prowadzenia dialogu. Przykład idący ze szczytów władzy sieje spustoszenie.
Komentując wyniki drugiej tury wyborów samorządowych premier Kaczyński opowiada o tym, jak to włosy stają mu dęba z powodu szkodliwej dla kraju wszechobecności agentów rozwiązanych niedawno WSI. Tego typu retoryka przypomina mi jako żywo rządy niesławnej ekipy Leszka Millera, który bez przerwy powtarzał co należy zrobić, nie czyniąc praktycznie nic. Mam dla pierwszego ministra prostą radę. Jeżeli jest to prawda, zaś działalność wspomnianych osób niezgodna z prawem, to należy niezwłocznie wdrożyć odpowiednie postępowania karne.
Jan Maria Rokita żąda wyrzucenia z Platformy tych, którzy ośmielili się uznać jego poparcie dla kandydata PiS w krakowskich wyborach prezydenckich, za niedopuszczalne. Rozumiem, że można walczyć o władzę, ale w tym przypadku mamy do czynienia z postępowaniem aż nadto zlatującym prywatą, co skądinąd w przypadku tego polityka dziwić nie może.
Na dodatek dzieją się rzeczy straszne. Banda młodzieży bawi się zapalaniem pochodni w kształcie swastyki, oraz skandowaniem faszystowskich haseł. Zastanawiam się skąd w ludzkich umysłach takie pokłady głupoty i nienawiści?
Cieszę się z eleganckiego zachowania Kazimierza Marcinkiewicza, który złożył gratulacje Hannie Gronkiewicz-Waltz. Skoro jednak tego typu postępowanie nie jest bynajmniej regułą, to doprawdy zbyt wielu powodów do radości nie ma.
Benedykt XVI od dłuższego już czasu konsekwentnie wyjaśnia swoje przesłanie wykładu wygłoszonego w Ratyzbonie. Wyraził swoje ubolewanie w stosunku do ludzi mogących poczuć się dotkniętych Jego słowami. Trudna pielgrzymka papieża do Turcji pełna jest gestów pojednania wyrażanych pięknymi słowami.
Słowo. Ono było na początku, zaś w świecie naszym może być początkiem dobra i początkiem zła. Obyśmy jak najczęściej umieli korzystać z tego bezcennego daru w sposób mądry, ponieważ wtedy zbliżamy się do Boga.



27.11.2006

Myślę, że powinienem wyjaśnić parę kwestii związanych z niedawnymi wyborami samorządowymi. Kandydowałem do Rady Miejskiej Stołecznego Królewskiego Miasta Krakowa, ponieważ jako artysta, a także prawnik z wykształcenia chciałem pracować w Komisji Kultury tejże Rady. Chciałem także działać w celu poprawienia bezpieczeństwa Krakowian i Gości naszego miasta. Wiedziałem, że podejmuję znaczne ryzyko. Rozumowanie było proste: albo społeczeństwo ma dosyć międzypartyjnej rywalizacji i wtedy mamy szansę, albo też jest odwrotnie i wtedy szanse niezależnego Komitetu Lassota są minimalne. Wyborcy opowiedzieli się za drugim wariantem. Trochę żal, ale takie są reguły demokracji. Najważniejsze jest to, iż możemy podejmować w głosowaniu suwerenne decyzje.
Wspierałem także Józefa Lassotę, który według mnie był dobrym prezydentem Krakowa. Nie sposób zapomnieć na przykład jego inicjatywy dotyczącej przyznania Piotrowi Skrzyneckiemu  honorowego obywatelstwa podwawelskiego grodu. Uważałem i nadal uważam, że były prezydent, który cztery lata temu przegrał z prof. Jackiem Majchrowskim, w dużej mierze przez całkowicie niewytłumaczalne zachowanie Jana Marii Rokity byłby równie kompetentnym Gospodarzem, jak niegdyś.
Stało się inaczej. Dodam jeszcze cokolwiek złośliwie, że wspomniany już przeze mnie niedoszły "premier z Krakowa" swoim poparciem skutecznie przyczynił się do pogrążenia prof. Ryszarda Terleckiego. Tak to już jest, kiedy to polityk posiadający wierny elektorat pozytywny zapomina o elektoracie negatywnym, w tym przypadku znacznie większym.
Panu Prezydentowi Majchrowskiemu z całego serca życzę, aby Kraków pod jego rządami stawał się jeszcze piękniejszy.



24.11.2006

Kiedy w filmie oglądamy wydarzenia tragiczne, wtedy w warstwie dźwiękowej pojawia się podniosła muzyka. Towarzyszy zwłaszcza umieraniu. Tam głęboko, setki metrów pod ziemią nie było muzyki. Był ogłuszający huk wybuchu, łoskot pękających skał i zgrzyt miażdżonego żelastwa. Nie było wysmakowanych ujęć kamery. Był ogień i była śmierć. Potem już tylko ciemność.
Twardzi ludzie pracują w kopalniach, bo kto inny ważyłby się zjechać w czeluście Ziemi? Potrafią się radować, kiedy Bóg daje dobre dni, ale potrafią też zapłakać, gdy ten sam Bóg zabiera do siebie Kolegów. Płaczą Rodziny. Wspólnie płaczą, tak jak wspólnie się wcześniej cieszyły. Wielka jest godność Ślązaków. Skłaniam nisko głowę. Noc jest czarna jak węgiel. Z węgla narodzić się może diament. Daj Im Panie diamenty pocieszenia i nadziei. Proszę Cię o to pokornie.



20.11.2006

Wszystko zaczęło się od korespondencji z przemiłą panią redaktor Julitą Karkowską z nowojorskiego Nowego Dziennika. Krążyły elektroniczne listy za ocean i z powrotem dając mi nadzieję sfinalizowania wymarzonej, koncertowej przygody. Oprócz wyrazów życzliwości otrzymałem któregoś dnia wiadomość, że odezwie się do mnie Marian Żak, szef  New York Dance & Arts Innovations niegdyś znakomity tancerz, obecnie i zawsze równie znakomity choreograf. Tak też się stało. Marian od lat organizuje w Nowym Jorku "International Chopin & Friends Festival", imprezę rzeczywiście prestiżową, w czasie której odbywają się koncerty, wystawy i przedstawienia tańca rozmaitego, a wszystko to w obsadzie rzeczywiście międzynarodowej. Wsparcia, zwłaszcza w tym roku udzielił Polski Konsulat Generalny kierowany z wielką klasą przez Krzysztofa Kasprzyka, krakowianina z krwi i kości, oraz przekonań. Dzięki internetowi mogłem posyłać do Nowego Jorku potrzebne materiały w tempie ekspresowym, zaś potrzebne były przetłumaczone na język angielski recenzje, skany zdjęć najróżniejszych, a także mój, również przetłumaczony życiorys artystyczny. Pomogła mi w tym bardzo Ania Dymczyk, siostrzenica mojej żony, anglistka z wykształcenia. Od początku do końca mojej wyprawy, a także w trakcie przygotowań do niej spotykałem się z ogromną życzliwością wszystkich napotkanych osób. W tym miejscu pragnę wyrazić wdzięcznosć urzędnikom Konsulatu Stanów Zjednoczonych w Krakowie z niezastąpioną Marysią Bazarnik na czele. Jestem człowiekiem mocno przesądnym, a zatem nie opowiadałem o moich planach prawie nikomu, aby przypadkiem czegoś nie zapeszyć. Dopiero w czasie Kabaretu obwieściłem, że niedługo udaję się w podróż.
Z Krakowa wyleciałem 3 listopada o godzinie szóstej nad ranem, co samo w sobie było doświadczeniem niezwykłym, albowiem wstawać o takiej porze wręcz nienawidzę. Na lotnisku zegar pokazał niespodziewanie godzinę 5:80, co uznałem za znak zwiastujący szalone wydarzenia i jak się okazało była to bardzo trafna prognoza. Podejrzewam, że zaspane podobnie jak ja urządzenie wyświetliło ósemkę zamiast zera, ale to dodało jedynie kolorytu całej sytuacji. Lot do USA przebiegł bez najmniejszych zakłóceń. Odprawa paszportowa na lotnisku JFK w Nowym Jorku odbyła się w błyskawicznym tempie. Wśród oczekujących w hali przylotów dostrzegłem natychmiast dżentelmena dzierżącego w dłoniach kartkę z napisem "Wójtowicz". Był to Marian Żak we własnej osobie. Okazało się, że Marian ze swoją uroczą żoną Małgosią mieszkają jak na amerykańskie warunki niedaleko od lotniska. W domu, kiedy już się rozgościłem zasiedliśmy do pogawędki. Sprawdziłem jak po locie brzmi gitara i okazało się, iż instrument podobnie jak jego właściciel powinien się zaaklimatyzować.
Następnego dnia, w porze południowej audycja na żywo w polonijnym Radiu "Rytm" przy ulicy Broadway przeprowadzona niezwykle sympatycznie przez  panią redaktor Renatę Krasoń. Marian opowiadał o Festiwalu, a ja snułem opowieści o Piwnicy, Piotrze, oraz o tym, co zaśpiewam w czasie recitalu. Wieczorem Gala w Konsulacie. Zgrała świetna koreańska pianistka Joojung Han. W jej repertuarze znalazły się utwory Haydna, Liszta i co oczywiste Chopina. Honory domu, gdyż pięknym domem jest nasz nowojorski Konsulat pełnił pan konsul, czyli Krzysztof Kasprzyk osobiście. Koncert podobał się bardzo, a potem były rozmowy przy drinkach, na które to drinki spoglądałem jedynie z pewną tęsknotą, ponieważ chciałem zachować jak najlepszą formę na dzień następny.
Zdarzyło mi się być z Piwnicą w Nowym Jorku już trzy razy i doskonale pamiętam widok Manhattanu. Tym razem, kiedy jechaliśmy z Marianem na Galę zdumiałem się ogromnie. Zobaczyłem inne miasto. Po zburzeniu wież World Trade Center panorama uległa wyraźnego spłaszczeniu. Zło nie tylko sprowadziło śmierć, ale na dodatek odebrało jednemu z najciekawszych miejsc na Ziemi znaczną część jego niepowtarzalnej strzelistości. Tym bardziej postanowiłem udać się w wolnym czasie do Strefy Zero.
Mój pierwszy koncert odbył się w Klubie "Europa" na legendarnym dla Polaków Greenpoincie. Miałem zagrać program podzielony na dwie części, pomiędzy którymi miał odbyć się wernisaż obrazów Grzegorza Króla, bardzo interesującego malarza rodem ze Szczebrzeszyna. Sala przestronna ze scenką wielkości naszej "piwnicznej" i niepokojąco wielkim parkietem do tańca otoczonym wygodnymi miejscami do siedzenia. Próba akustyczna przekonała mnie, że będzie dobrze. Młody człowiek, absolwent akademii muzycznej okazał się prawdziwym artystą dźwięku. Ciekaw byłem jak zostanie zagospodarowany wspomniany już przeze mnie parkiet. Na moich oczach zdarzył się najprawdziwszy cud. Pojawiły się kanapy, fotele, stoliki, świece. Znakomicie oświetlona sala nabrała kameralnego nastroju. Byłem gotów do występu. Konsul Krzysztof Kasprzyk, który przybył do "Europy" wraz z tłumem widzów okazał się przedstawiając mój występ prawdziwie lirycznym konferansjerem.  W sumie grałem, śpiewałem, a także opowiadałem dwie i pół godziny. Publiczność reagowała na każdą aluzję na każdy żart, a przede wszystkim na każdą refleksję. Określenie, że występowałem, jakby mi urosły skrzydła nie oddaje mojego nastroju. Bisowałem kilkakrotnie, co zresztą okazało się później regułą. Szczególnie ucieszyła mnie obecność Zosi Żak (zbieżność nazwisk przypadkowa), barmanki z naszego "piwnicznego" Vis a` Vis, oraz Zbyszka Żarowa, nowojorskiego dorożkarza. Długie potem toczyły się rozmowy i wiele padało dobrych słów. Okazało się, że amerykańska Polonia jest bardzo dobrze zorientowana w naszych krajowych problemach ze świata polityki. Nawiasem mówiąc w czasie całego mojego pobytu w USA spotkałem dokładnie jedną osobę będącą zwolenniczką braci Kaczyńskich i to nie do końca przekonaną. O polityce debatuje się za Wielką Wodą z większym dystansem niż u nas. U Małgosi i Mariana wspominaliśmy trochę, a ja cieszyłem się nie tylko swoim sukcesem, ale również faktem, że Chopin & Friends Festival nabrał wielkiego rozmachu. Oby tak dalej Marianie.
Następnego dnia, czyli w poniedziałek  wizyta na Manhattanie. Odwiedziliśmy redakcję Nowego Dziennika. Podobnie jak w dniu poprzednim ucieszyły mnie ogromnie szczere gratulacje od red. Julity Karkowskiej. Krótka debata o zakrętach polskiej polityki wyważona, choć pełna troski o nasze polskie sprawy. Potem kawa w kawiarni z widokiem na pulsujący światłami reklam Times Square. Marian, Grześ Król i ja. Gwarzyliśmy beztrosko, ale ja myślami byłem już gdzie indziej.
We wtorek prowadzony przez uroczą panią Popławską wędrowałem przez Manhattan. Wreszcie zajrzałem do Empire State Building, bo jakoś nigdy dotąd nie znalazłem na to czasu, choć sylwetę tego gmachu rozpoznałbym nawet we śnie. Odwiedziliśmy biura znajdującego się w tym znanym budynku Polish Cultural Institute. Nie pamiętam, które to piętro, ale widoki zapierające dech w piersiach. Windą w dół i znowu spacer. Broadway. Jakieś zdjęcia. W końcu dotarliśmy do Strefy Zero. Odtworzono wejście do stacji metra przy World Trade Center. Zszedłem po schodach. Stanąłem na płaszczyźnie peronu. Przede mną nie było torów, ale płot z siatki, za którym rozpościerała się przestrzeń, gdzie jeszcze tak niedawno wznosiły się Wieże. Trwają tam teraz roboty. Plac budowy tętni, życiem, ale jednak w powietrzu dźwięczy nadal straszliwa cisza. Byłem sam. Ukląkłem i zacząłem się modlić. Nie potrafiłem znaleźć słów, ale była to niezwykle pokorna rozmowa z Bogiem. Przez ponad godzinę krążyliśmy wokół tego obszaru śmierci nie mogąc się oddalić. Ludzie pojawiający się tam zachowują się z wielką godnością. Na ich twarzach widnieje zaduma i żal. Wielki żal.
Obiad wraz z Małgosią Żak i panią Popławską zjedliśmy w restauracji  "Christina" na Greenpoincie. Pani Krystyna, właścicielka lokalu zaprosiła mnie wraz z Przyjaciółmi po występie w "Europie". Takiego krupniku i pierogów dawno już nie jadłem.
W środę lało, więc przez cały dzień oddawałem się słodkiemu lenistwu, a w czwartek poleciałem do Pittsburga. Na lotnisku odebrała mnie Małgosia Krysicka. To właśnie w domu Jurka i Małgosi odbył się wieczorem mój drugi koncert. Na pięknie wydrukowanym zaproszeniu umieszczone zostało moje zdjęcie wykonane w czasie recitalu, który zagrałem latem tego roku na Rynku w Dynowie, co udowadnia, że świat jest naprawdę malutki. Na początku pojawił się pewien kłopot. Kłopot miał na imię Gucio, był dużym psem i przestraszywszy się futerału z gitarą koniecznie chciał mnie pożreć, skoro nie mógł pożreć futerału. Jednak po ostrej reprymendzie Gospodarza przyszedł do mnie, aby się pokajać. Przed koncertem pojawiła się Małgosia Matyjaszewska, moja impresario w tej części trasy przywożąc dobrą, miniaturową aparaturę nagłaśniającą, oraz mikrofony. Zaczynając recital w wypełnionym po brzegi Gośćmi salonie czułem się jak w Piwnicy, kiedy Publiczność zajmuje każdy wolny skrawek miejsca. Świece, nastrój zadumy i radości. Przyjęcie niezwykle gorące. W rozmowach wspominanie dawnych światów i marzenia o tworzeniu nowych. Myślę, że nawet siedzący pod schodami Gucio odrobinę się zadumał.
Dnia następnego, czyli w piątek ruszyliśmy z Małgosią do Waszyngtonu. Towarzyszyła nam zamontowana w kokpicie samochodu "Gaduła" czyli GPS. Zadziwiające to urządzenie prowadzi rzeczywiście znakomicie po drogach wszelakich, chociaż przed samym celem pani Kierowca nacisnęła chyba coś nie tak i wylądowaliśmy na parkingu ... ekskluzywnego klubu golfowego. Przywołana do porządku "Gaduła" poprowadziła dalej bezbłędnie i tak właśnie znaleźliśmy się przed budynkiem udzielającej nam gościny Polskiego Konsulatu.
Koncert został zorganizowany został przez Waldemara Izdebskiego, pod patronatem Fundacji Jana Karskiego, której przewodniczy pani Kaja Ploss. Publiczność przybyła bardzo licznie, zaś pani Kaja zasiadła w pierwszym rzędzie oklaskując mnie wraz ze wszystkimi bardzo gorąco. Zgodnie z dobrym obyczajem bankiecik po koncercie, a następnie winko i dobra whisky w ogrodzie u Waldka. Liście spadały z drzew, a my zanurzyliśmy się w dobrej rozmowie, która dała nam poczucie, że świat nie jest jednak do końca zły. Z ogrodu zabrała Małgosię i mnie pani doktor Marta Archutowska, która nie dość, że zechciała nas przenocować, to na dodatek na drugi dzień zafundowała nam niezapomnianą wycieczkę po Waszyngtonie. Pies pani doktor, niejaki Bazyl okazał się stworzeniem przyjaznym, a zatem mogłem zagrać na dobranoc całkowicie prywatnie kilka piosenek. W domu Marty wzruszyła mnie kolekcja plakatów, wśród których dostrzegłem jeden, prezentujący mój ulubiony film, czyli "Piknik pod Wiszącą Skałą". Waszyngton jest piękny. Mnóstwo zieleni. Założenie urbanistyczne jest bardzo proste, to znaczy żaden budynek nie może być wyższy niż Kapitol, co nadaje miastu kameralny wymiar. Kapitol obejrzałem podobnie jak Biały Dom i pomnik Kościuszki.
Po czułym pożegnaniu z Martą i Bazylem ruszyliśmy prowadzeni przez "Gadułę" do Baltimore. Nieopodal Pomnika Katyńskiego czekał na nas Jacek Sołtys we własnej osobie, żeglarz i mąż Bogusi. Koncert odbył się w eleganckiej Fourier Hall College of Baltimore. Na sztalugach i na ścianach  pracowici Gospodarze umieścili zdjęcia z Krakowa. Grałem długo, ponieważ tego wieczoru miałem rekordową ilość bisów w ilości czterech. Byłem szczerze wzruszony, że właśnie tutaj, w mieście, gdzie znajduje się "Stary kościół świętego Pawła", który wspominamy co Sobotę w Dezyderacie spotyka mnie tak owacyjne wręcz przyjęcie. Potem ruszyła karawana samochodów do domu Bogusi i Jacka, gdzie w ogrodzie przy ogniu "Polaków rozmowy" trwały najpiękniej długo. Ktoś ów ogień w palenisku na ganku taki rozpalił, iż Jacek zaczął o możliwości przybycia straży pożarnej wspominać, ale na szczęście nic takiego się nie zdarzyło.
W niedzielę udaliśmy się na krótkie zwiedzanie Baltimore, ze szczególnym uwzględnieniem kościoła, o którym wspomniałem. Kościoła kojarzonego w świecie z Dezyderatą. Chwile skupienia i niestety trzeba się było żegnać i gnać do Filadelfii, zwłaszcza, że czas naglił. Tam w wielkim salonie u państwa Eli i Krzysztofa Pieszaków  zagrałem ostatni w czasie mojej koncertowej podróży recital. Znakomite przyjęcie i powtarzający się komplement: - Dlaczego grał pan tak krótko? - Ależ grałem prawie półtorej godziny! - Niemożliwe! Tak szybko upłynął ten czas! Najdłuższe chyba pogwarki, notabene przy szesnastoletniej whisky. Noc u państwa Grażyny i Jacka Milbrandtów, ale przed snem jeszcze rozmowy, niezmiennie czułe i mądre. Oczywiście telefon do Haliny, która obudzona wczesnym rankiem otrzymała komplet najświeższych wiadomości.
W poniedziałek powrót do Nowego Jorku. Pożegnanie z Małgosią Matyjaszewską. Dziękowałem jej, a i ona jak sądzę była jako impresario zadowolona ze swojego podopiecznego. Zakup aparatu cyfrowego i już siedziałem w samochodzie prowadzonym przez Małgosię Żak. Wieczorem urocza kolacja w tajlandzkiej knajpce wydana przez konsula Krzysia Kasprzyka. Nie chciałbym dokonywać politycznej prowokacji, ale jedliśmy ... kaczkę. Obiecaliśmy sobie z Krzysiem spotkanie w Piwnicy przy Opłatku.
We wtorek przepiękny spacer nad Oceanem, bo państwo Żakowie mają na plażę nieprzyzwoicie blisko. Późnym wieczorem, przy kolacji wzajemne gratulacje. Ja Marianowi za powodzenie Festiwalu, on mnie za udane występy. Polska wódeczka. Zagrałem jeszcze na pożegnanie. Prosto z serca.
W środę wyleciałem do Krakowa. Na lotnisku zakup perfum dla Haliny. Pożegnanie z Marianem. Dobrze się nam pracowało. Pięknie. Spotkany w samolocie mieszkający w Nowym Jorku  Współpasażer zapragnął obejrzeć w Sobotę program Piwnicy, co z przyjemnością mu umożliwiłem. W Krakowie drzewa ogołocone z liści. W piątek występ z Przyjaciółmi na wernisażu Arkadiusza Sędka w Dworze Zieleniewskich w Trzebini. W Sobotę zagrałem przed licytacją Aukcji Wielkiego Serca, a potem w Piwnicy, zaś po swoim występie udałem się na imieniny Staszka Kłysa, znakomitego adwokata, melomana i przyjaciela. Wtedy poczułem, że naprawdę wróciłem.
Nie wiem jak podziękować Wszystkim, którzy przyczynili się do mojej koncertowej podróży. Marzę, abyście zachowali w swoich sercach moje piosenki, tak jak ja zachowam w swoim wielką wdzięczność i piękne wspomnienia. Do zobaczenia zatem! Do zobaczenia!
Ponadto dziękuję Przyjaciołom odwiedzającym moją stronę. Dzięki Wam czułem się znacznie pewniej wiedząc, że o mnie myślicie!



3.11.2006

Lecę do Stanów Zjednoczonych. W niedzielę zagram recital w Nowym Jorku. Potem odwiedzę Pittsburg, Waszyngton, Baltimore i Filadelfię. Cieszę się ogromnie. Chcę zawieźć Przyjaciołom za Oceanem trochę Krakowa. Wspomnienia, radości i smutki. Wszystko co udało mi się zamknąć w piosenkach. Jeżeli będę miał dostęp do komputera i odpowiednią ilość wolnych chwil wtedy będę pisał na bieżąco.
Za oknem płaty śniegu. Noc. Popędzę przez przestrzeń i czas, aby śpiewać. Trzymajcie kciuki Kochani!



1.11.2006

Czymże Ty jesteś, albo może raczej kimże Ty jesteś? Dlaczego jesteś. Przemijają groźne w swej potędze mocarstwa. Tworzą się nowe państwa i upadają państwa. Powstają religie, zmieniają się religie, przemijają religie. My sami na drodze swojej zmiany różne spotykamy, dobre i złe.  Wypalić się może miłość najgorętsza, zakończyć się przyjaźń prawdziwa. Żadnej pewności. Tylko Ty jesteś bytem absolutnie niezmiennym i niezaprzeczalnym. Bóg ukrywa swoją twarz za zasłoną tajemnicy. Ogromnej potrzeba wiary, aby mieć pewność, że Twoje nadejście nie kończy dla nas wszystkiego.

ŁASKAWA  PANI

Ty jesteś wszędzie łaskawa pani
Tańczysz leciutko na ostrzu brzytwy
Swobodnie chodzisz po górskich graniach
Czekasz na mecie każdej gonitwy

Cierpliwa jesteś jak dobra matka
Swoich wybrańców strzeżesz uważnie
I to jest pewne że nim nadejdziesz
Żadnemu z głowy włos nie spadnie

Wszyscy cię znają - nikt cię nie widział
Wszyscy się boją - a każdy czeka
Lecz chętnie drzwi by przed tobą zamknęli
Kiedy zmęczona idziesz z daleka

Podobno piękna jesteś jak anioł
I nie masz kosy ale całujesz
A jeśli kogoś tak zauroczysz
W najdłuższą podróż z tobą wędruje

Grożą nam tobą władca zakonnik
Pamiętaj prochu - krzyczą obydwaj
Lecz w blasku świecy i w dział łomocie
Tak samo jesteś cudnie - ohydna

W końcu zabierzesz ze sobą wszystkich
Oczekiwana czy niespodziana
I tylko szkoda żeś nieprzekupna
I punktualna - łaskawa pani

sierpień 80' 

Kimże Ty jesteś Śmierci? 



25.10.2006

Potężny jest układ trzęsący IV Rzeczpospolitą. Szara sieć oplata wszystko. Wypowiedzi prominentnych polityków to niewątpliwie wynik kreciej roboty tego właśnie układu. Premier grzmiał w Stoczni Gdańsk, że nigdy nie będzie już rozmów z osobami o marnej reputacji. Tymczasem rozmowy podjęto niezwykle szybko. Zawiązana została koalicja. Wicepremier zarobił na czysto 30 tysięcy złotych tytułem otrzymanej odprawy. Przewodniczący Klubu Parlamentarnego określił jako osobę o wspomnianej reputacji Renatę Beger i tylko ją. Cała reszta to według niego osoby godne zaufania. Kto o zdrowych zmysłach uwierzy w szczerość takich deklaracji?
Wiceminister neguje sens Teorii Darwina. Powołuje się na Pismo Święte za nic mając nauczanie Jana Pawła II, który powiedział, iż Bóg mógł stworzyć świat poprzez ewolucję. Czymże jednak dla wiceministra afiszującego się swoim katolicyzmem wiara we wszechmoc Stwórcy? Ano nie zawraca sobie głowy tego typu drobiazgami. Czy jest to działanie służące ośmieszeniu rządu?
Inny polityk ze ścisłego kierownictwa PiS doprowadza do tego, że pociągi ekspresowe zatrzymują się w miejscowości, w której ilość wsiadających i wysiadających pasażerów nie uzasadnia w żaden sposób podjętej decyzji.  Czy komuś zależy na przedstawieniu rządzących jako ludzi nie liczących się z jakąkolwiek krytyką?
W medialne przestrzenie pędzą aluzje i niedomówienia mające dyskredytować wszystkich nie będących wielbicielami władzy. Czy nie są to przypadkiem obliczone na lata działania autodestrukcyjne?
Według uchwalonej Ustawy Lustracyjnej poeta wykłócający się z cenzurą za niesławnej pamięci babci komuny traktowany być może jako Osobowe Źródło Informacji. Czyżby jakaś mroczna siła chciała doprowadzić do kolejnego rozłamu pomiędzy administracją państwa a artystami?
Tego typu przykładów mógłbym podać znacznie więcej! Można zatem domniemywać sterowanie rządzącymi przez szarą sieć. Jest jednak także inna możliwość. Wszystkie te pomysły mogą być w pełni autorskie, bez żadnej złej podpowiedzi, ale to oznaczałoby, iż właśnie obecna władza stanowi układ, albo jest tego układu ważnym elementem. Sobie samej na szkodę.



24.10.2006

Drużyna hokejowa upozowana na lodzie jak do zdjęcia. Kaski, kije, cały rynsztunek. Na pierwszym planie obok przewróconego roweru leży rowerzysta. Spogląda zdziwiony swoim upadkiem, albo może miejscem upadku. Bezbłędna kreska. Na drugiej grafice rowerzysta patrzy przez peryskop wzniesiony ponad murem. Rower stoi obok. Co widzieć może samotny, znieruchomiały obserwator? W wielu pracach cyklu śp. prof. Mieczysława Wejmana  pt. "Rowerzysta" bohater przedstawiony jest w momencie upadku, bądź bezpośrednio po nim.
Niepokojące te grafiki, aluzyjne jakieś. Czyżby świat aż tak mało się zmienił od czasu kiedy powstały? A może to w nas pozostało tak wielkie wyczulenie na możliwość katastrofy? Takiej bardzo prywatnej i tej, która zdarzyć się może w znacznie większej skali. Jazda, wehikuł, prędkość i nagle stop! Kreska dygoce. Myśl zastyga na moment. Pomieszczenie wystawowe Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie zamienia się w przestrzeń medytacji nad losem. Naszym losem.



23.10.2006

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, którego znam od dawna chce dotknąć prawdy. Prawdy o Kościele, którego jest kapłanem. Rozpoczął, więc badania i była to praca mozolna. Wertował akta Służby Bezpieczeństwa i to, co w nich ujrzał musiało go przerazić, a nawet wywołać uczucie słusznego gniewu. Odkrycie podłości może wywołać gniew, a nawet ośmielę się napisać, że wręcz powinno uczucie to wywołać. Ksiądz Tadeusz kończy pisać książkę. Książka to z pewnością także towar, trzeba ją, zatem sprzedać. Aby sprzedać potrzebne są rozmaite zabiegi reklamowe. Jedna z reguł wolnego rynku polega na tym, że to, o czym nie wie kupujący nie istnieje, a mówiąc ściśle istnieje fizycznie, ale w handlowej grze nie bierze udziału. Zaczął, więc ksiądz Tadeusz wywiadów w prasie rozmaitej udzielać, pism o brukowej reputacji nie omijając. Na dodatek kapelan robotniczej Solidarności polubił bardzo wszędobylskie oko kamery telewizyjnej. Mówił bardzo wiele zapominając najwyraźniej  o przysiędze posłuszeństwa swojemu biskupowi. Biskup nakazał kapłanowi milczenie. Słowo spotkało się ze słowem. Jedno z nich było władcze. Nieco później przebywający w Krakowie pocieszał księdza, który nie znalazł pocieszenia u swojego biskupa.
Trudno uwierzyć, kiedy okazuje się, że ktoś znajomy, a nawet bliski zachował się podle. Jeszcze trudniej pojąć podłość kapłana. On powinien być pośrednikiem między Bogiem a nami, nie zaś zdrajcą Dobrej Nowiny. Chrystus Pan wzywa do przebaczenia. Kościół w Imię Jego także wzywa do przebaczenia, ale sakrament spowiedzi nie jest ważny, jeżeli grzesznik winy nie wyzna, skruchy nie okaże i poprawy nie obieca. Dziwnie się dzieje, że do wielkiej rzadkości należą wszelakiej maści tajni współpracownicy ujawniający swoje grzechy dobrowolnie, nie czując oddechu badaczy na plecach. Żeby jedynie o sprawy przeszłe chodziło, to w tym miejscu mógłbym spokojnie moje pisanie jakimś efektownym stwierdzeniem zakończyć.
Tymczasem padły jakże niedawno złe słowa przez Księcia Kościoła wypowiedziane. Nazwanie księdza Zaleskiego "nadubowcem" to nie jest zwykła niezręczność, ale coś znacznie gorszego. To jest język pychy wynikającej ze złudnego poczucia wszechwiedzy. W całej tej sprawie nikt nie jest bez winy, chociaż różnej wagi są to przewinienia.
"I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". Chciałoby się powiedzieć "amen" tylko, dlaczego jest to po raz kolejny takie trudne?



20.10.2006

"Jan Paweł II do artystów. Artyści do Jana Pawła II" - taki właśnie tytuł nosi licząca 803 strony księga wydana przez Gaudium Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej. "Do tych, którzy z pasją i poświęceniem poszukują <> piękna, aby podarować je światu w twórczości artystycznej". Tymi słowami rozpoczął swoje przesłanie Polski Papież. Dokument nosi datę 4 kwietnia 1999r., w Niedzielę Wielkanocną Zmartwychwstania Pańskiego. Artyści odpowiedzieli i jest to doprawdy towarzystwo znakomite. "Można żywić nadzieję, że dzięki przemyśleniom twórców kultury dotrze do szerszego kręgu odbiorców papieskie Magnificat, niosące zarazem ewangeliczną radość i przypomnienie o chrześcijańskim  świadectwie piękna". To fragment przedmowy Abp Józefa Życińskiego, który przybył dzisiaj do Krakowa, aby uczestniczyć w promocji, która odbyła się w gościnnym salonie Teatru im. Juliusza Słowackiego. Fragmenty papieskiego listu czytali znakomici aktorzy, rozbrzmiewała muzyka, a piszący te słowa zaśpiewał "Hymn zagubionych" i "Modlitwę na trudne czasy". Dodam, że księga wydana została z ogromną starannością, zaś jej szata graficzna autorstwa Władysława Pluty budzi podziw swoją elegancją. Kłaniam się  nisko księdzu Piotrowi Kawałko dobremu duchowi tego niezwykłego przedsięwzięcia.
Pozwalam sobie umieścić tutaj to, co sam napisałem.

NIECH NAS NIE OPUSZCZA PRAWDA

Widziałem modlące się dziecko. Rzecz miała miejsce w osiedlowym sklepiku z warzywami. Paroletni chłopczyk patrząc w górę powtarzał z wielką żarliwością słowa, które jedynie modlitwą być mogły. Na ścianie wisiał niewielki krucyfiks. Po chwili spostrzegłem, że dzieciak spogląda nie na Postać Ukrzyżowanego, ale niżej na półkę pełną paczek rozmaitych chipsów.
Zacząłem się przysłuchiwać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy schyliwszy nieco głowę zrozumiałem treść tej litanii końca XX wieku. Brzmiała ona mniej więcej tak: "... dziesięć rowerów górskich, dwadzieścia magnetowidów, dwieście kaset wideo... dziesięć rowerów górskich, dwadzieścia..." i tak bez przerwy, aż do momentu, kiedy Matka chciała zapłacić za zrobione zakupy. Wtedy to synek podniósł nieco głos i wszyscy usłyszeliśmy wyraźnie: "...dziesięć rowerów górskich, dwadzieścia magnetowidów, dwieście kaset wideo! Mamo! Taka promocja! Mamo - kup koniecznie!
Ona po chwili wahania, słysząc kolejny nawrót skupionej recytacji poprosiła o chipsy. Chłopiec chwycił paczkę, rozerwał opakowanie i zagłębił we wnętrzu rączkę w poszukiwaniu upragnionego kuponu, którego rzecz jasna nie znalazł. Wyszli ze sklepiku. Dziecko chrupało płatki prażonych ziemniaków. Jestem przekonany, że już po paru krokach zaczęło znowu snuć na głos swoje marzenia o wielkiej wygranej.
W zadziwiających czasach przyszło nam żyć. Trudno artyście poruszać się w labiryncie artefaktów. Komputery w służbie mediów rozmaitych analizują codziennie preferencje masowego odbiorcy. Medialne sprzężenie zwrotne to już nie błyskotliwa fantazja, ale siermiężny fakt. Telewizja pokazuje to, co lubią ludzie, zaś ludzie lubią oglądać to, co pokazuje telewizja.
Nigdy dotąd nie odważyłem się użyć w tytule którejkolwiek z moich piosenek słowa "hymn", ale taki moment w końcu nastąpić musiał. Niechże ten tekst będzie ważnym fragmentem moich krótkich rozważań.

HYMN ZAGUBIONYCH

Kiedy pogarda
Siada rozparta
Przy stole który niedawno święty
Gdy świat się kręci
Przeciw pamięci
Złudne budując nam kontynenty

My zagubieni
W takiej przestrzeni
Nie próbujemy następnych stwarzać
Czasem niektórzy
Czciciele burzy
Pieśń intonują która poraża

Przybywaj Diable
I rozwiń żagle
A popłyniemy
Przez anatemy
Bez jakichkolwiek ponagleń

Targi próżności
Strzępy wartości
Zadziwiające śliczne cudeńka
Draństwo dokoła
O pomstę woła
Prawda jak szmata zetlała pęka

Męcząca pustka
Fałszywe bóstwa
Los oszalały chwyta za brzytwę
Ci którzy wierni
Na przekór czerni
Nucą pokornie taką modlitwę

Wspomagaj Boże
Bo czy być może
Większa samotność
Niż kiedy dotkną
Nas podłe dni upokorzeń

Głowy siwieją
Słowa wietrzeją
Wódka smakuje gorzej niż kiedyś
Nowa koteria
Stara mizeria
Trochę to wszystko Panie na kredyt

Szum informacji
Splątanie racji
Demony siedzą u drzwi kościoła
W rosnącym zgiełku
W głupim piekiełku
Ktoś do kobiety piosenką woła

Prowadź aniele
Czasu niewiele
Trzeba się bronić
Nim śmierć zasłoni
Na zawsze błękit i zieleń

P.S.
Widziałem jak wiatr zamknął Księgę na trumnie Jana Pawła II. Teraz powinniśmy próbować Księgę mądrze otworzyć. Obyśmy mieli odwagę mówić prawdę. Niech będzie trudna, niech będzie gorzka, niech nas nawet poraża, ale niech nas nie opuszcza. Oby tak się stało.

Kraków 13.06.2005 r.
 




17.10.2006

Radość i smutek. Dwie strony tej samej monety życiem zwanej. Wczoraj wypełniona po brzegi Sala Kongresowa, dzisiaj tłumy żegnające Marka Grechutę.
Koncert w Warszawie był pełen najlepszych emocji. Publiczność wielce łaskawa. Artyści pełni tego wewnętrznego napięcia, które pozwala sięgać wyżyn swoich własnych możliwości. Wspomnienia i nowości, śmiech i zaduma, a wszystko w odpowiednich proporcjach ułożone. Śpiewałem, podobnie jak 12 września "Pytania o zmierzchu".  Za oklaski najpiękniej dziękuję i niskie ukłony przesyłam. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki "Dezyderaty" nagrodzono nas brawami na stojąco, oraz bordowymi różami, takimi jakie lubił Piotr. Potem rozmowy w kuluarach kończące się solennym "do zobaczenia".
Dzisiaj msza żałobna w Bazylice Mariackiej. Śpiewanie "piwnicznych hymnów" dla Marka. Trudno było. Kiedy Konrad Mastyło zagrał "Ocalić od zapomnienia" wielu obecnych miało łzy w oczach. Niesioną przez główną nawę świątyni trumnę żegnały oklaski równie gorące jak te na koncertach naszego Przyjaciela. Ceremonia pogrzebowa na cmentarzu Rakowickim. Mnóstwo ludzi, a wszyscy szczerze wzruszeni. Marek został pochowany w Alei Zasłużonych nieopodal Piotra.
Wieczorem zaproszeni przez redaktor Magdę Drohomirecką snuliśmy wspólnie z Anią Szałapak ciepłą opowieść w Telewizji Kraków. Opowieść o Marku.
Za oknem noc. Gdzieś daleko rozpalają się nowe światy i gasną światy. Czas swoim biegiem daje nam tak wiele i tak wiele zabiera. Kiedy jechałem do studia na Krzemionkach na niebie jarzyło się oślepiające słońce, tak jakby chciało wyostrzyć ludzkie zmysły. Wyostrzyć, aby nie pozwolić na zapomnienie, aby od zapomnienia ocalić. Dzisiaj ani słowa o polityce. Nie jest tego godna w takich chwilach.



15.10.2006

Wczoraj miałem przyjemność uczestniczyć w pracach jury XVI Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenki Poetyckiej "Chlapa" w Lublińcu. Zacne gremium było trzyosobowe i oprócz mojej skromnej osoby zasiadały w nim dwie miłe damy. Były to pani Krystyna Koziołek pedagog i reżyser teatralny, oraz dyrektor Miejskiego Domu Kultury pani Małgorzata Janas. Konkurs zaskoczył mnie swoim wysokim poziomem, o czym mówiłem ze sceny uczestnicząc w ceremonii wręczania nagród. Różnorodne pomysły i wielka wrażliwość młodych artystów pozwalają mieć nadzieję, że piosenka poetycka nie jest w naszym kraju zjawiskiem zanikającym, a wręcz przeciwnie ma się bardzo dobrze. Główne nagrody noszą w Lublińcu nazwy "Złotego", "Srebrnego" i "Brązowego" ... "Kalosza", ale skoro "Chlapa", to i "Kalosze" niezbędne.
Nie wiem jakim cudem, ale wróciłem do Krakowa na tyle wcześnie, aby wystąpić w Piwnicy. Jutro jedziemy do Warszawy zagrać "Koncert dla Piotra S." w Sali Kongresowej. Mam nadzieję, że będzie równie piękny, jak ten w Audytorium Maximum.



14.10.2006

Wczoraj zagraliśmy dobry koncert w Poznaniu, moim rodzinnym mieście. Pełna sala, a na widowni wśród Przyjaciół Hanna Banaszak i prof. Wojciech Müller - znakomity grafik. Ciepłe rozmowy z odrobiną jesiennej nostalgii. Do Krakowa wróciliśmy o szóstej rano. Warto było. Oby tak dalej w Jubileuszowym Roku Piwnicy.



9.10.2006

Zmarł Marek Grechuta. Pieśniarz, kompozytor, poeta, pianista, rysownik, malarz, architekt. Artysta obdarzony ogromną wrażliwością, inteligencją, erudycją, taktem i elegancją. Na jednej ze ścian w dużym pokoju mam pastel Jego autorstwa przedstawiający wiązankę irysów. Lekką mgiełką te kwiaty zasnute. Nostalgiczne. Śpiewał Marek w sposób absolutnie niepowtarzalny. Melancholia mieszała się w tym śpiewie z radością. Ujmowała mnie Jego gra na fortepianie. Pokorna, oszczędna i skupiona, a jednocześnie nie pozbawiona fantazji. Rozmowy z Markiem to była prawdziwa przyjemność. Pięknie umiał gawędzić o sztuce, gdyż właśnie sztuką żył. Nigdy nie próbował wchodzić na koturny, ale ujmował wirtuozerską prostotą. Wielokrotnie po skończonym spektaklu zbieraliśmy się w Piwnicy przy fortepianie i śpiewaliśmy Jego piosenki. Piosenki niezapomniane. Wiedział o tym i cieszył się z tego. Określenie "non omnis moriar" jest bardzo na miejscu, gdyż choćby nie wiem jak paskudnie wykrzywiał się do nas świat piosenki Marka pozostaną. Będą słuchane zadziwiając swoją świeżością. Dziękuję Ci Przyjacielu, że tak pięknie byłeś, że dałeś ludziom tak wiele w czasach trudnych i radosnych. Dziękuję za Twój uśmiech i zamyślenie. Dziękuję za współne koncerty. Dziękuję za wszystko. Niech tam daleko będzie Ci dobrze. Pozdrów Piotra, pozdrów Janinę, pozdrów Wszystkich, których kochaliśmy tak jak Ciebie. Spojrzyj czasem z góry przez "błękitne, szerokie okno" Nieba i pomyśl o nas. Życie to nieustanna "droga za widnokres", wędrówka w "korowodzie" zdarzeń, postaci i cieni. Kiedyś się spotkamy. Przypomnisz wtedy, jak bajkowo wyglądała Wenecja we mgle, przypomnisz o słońcu złocącym dachy domów w Lanckoronie. Do zobaczenia. U nas jesień nadal cieszy swoim przepychem pastelowych kolorów i odcieni. Twoich kolorów i odcieni, które pociemniały teraz smutkiem. Ten smutek to pamięć. Dobra pamięć. Danusiu i Łukaszu! Współczujemy Wam z Haliną cichutko, bo tak trudno powiedzieć i napisać coś jeszcze.



6.10.2006

Przyznam szczerze, że przez parę dni, które upłynęły od ukazania się książki pt. "Kolacja z konfidentem" nie wiedziałem, co na ten temat napisać. Nadal zresztą potrafię jedynie rzucić kilka luźnych uwag. Ujawnienie faktu, iż Michał Ronikier okazał się współpracownikiem SB, ukrywającym się pod kryptonimem "Zygmunt" nie wywołało we mnie uczucia gniewu skłaniającego do potępienia, ale wielki smutek. Nie jest to ów smutek w kolorze błękitnym podobny do tego, który pozostawił w mojej duszy swoim odejściem Piotr, ale smutek spalonych słońcem traw. Smutek dojmujący.
Znam Michała od ponad ćwierć wieku. W idiotycznej, pełnej zakłamania rzeczywistości realnego socjalizmu postać hrabiego organizującego piwniczne bale i koncerty przydawała naszemu Kabaretowi aury krakowskiego kolorytu w najlepszym tego słowa znaczenia. Kiedy w pamiętnym 1981 roku Michał został wicedyrektorem Estrady Krakowskiej zaproponował mi posadę koordynatora pracy artystycznej, zaś po otrzymaniu przeze mnie nagrody na Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu etat artystyczny. Pozwoliło mi to na pełne poświęcenie się pracy w dziedzinie sztuki. Trudno zapomnieć rozmowy i plany dotyczące Piwnicy, z których wiele zostało zrealizowanych, jak choćby słynny "Wjazd Księcia Józefa Poniatowskiego do Krakowa". Kiedy zebrany na Rynku radosny tłum skandował "my chcemy króla" czuliśmy się wtedy jakoś inaczej. Koncertu Jubileuszowego 25-lecia Piwnicy w Hali Wisły z pewnością także nie zapomnę. To było wspólne dzieło Piotra Skrzyneckiego, Piotra Ferstera i właśnie Michała. Śpiewałem wtedy "Moją litanię". Razem z nami wystąpiła czołówka polskich artystów kabaretowych. Jakoś nie potrafię uwierzyć, że był to fragment gier operacyjnych ówczesnych służb specjalnych.
W książce, którą moja Żona przeczytała bardzo dokładnie, ja zaś póki, co bardzo pobieżnie nie przytoczono żadnego na mnie donosu. Nie demonizowałbym tego, co Michał pisał w swoich raportach, chociaż ich długoletnie sporządzanie jest z pewnością złe. Bardzo złe i niewytłumaczalne.
Przygnębiła mnie medialna wrzawa towarzysząca promocji książki. Odmówiłem więc wszelkich komentarzy, choć mnie o to proszono. Jestem dumny, że nikt z piwnicznych artystów nie skalał się donosicielstwem. Cieszy mnie ogromnie, iż nie potwierdziły się enuncjacje prasowe o rzekomej współpracy śp. Zbyszka Fijałkowskiego zwanego "Szajbusem". Nie mogę jednak stwierdzić, aby moja wiedza o mechanizmach rządzących minionymi czasami ulegała poszerzeniu dzięki ujawnionym faktom. "Wódka smakuje gorzej niż kiedyś..." śpiewam w "Hymnie zagubionych". To prawda.



1.10.2006

Wiec poparcia dla rządu w Stoczni Gdańsk. Na telebimach wyemitowano materiały wyśmiewające między innymi Platformę Obywatelską. Atak Jarosława Kaczyńskiego na przeciwników rządu. "My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO "- oświadczył premier. Przychylni PiS-owi dziennikarze próbują obrócić  "aferę taśmową" w żart, ministra ministra każdym razie fakt ten zbagatelizować. Raport ministra Macierewicza zawierać ma straszliwe fakty, ale odtajnienie go wymaga według autora zmian ustawowych. Można zatem poki co dozować półprawdy i insynuacje. To wielka dewaluacja wartości publicznych oświadczeń. Znowu powinienem umieścić tutaj tekst mojej piosenki. Tym razem w całości. Fakt, że napisana była tak dawno, czyli w roku 1990 bardzo mnie niepokoi. Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakąś powtarzalnością złych zdarzeń?


NIE  PISZ,  ŻE  GRATULUJESZ…

Nie pisz że gratulujesz
Bo tu nie ma czego
To doprawdy nie tak miało być
Patrioci i szuje
Dumny kler do tego
W dziwnych czasach przychodzi nam żyć

Kac jak zawsze paskudny nad Wisłą
Nędza skrzeczy z niedomkniętych bram
Ludzie mówią - a pieprzyć to wszystko
Mimo wszystko - mimo wszystko gram

Przyjaciele ze Stanów
Mówią że mój program
Był po latach milczenia jak szloch
Na wideo nagrany
Będą tam oglądać
Tutaj wpadną najwcześniej za rok

Kac jak zawsze paskudny nad Wisłą…

Mija rok niespokojny
Groźny i radosny
Dziś Europa nie pragnie już spać
Czas pokoju i wojny
Zbrodni i wolności
Jakże szybko rozpędził się czas

Kac jak zawsze paskudny nad Wisłą…

Boję się że nastąpi
Coś z apokalipsy
Nie chcę myśleć kto kogo i jak
Dzisiaj wzorem tonących
Chwytamy się brzytwy
Wierząc że nie porani już nas

Kac jak zawsze paskudny nad Wisłą
Nędza skrzeczy z niedomkniętych bram
Ludzie mówią - a pieprzyć to wszystko
Mimo wszystko - mimo wszystko gram
Gram

Tymczasem jesień taka piękna. Będę nadal śpiewał "o sprawach, które wszyscy znamy". Tak trzeba.



27.09.2006

No i mamy potężny skandal. Jeżeli premier Jarosław Kaczyński natychmiast nie zdymisjonuje zamieszanych w aferę polityków, oraz nie zostaną oni równie szybko wyrzuceni z Prawa i Sprawiedliwości, to znaczy, że mamy do czynienia z niewyobrażalnym wręcz upadkiem dobrych obyczajów. Głos powinien zabrać w bardzo stanowczym tonie prezydent Lech Kaczyński. Szybka decyzja o samorozwiązaniu się parlamentu jest konieczna.
Czynię to rzadko, ale przytoczę fragment mojej ballady, czyli "Modlitwy na trudne czasy":


Gdy najświętszą z wszystkich cisz
Zabije wrzawa
Kiedy pożre wszystko zły
Głupi karnawał

Wtedy pozwól aby gniew
Eksplodował wielkim nie
Wszystkim durniom od lewa do prawa

Gdy obłudy szczurzy pysk
Pokaże zęby
Kiedy wszechobecne nic
Uderzy w bębny

Wtedy daj nam taką pieśń
Która w zakamarkach serc
Nieodkryta uparcie się kłębi


Jest godzina 1: 45 w nocy. Minister Adam Lipiński twierdzi w telewizji, że obraża go posądzenie o korupcję, że stosowane są ubeckie metody, że nagrywanie rozmów to haniebna praktyka, że należy stworzyć większość. Szalony młyn kręci się dalej.




26.09.2006

Zawsze wiedziałem, że może być śmiesznie, ale po raz któryś z rzędu zdziwiłem się, że aż tak. Dziennikarz Gazety Wyborczej zachwycił się programem telewizyjnego szołmena. Nawiasem mówiąc, kiedy jakiś czas temu Jan Nowicki zrobił na antenie z tego samego szołmena idiotę jakoś nikt się tym faktem zbytnio nie zachwycał. Wracam jednak do materiału prasowego. Pan redaktor zechciał określić pytanie: "Potrafiłabyś komuś powiedzieć >>Spieprzaj dziadu<<" zadane córce byłego prezydenta jako "zbijające z tropu a jednocześnie aluzyjne", zaś kiedy dziewczyna chciała się napić stwierdzenie: "Leje sobie jak jej stary w Charkowie", jako ryzykowny komentarz. Ponadto napisał, co pozwolę sobie dokładnie zacytować: "Show Wojewódzkiego z jego błyskotliwością, humorem, niedojrzałością i brakiem szacunku dla "wartości" pozwala na złapanie koniecznego oddechu przy "hurrapatriotycznej" zadyszce. O gustach jak wiadomo dyskutować nie należy, jednak o smaku powinno się bez przerwy. Hurraentuzjastyczny artykulik, którego w żaden sposób nie nazwę recenzją do takiego właśnie myślenia zmusza. Kończy się on zaś solennym zapewnieniem autora, że szołmen zasłużył na swoje porsche carrera. Jeżeli zasłużył między innymi wręczeniem gościom swojego programu koszulek z wizerunkiem Jacka Kuronia i cytatem "Nie palcie komitetów, ale zakładajcie własne", to mamy jak sądzę do czynienia z karykaturalną przesadą. Niby wiadomo, że nie wszędzie można wszystko wręczać, ale okazuje się, iż wcale nie jest to takie oczywiste. Pan redaktor nazywa dokonania szołmena jako rzekomo prostackie, ja zaś uważam słowo "rzekomo" za najzupełniej zbędne.
W Bydgoszczy miejscowi radni zdecydowali, że miasto nie będzie współfinansować występów artystów używających playbacku, oraz półplaybacku w czasie swoich występów. Osobiście uważam pierwszą z tych praktyk jako zwykłe oszustwo, zaś drugą jako chałturę. Rozumiem konieczność stosowania podkładów muzycznych odtwarzanych mechanicznie przez wykonawców na przykład hip-hopu, ale nie wiem czy bydgoscy radni to rozumieją. Zrównanie aktem lokalnego prawa interesujących niejednokrotnie artystów z estradowymi wyjadaczami, to pomysł świadczący jak najgorzej o jego autorach.
Opisane przeze mnie sprawy łączy jedna ciekawa kwestia, a mianowicie oglądając konkretne programy, czytając konkretne gazety, czy głosując na konkretnych ludzi fundujemy szołmenom, dziennikarzom i politykom równie konkretne korzyści. Jak nie pieniądze to władzę, a bywa, że jedno i drugie.



23.09.2006

Posłowie Gosiewski i Zawisza idą korytarzem sejmowym. Udają, że nie widzą towarzyszącej im kamery. Ta etiuda nie bardzo im wychodzi, gdyż odruchowo zerkają w stronę obiektywu. Niby mówią do siebie, a przecież do narodu. Niby gestykulacja oszczędna być powinna, a jednak zamaszystość znaczną prezentują. Uwagi na temat orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego rzucają udając, iż nic, a nic się nie stało, ponieważ oni sami winy najmniejszej za całą awanturę nie ponoszą. To, że przeciętnie zdolny student prawa taką właśnie decyzję Trybunału mógłby bez kłopotu przewidzieć najwyraźniej ich nie interesuje.
Parę chwil później poseł Cymański szczerze złotousty przysłowia cytuje do wywalenia Leppera z rządu nawiązując. Myli się przy tym biedaczek, gdyż ostatnio jakoś przed kamerami nie bywał, a tu nagle taka okazja niezwykła, by erudycją się znowu popisać.
Premier Kaczyński nominacje nowe ogłasza wyraźnie ukontentowany ze swojej kolejnej sztuczki pracowicie wykoncypowanej. Premier przeprasza za swoje emocje. Były wicepremier też przeprasza, a co mu tam. Świeżo przywrócona do łask profesor Gilowska papiery ważne w rękach dzierży i minę ma niezwykle zadowoloną Czyżby już była pewna upadku ustawy uznającej ją za Osobowe Źródło Informacji?
Pewien pan redaktor powiedział niedawno, że politycy robią ludzi w trąbę. Ja, skromny przedstawiciel elektoratu składam niniejszym miłemu dziennikarzowi gratulacje z powodu oględności i łagodności jego wypowiedzi.




22.09.2006

Mamy do czynienia z nawarstwieniem się rozmaitych, bardzo niedobrych spraw. Oto Andrzej Lepper na tle szamotaniny pozostałych przywódców partyjnych zaczyna sprawiać wrażenie polityka racjonalnego przewidywalnego. To oczywiście jedynie złudne wrażenie, ale dosyć sugestywne.
Aby jednak spróbować opisać, to co się obecnie dzieje, należy wrócić do kilku wydarzeń z nie tak dalekiej przeszłości. Ważnym momentem było powołanie Lecha Kaczyńskiego na urząd ministra sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka. Nastąpiła wtedy restauracja znaczenia braci Kaczyńskich. Ważną kwestią jest także niezwykle łagodne orzekanie polskich sądów z sprawach karnych dotyczących Andrzeja Leppera. Spowodowała ona u tego wiecowego watażki poczucie bezkarności, zaś wśród wyborców wzrost poparcia dla Samoobrony. Przypomnieć należy także powstanie Platformy Obywatelskiej. Pomimo obecności w tym ugrupowaniu wielu wartościowych ludzi nie mogłem się wtedy oprzeć wrażeniu, że mamy do czynienia z pewną manipulacją skierowaną na doraźny efekt wyborczy. Program Platformy, a raczej jego brak potwierdzał to moje mniemanie. Z tercetu liderów pozostał Donald Tusk, zaś Maciej Płażyński i Andrzej Olechowski odeszli. Przybył natomiast Jan Maria Rokita, zaraz potem kiedy stwierdził w wywiadzie prasowym, iż jego życiowym dokonaniem jest przewodzenie Stronnictwu Konserwatywno Ludowemu, które parę dni później skwapliwie opuścił. Nie bez znaczenia są także losy polskiej lewicy. Korupcyjny chaos rządów Leszka Millera spowodował potężne przetasowania na scenie politycznej. Po wygranych przez prawicę wyborach wydawało się, że koalicja Prawa i Sprawiedliwości, oraz Platformy jest sprawą oczywistą i optymalną. Tymczasem do porozumienia nie doszło, powstał natomiast zadziwiający twór, czyli triumwirat PiS, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin. Ceną tego rozwiązania były nominacje rządowe dla Andrzeja Leppera i Romana Giertycha. Takie rozwiązanie powinno poskutkować sensownym uaktywnieniem opozycji, ale i to się nie zdarzyło.
Mamy więc do czynienia z szarpaniną, która nie wróży niczego dobrego. Odnoszę wrażenie, jakby wszyscy aktorzy tej kiepskiej sztuki nie otrząsnęli się nadal z wyniszczających efektów ostatniej kampanii wyborczej. Jakby trwała ona nadal, dając efekt pomieszania buty i niepewności. Nikt, powtarzam nikt nie ma jasnego pomysłu na naprawę państwa, a nawet na doraźną, sensowną działalność. Wszyscy dokonują posunięć nieadekwatnych do potrzeb kraju. Zaszłości ostatnich lat projektują bezlitośnie na obecną sytuację. Zdezorientowany elektorat traktowany jest jak przedmiot socjotechnicznych zabiegów nie różniących się od reklamowania nowego gatunku mydła. Witamy w Rzeczpospolitej Artefaktów, czyli bytów jak najbardziej sztucznych.



20.09.2006

Dobrze jest pamiętać. Bez ostentacji, kameralnie. Właśnie Sala Kameralna Miejskiego Centrum Kultury w Tychach otrzymała imię Piotra Skrzyneckiego. Odsłonięcia tablicy pamiątkowej znajdującej się na ścianie sali nieopodal sceny dokonali wspólnie szef Centrum Wojciech Wieczorek i szef artystyczny Piwnicy Marek Pacuła. Tablica przedstawia twarz Piotra, ponad którą umieszczono cytat z Dezyderaty, naszego piwnicznego hymnu. Odsłaniający mówili o Piotrze jak o kimś naprawdę bliskim. Przemówiła też pięknie pani prof. Basia Zając. Wspomnienia zawirowały w powietrzu. Tyle już lat upłynęło od czasu, kiedy pierwsza gromada głodnych niebanalnej sztuki Przyjaciół przybyła do z Tychów do Piwnicy.
Kiedy czułe ceremonie dobiegły końca zagrałem recital. Wspaniałe przyjęcie, znakomite nagłośnienie oraz światła sprawiły, że grałem najlepiej jak tylko potrafię. Kiedy wybrzmiały ostatnie dźwięki mojej gitary rozpoczęło się będące dalszym ciągiem wieczoru spotkanie. Tort w kształcie serca, szampan, kanapki i wiele dobrych słów.
Do zobaczenia w Piwnicy Przyjaciele.



17.09.2006


Świat islamu kipi oburzeniem po wypowiedzi Benedykta XVI w Ratyzbonie. Papież powiedział, że nie można niczym uzasadnić szerzenia wiary przy użyciu przemocy, ponieważ przemoc jest sprzeczna z naturą Boga. Fala protestów rozlała się po świecie. Płoną chrześcijańskie świątynie. W Mogadiszu zamordowano zakonnicę i jej ochroniarza.
W czasie spotkania z wiernymi na Anioł Pański w Castel Gandolfo papież  powiedział: "Jestem bardzo zasmucony z powodu reakcji, jakie wywołał krótki fragment mojego przemówienia na Uniwersytecie w Ratyzbonie, uznany za obraźliwy dla wrażliwości wierzących muzułmańskich, gdy tymczasem chodziło o cytat ze średniowiecznego tekstu, który w żadnym razie nie wyraża moich osobistych myśli. Wczoraj ksiądz kardynał sekretarz stanu ogłosił w związku z tym oświadczenie, w którym wyjaśnił autentyczny sens moich słów. Mam nadzieję, że uspokoi to serca i wyjaśni prawdziwy sens mojego przemówienia, które w całości było zachętą do otwartego i szczerego dialogu przy wielkim wzajemnym poszanowaniu. Takie było znaczenie przemówienia".
Muzułmanie domagają się gremialnie bardziej dobitnych przeprosin, oraz wyjaśnienia jakie są poglądy Benedykta XVI dotyczące islamu. Gdyby papież tak uczynił, to następnym żądaniem byłyby przeprosiny na kolanach. Forma protestów przeraża. Straszne jest, aby na domniemane posądzenie o przemoc i nienawiść odpowiadać przemocą i nienawiścią. Gdyby Oriana Fallaci żyła, to z pewnością napisałaby płomienny artykuł, w którym przypomniałaby swoje wcześniejsze spostrzeżenia. Choćby to, że chrześcijanie mają na ziemi Allacha podporządkować się dokładnie panującym tam zwyczajom, natomiast muzułmanie na ziemi Chrystusa mogą postępować po swojemu.
Zastanawiam się, czy Jan Paweł II wygłosiłby podobne stwierdzenia jak Jego Następca. Myślę, że nie. Był zbyt wielkim znawcą społecznych nastrojów. Nie twierdzę, że Benedykt XVI napisał nieprawdę, ale język naukowych wywodów częstokroć bywa niezrozumiały dla tłumów. Bóg jest miłością. Nienawiść jest obrazą Boga. Tłum tego nie rozumie, gdyż uważa częstokroć, iż krzycząc, paląc i mordując wyraża swoje oddanie Stwórcy. System wartości ulega tragicznemu odwróceniu. Szatan triumfuje.



15.09.2006

Trudno pisać o absencji prof. Balcerowicza przed komisją śledczą pod przewodem posła Zawiszy, ponieważ prostactwo posła mocno denerwuje, a to z kolei spowodować może znaczny brak obiektywizmu. Na szczęście prof. Andrzejowi Zoll w wywiadzie udzielonym dzisiaj Gazecie Wyborczej stwierdził, że: "Balcerowicz to nie tylko obywatel, ale i prezes NBP. A więc organ konstytucyjny państwa. Konstytucja nakłada na Balcerowicza obowiązek dbania o niezawisłość instytucji, kórą kieruje. Mamy tu do czynienia z konfliktem dwóch wartości o charakterze konstytucyjnym. Z jednej strony organ Sejmu - komisja śledcza. Z drugiej - zasada niezależności Narodowego Banku Polskiego. Również od Sejmu! Pamiętajmy, że prawidłowość powołania komisji została zakwestionowana. Trybunał Konstytucyjny ma odpowiedzieć, czy komisja może kontrolować NBP i czy jej powołanie było  zgodne z konstytucją.  Jest rzeczą jak najbardziej logiczną i pragmatyczną, by nie przesłuchiwać prezesa NBP przed rozstrzygnięciem tej kwestii".
Nic dodać nic ująć, ale tego typu rozwiązanie wymaga dobrej woli, a to obecnie towar deficytowy w naszym kraju. Oczywiście wolałbym, aby prof. Balcerowicz stanął przed wiadomą komisją i dał medialną lekcję wiedzy, oraz dobrych manier,  ale z drugiej strony przytoczone przeze mnie rozumowanie prof. Zolla  przekonuje mnie w zupełności.
Obawiam się komentarzy po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego. Jeżeli poprze stanowisko prezesa NBP, może zostać okrzyknięty gronem wywodzących się z łże-elit wykształciuchów blokujących próby rozliczenia wszelkiej nieprawości. Jeżeli natomiast poprze działanie komisji, wtedy być może dowiemy się o dyspozycyjności sędziów w stosunku do władzy. Tak źle i tak niedobrze
W telewizji nowy program traktujący o kulturze. Tym razem o kondycji polskiej kinematografii. Ucieszne widowisko. Reżyser krzyczy na producenta, producent na reżysera, zaś z widowni pokrzykuje aktorka, zdecydowanie na reżysera i na sytuację w ogóle. Scenka z bohaterami wieczoru oczywiście obraca się, no bo jakże to gadać zwyczajnie przy stole, skoro ma być ciekawie. Rozumiem, że każdy z widzów marzy o takim obrotowym kawałku mieszkania zwiększającym atrakcyjność rodzinnych i sąsiedzkich pogawędek. Prowadzący nie krzyczy, bo wyznaczono mu rolę głosu rozsądku, albo też sam sobie taką rolę wyznaczył. Na okrasę koszmarna kapela zarzyna swoją knajacką interpretacją znaną piosenkę o małym kinie. Nazwać to wszystko domem wariatów byłoby wielkim nietaktem w stosunku do osób cierpiących na schorzenia psychiatryczne.
Za wschodnią granicą groźnie. Premier Janukowycz nie widzi Ukrainy w NATO. Z winy karygodnego rozłamu w szeregach twórców Pomarańczowej Rewolucji wzmocniła się znacznie pozycja Rosji.
Poza tym smutno. Zmarła Oriana Fallaci. W czasach kiedy byle chama nazywa się postacią kontrowersyjną, to właśnie Ona taką postacią rzeczywiście była w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ludziom potrzeba wyrazicieli ostrych poglądów, poglądów niezależnych. Dworskie podrygi na dłuższą metę nie mają żadnego znaczenia.
 
 



13.09.2006

Uroczo było wczoraj w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Koncert miał dobre tempo. Piwniczni Artyści wystąpili z wielką radością i pasją. Były premiery i numery grane od lat. Publiczność uskrzydlała nas swoją życzliwością. Dla mnie osobiście był to wieczór potrójnie wzruszający. Po pierwsze, bo rocznica urodzin Piotra, po drugie, bo Jubileusz, a po trzecie, bo koncert miał miejsce w sali mojej ukochanej Alma Mater. Ogromnie ucieszyła mnie niezwykle ciepła rozmowa z Ich Magnificencjami prof. Karolem Musiołem - rektorem i prof. Marią Szewczyk - panią prorektor.
Śpiewałem "Pytania o zmierzchu" w ciszy tak przejmującej, iż sprawiała wrażenie mocno brzmiącej orkiestry. Kłaniałem się wśród braw, za które najczulej dziękuję. Kiedy na koniec spektaklu zabrzmiała "Dezyderata" zauważyłem podobieństwo światełek na stopniach widowni do szczebli drabiny pnącej się gdzieś wysoko. Owacje na stojąco. Wielki lekarz, pani prof. Maria Orwid zechciała powiedzieć, że ten występ to prawdziwa reaktywacja Kabaretu.
W Piwnicy rozmowy  trwające bardzo długo. Możesz być zadowolony Piotrze. Pamiętamy. 



12.09.2006

W niedzielę zagrałem we Wrocławiu. W Klubie "Firlej" odbył się koncert niezwykły, na który składały się oprócz moich zagranych na koniec utworów wiersze i piosenki nieżyjącego, wrocławskiego artysty Christiana Belwita, pięknie ułożone przez aktorkę Ewę Niżańską. Świetne opracowania muzyczne, partie wokalne i recytacje. W szczelnie wypełnionej sali występowaliśmy w ramach Ogólnopolskiego Dnia Solidarności z Osobami Chorymi na Schizofrenię. Christiana dotknęła  ta właśnie choroba. To dobrze, że odbywają się takie imprezy. Trzeba mówić o schizofrenii, mówić prosto i mądrze, aby przełamywać drzemiące w społeczeństwie stereotypy.
Późną nocą z poniedziałku na wtorek w Programie II TVP znakomity film o ludziach, którzy nie pozwolili, aby samolot, którym lecieli uderzył w Gmach Kongresu, albo w Biały Dom. Pokonali terrorystów. Stracili życie. Zyskali wielki szacunek, który przetrwa próbę czasu. Apokalipsa 11 września to kolejna przestroga przed tymi, którzy chcą być wysłannikami losu, lub wykonawcami woli Boga. Po filmie reklama piwa. Życie pędzi dalej. Kiedy wieże World Trade Center upadały w ogniu, dymie i kurzu na skrzyżowaniach pulsowały sterowane automatycznie światła. Iskierkami jedynie jesteśmy. Iskierkami.
Dzisiaj dziesiąty już koncert dla Piotra. Dziesiąty dla Niego i bez Niego.



8.09.2006

Dzisiaj o godzinie 19 odbyło się uroczyste, piwniczne otwarcie plenerowej wystawy zdjęć autorstwa Arkadiusza Sędka pt. "Poczet Piwnicznych Artystów". Miejsce zaszczytne. Alejka na Plantach nieopodal Papieskiego Okna i Kościoła Franciszkanów. Miejsce wzruszające wspomnieniami. Tak blisko Placu na Groblach, gdzie u Janiny Garyckiej pomieszkiwał Piotr i gdzie w przesławnej kuchni spotykała się Piwnica. Zdjęcia Arka znakomite. Sfotografował artystów inaczej niż mistrz prof. Zbigniew Łagocki. To dobrze, że inaczej. Czule i miękko. Po wernisażu Arek podjął nas w Sali Planetarium miłym, a niespodziewanym bankiecikiem. Po raz któryś z rzędu potwierdziła się stara prawda, że gdzie jak gdzie, ale w Krakowie jubileusze świętowane są najpiękniej. Poza medialną wrzawą, poza złymi miazmatami polityki, poza zbytnią dosłownością. Zapraszam na Planty. Warto obejrzeć.



6.09.2006

Według telewizyjnego spotu reklamującego Prawo i Sprawiedliwość żyjemy w kraju powszechnej szczęśliwości, zaś jedyną przeszkodą, aby tą szczęśliwością się cieszyć są demony rodem z Platformy Obywatelskiej. Skądinąd materiał zachęcający do większej sympatii dla Platformy także nie jest zbyt mądry, ale partia braci Kaczyńskich przekroczyła wszelkie granice traktowania współobywateli jako całkowitych idiotów. Zastanawiam się nad jedną, niezwykle ważną sprawą, a mianowicie czy emisja tych medialnych chwytów propagandowych jest radosną twórczością partyjnych działaczy, czy też opiera się na badaniach opinii społecznej. Jeżeli mamy do czynienia z pierwszą ewentualnością, to nie jest tak źle, jeżeli jednak z drugą, to włosy na głowie dęba stają, gdyż Polacy w swojej większości okazaliby się podatni na każdą bzdurę płynącą ze szklanego ekranu. Taką diagnozę potwierdzałyby wyniki wyborów, a także utrzymujące się poparcie dla PiS, oraz znaczna ilość bezkrytycznych zwolenników tej formacji, która na przykład Okrągły Stół traktuje na równi ze swoimi koalicjantami z Ligi Polskich Rodzin jako zdradę narodową. To szczególny przykład robienia ludziom wody z mózgu. Jeżeli bowiem byłaby to prawda, wtedy negocjujący w 1989 roku z komunistami Lech i Jarosław Kaczyńscy powinni zostać uznani za zdrajców. Tak dobrze jednak nie ma. Zdrajcą okazuje się bowiem według rządzących krajem śp. Jacek Kuroń, poddawany przez funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa wielogodzinnym przesłuchaniom, człowiek który spędził w więzieniach długie lata.  Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien brać poważnie takich konstrukcji poza umysłowych, jednakże okazują się one łakomym kąskiem dla czekających na proste, a mówiąc precyzyjnie prostackie rozwiązania. Jeżeli nawet prominenci PiS nie mówią tych bzdur wprost, to jednak popełniają poważny grzech zaniechania nie protestując zgodnie przeciwko wypowiedziom prominentów LPR. Należy zadać pytanie kto jest wzorem dla Romana Giertycha i jego kamaryli? Ano szanowny tatuś pana wicepremiera, czyli Maciej Giertych, który według posła Wierzejskiego zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy generale Jaruzelskim z pobudek jak najbardziej patriotycznych.
Absurdy formy i absurdy treści. Była wicepremier prof. Zyta Gilowska z ogromną pasją zagrała rolę oburzonej pomówieniami sformułowanymi przez sąd, natomiast pani sędzia Sądu Lustracyjnego Małgorzata Mojkowska zabłysnęła w roli karzącej ręki, a raczej karzących ust sprawiedliwości. Aktorstwo marne, argumentacja obu stron nieprzekonywająca. W jednym punkcie zgadzam się z panią sędzią. Według ostatnich pomysłów lustracyjnych rządu, pani profesor mogłaby zostać uznana za "osobowe źródło informacji" i musiałaby bronić swoich racji przed sądem cywilnym, gdzie nie obowiązuje zasada domniemania niewinności. 
Pan prezydent podpisał fatalną ordynację samorządową. Nie przeszkadzać - krzyczy hasło ze spotu Prawa i Sprawiedliwości. A właśnie, że będę przeszkadzać, gdyż według mnie to jest właśnie jeden z przejawów patriotyzmu w tych dziwnych czasach.



5.09.2006

Kilka pracowitych dni. W czwartek nagranie długiego, składającego się z trzech odsłon materiału dla TVP-Kultura. W programie prowadzonym niezwykle ciepło i życzliwie przez red. Katarzynę Janowską wystąpili: Ola Maurer, Agata Ślazyk, Anna Szałapak, Zygmunt Konieczny, Tadek Kwinta i ja. W sumie zarejestrowano prawie dwie godziny lekkiej dysputy na temat Piotra Skrzyneckiego i Piwnicy pod Baranami. Było wspomnieniowo, ale także mówiliśmy o tym, jak teraz funkcjonuje Kabaret. W tej części programu Anna Sz. nie uczestniczyła taktownie, jako zdecydowana przeciwniczka trwania Piwnicy po śmierci Piotra.
W piątek i sobotę programy w Piwnicy. Nadspodziewanie udane, jak na początek sezonu.
W niedzielę występ w Białołęckim Ośrodku Kultury. Znakomita Publiczność, oraz świetna forma artystów. Oby tej świeżości i radości grania nie zgubić przed koncertem 12 września.
Do Warszawy jechaliśmy autobusem. Po drodze wszyscy zachwycali się nieprawdopodobnym pomysłem architektonicznym. Otóż w pewnej miejscowości zamontowano na ścianach znajdującej się przy drodze knajpy płyty, na których wymalowano gustowne wyobrażenie średniowiecznego muru. Całość nosi teraz nazwę "Zameczek" i może przyśnić się w nocy, jako koszmar z najgorszego kręgu piekła.
Dzisiaj przekonałem się co warte są zapewnienia polityków. Minister Dorn obiecał, że policja przestanie chować się po krzakach z radarami, tymczasem przy jednej z uliczek na granicy Krakowa jako żywo były jakieś krzaczki, a w nich radiowóz z radarem obsługiwany przez mających w nosie wytyczne szefa stróżów prawa. Dodam, że mandatu nie zapłaciłem, gdyż jechałem przepisowo.
Poza tym z przykrością stwierdzam, że wybitny kompozytor pan Wojciech Kilar nie tyle oszalał, ile wrodzona dobrotliwość nie pozwala mu dostrzegać zawiłości naszych dni. W wywiadzie udzielonym jakiś czas temu "Dziennikowi" powiedział tak: "To nie jest republika kolesi , to republika kolegów i przyjaciół. Może niepoprawnych idealistów, związanych wspólnym celem. Zgadzam się na takie zawłaszczanie państwa. Republikę kolesi, to mieliśmy choćby za SLD".
Co do wzmianki o SLD pełna zgoda, natomiast ktoś mógłby autorowi pięknej muzyki uświadomić niepiękny fakt, iż Andrzej Lepper i Roman Giertych są wicepremierami, zaś karuzela odwołań i nominacji gdzie się tylko da może przyprawić o zawrót głowy.
Na koniec coś przyjemnego. Pomidory są nadal tanie i bardzo smaczne, zwłaszcza te z podkrakowskich wsi.



2.09.2006

Przedwczoraj upłynęło osiemnaście lat, od mojego najważniejszego dotychczas recitalu, który zagrałem w Stoczni Gdańskiej przy słynnej bramie. Jadąc tam byłem przekonany, że będę jednym z wielu artystów, ale myliłem się i to bardzo. Nawiasem mówiąc miała tam pojechać także Piwnica, ale nic z tego nie wyszło. Wyjazd do Gdańska ze względu na rozmaite niebezpieczeństwa odradzał mi kapelan hutników śp. ksiądz Kazimierz Jancarz, ale Halina bardzo chciała abym pojechał i to przeważyło. Zbyszek Preisner przysięgał solennie, iż o moim przybyciu powiadomieni są stoczniowcy, zatem wystarczy abym się udał do kościoła św. Brygidy, a tam zostanę "przejęty". Przybyłem, ukląkłem, zaś po godzinie już wiedziałem, że mój piwniczny kolega po prostu zmyślał. Poszedłem na plebanię kościoła gdzie spotkałem właściwych ludzi znających świetnie moje piosenki, a po godzinie byłem już na terenie Stoczni. Nie musiałem skakać przez płot. Wszedłem przez boczną bramę wpuszczony przez sprzyjających strajkującym strażników. Koncert, który zagrałem odbywał się w warunkach doprawdy niezwykłych. Po jednej stronie bramy tłum robotników, a po drugiej milicyjne patrole z długimi pałkami. W oknach bloków stojących nieopodal wejścia do Stoczni słuchało mojego występu mnóstwo ludzi. Nigdy nie zapomnę skandowanego przez wszystkich poza milicjantami dziękujemy!
W tym roku uroczystości rocznicy podpisania Porozumień Sierpniowych przebiegły w atmosferze podziałów wynikających z małości i doraźnych gier politycznych. Szkoda i wstyd, wielki wstyd.
Żyjemy w atmosferze rwania za wszelką cenę władzy i pieniędzy, pieniędzy i władzy. Zresztą jedno z drugim pozostaje nadal w niebezpiecznym związku.
"Życie Warszawy" wydrukowało obrzydliwy artykuł sugerujący kontakty śp. Jacka Kuronia ze Służbą Bezpieczeństwa polegające na rzekomych negocjacjach politycznych. W tej samej gazecie nieco wcześniej znakomity wywiad z księdzem biskupem Tadeuszem Pieronkiem. Zacytuję fragment dotyczący księdza Mieczysława Malińskiego:
"...W agenturalność Malińskiego nie wierzę. Myślę, że był conajwyżej łatwowierny i bezpieka to wykorzystała. On jest trochę podobny do mnie: rozmawia ze wszystkimi, którzy tego chcą. Jego tłumaczenie, że próbował przekonywać esbeków do swoich racji, uznano powszechnie za niepoważne, wręcz kompromitujące. Tymczasem ja w nie wierzę. Jestem przekonany, że on naprawdę tak myślał..".
Ksiądz Mieczysław Malińskim chciał rozmawiać ze wszystkimi, Jacek Kuroń chciał rozmawiać ze wszystkimi. Obydwaj zostali opluci w wolnej, demokratycznej Polsce. Polsce, o którą każdy na swój sposób miał odwagę pięknie walczyć.



29.08.2006

Anna Walentynowicz nie wyraziła zachwytu po obejrzeniu filmu Volkera Schlendörffa pt. "Strajk - bohaterka z Gdańska". Powiem więcej - była oburzona. O ile dobrze rozumiem to właśnie pani Anna miała być pierwowzorem głównej postaci filmowego obrazu. Tymczasem okazało się, że nie wszystko się zgadza. Syn bohaterki sprzed lat służy w ZOMO, robotnicy w czasie strajku piją alkohol, który o ile dobrze odczytałem prasowe doniesienia ona sam nalewa im miłosiernie do zupy.
Mówiąc z pewną dozą ironii rozumiem reżysera. Cóż to za nuda powieje z ekranu, skoro nikt się ze strajkowej prohibicji nie wyłamie? Cóż za nieznośnie posągowa postać ta Walentynowicz? Trzeba cały ten historyczny bigos koniecznie ubarwić. Dodać wspomniane smaczki i będzie bardziej barwnie i autentycznie.
Rozumiem też współproducenta, czyli pana Macieja Ślesickiego. W tym przypadku natężenie ironii zwiększa się zdecydowanie. Stwierdzenie, iż jest to film piękny, propolski, zrobiony w stosunku do Walentynowicz z nabożeństwem, ktoś mógłby uznać za daleko posuniętą bezczelność. Tymczasem trzeba w trudnych, rynkowych czasach dbać o wizerunek medialny dzieła, a tutaj takie kłopoty, zupełnie niepotrzebne.
Pozostają odczucia pani Anny. Wiem, iż w zderzeniu z filmową maszynerią będzie Jej trudno. Po opublikowaniu listu otwartego, który podpisała wspólnie z Przyjaciółmi, czyli Joanną i Andrzejem Gwiazdami, oraz Krzysztofem Wyszkowskim, w którym bronili oni skandalicznej wypowiedzi ministra Macierewicza oskarżającego byłych ministrów spraw zagranicznych o powiązania  z sowieckim wywiadem znajdą się z pewnością jednoznaczni krytycy. Będą rzucać niegodne uwagi o sklerozie, kombatanctwie i pochopnie przyznanym Orderze Orła Białego. Spróbujmy rozgraniczyć te dwie sprawy. Koniecznie!



26.08.2006

W wyreżyserowanej przez siebie "Nieboskiej Komedii" Krzysztof Nazar stworzył scenę niezwykłą. Okopy Świętej Trójcy. Oblężenie dobiega już końca. Los obrońców jest przesądzony. Za stołem siedzą hrabiowie i baronowie. Każdy z nich tuli do serca jakiś absurdalnie istotny przedmiot. Zegar, książkę, dzbanek, szkatułkę. Coś, co przypomina miniony czas. Rewolucja płonie dookoła, a oni zastygli w bezruchu wspominają. Piękna to scena i porażająca to scena. Prosta, a zarazem niesłychanie sugestywna. Rolę jednego baronów zagrał Janek Krzyżanowski, mąż Ewy Wnuk, naszej pieśniarki. Z Robertem Hobrzykiem, jak wiadomo piwnicznym gitarzystą odwiedziliśmy Janka i Ewę. Świętowaliśmy mozolny powrót do zdrowia naszej koleżanki po kontuzji stawu skokowego. Jest bardzo dzielna Zapamiętam barwne anegdoty o genialnym rysowniku śp. Danielu Mrozie, które w kuchni opowiedziała siostra pana domu - Katarzyna. Śliczna kocica Kasia łypała przyjaźnie złotymi ślepiami i było po prostu uroczo.  Atmosferę wieczoru, a właściwie nocy zakłócił jednakże pewien incydent medialny. Była to reklamowana z ogromną nachalnością opera Rogera Watersa - niegdyś Pink Floyd. Opuszczając słynny zespół Waters raczył stwierdzić, że bez niego kapela natychmiast przestanie istnieć. Nic takiego się nie stało. W wywiadzie dla telewizji twórca opery zapowiadał wielkie emocje emanujące ze sceny. Nic takiego nie miało miejsca. Alkohol tonizuje moje poczucie krytycyzmu, jednakże tym razem nie pomógł, ponieważ zaserwowano widowisko rozdęte jak odpustowy balon, miałką muzykę i rażące naiwnością libretto oparte na wydarzeniach Rewolucji Francuskiej. Wykonawcy starali się bardzo, ale kompozytor nie dał im najmniejszych szans. Opis tego zdarzenia powinien właściwie składać się z samych przymiotników, a jako że nadużywanie tychże jest poważnym błędem stylistycznym, zatem zamilczę już na ten temat, zwłaszcza, iż wytrzymać do końca przedstawienia przed telewizorem się absolutnie nie dało.
Na koniec szalonej nocy wylądowałem u Roberta, gdzie słuchaliśmy muzyki w sieci i wspominaliśmy. Nie czuliśmy się wprawdzie jak baronowie w Okopach Świętej Trójcy, ale z pewnością każdy z nas przechowuje w szafce pamięci zdarzenia, bez których nasze życie byłoby znacznie uboższe.
Niedługo zaczynamy sezon w Piwnicy. Oby był jak najlepszy. Oby było co wspominać.



23.08.2006

Na temat majstrowania przy ordynacji wyborczej dotyczącej samorządów już pisałem. To co wyprawia koalicja rządząca jest po prostu niesmaczne i trudno cokolwiek dodać do moich wcześniejszych uwag. Nerwowe zachowanie opozycji również nie wzbudza mojego zachwytu, ale o tym także już pisałem. Zagubiony w gąszczu sejmowej retoryki wyborca zadaje sobie niezwykle proste pytanie, a mianowicie - kto jest temu wszystkiemu winien?
Pełne oburzenia tyrady na temat obstrukcji proceduralnej uprawianej permanentnie przez jednych, są dokładnie tyle samo warte, co budzące grozę opowieści na temat stosowania regulaminu Sejmu jak pałki przez drugich. Informuję uprzejmie, iż jest to jedynie szum informacyjny mający przykuć naszą uwagę. Zarówno jedni jak i drudzy działają w ramach obowiązującego prawa. Prawa, które jest złe.  Mamy do czynienia z potężną grą medialną przed nadchodzącymi wyborami samorządowymi. Źle jest zmieniać w ostatniej chwili ordynację, ale chciałbym przypomnieć o zasadzie mówiącej, że to co nie jest zabronione, jest dozwolone! Sondażowe notowania naszych polityków są znacznie gorsze niż panienek uprawiających najstarszy zawód świata, więc przypominanie o zasadach wydaje się być całkowicie nie na miejscu.
Kto zatem jest winien zaistniałej sytuacji? Niestety w znacznym stopniu my sami, którzy dopuszczamy do sprawowania władzy tak szemrane towarzystwo. To my swoimi głosami, bądź głosów tych brakiem stworzyliśmy sytą, zapatrzoną w siebie samych grupę półwariatów. Nie są to wariaci całkowici, od świata swoimi wizjami odcięci, ponieważ pieniądze liczą znakomicie, zaś z przywilejów korzystają niezwykle ochoczo.
Jak tak dalej pójdzie zacznę niedługo pisać jak rewolucjonista, a może po prostu zawsze tak pisałem?



22.08.2006

Nie rozgłaszałem w Sieci, iż wraz z Małżonką na krótkie wakacje nad jezioro Sielpia się udajemy, gdyż po pierwsze jak wspomniałem długie nie były, po drugie jezioro niewielkie, a po trzecie jako magistrant znakomitego kryminologa prof. Andrzeja Gaberle nie zapomniałem o tym jak mądre są wskazania nauki zwanej wiktymologią. Ta gałąź kryminologii traktuje o tak zwanym "przyczynieniu się" ofiary przestępstwa do owego przestępstwa zaistnienia. Proszę nie odnieść przypadkiem wrażenia, że popełniający czyn zabroniony mniej winny jest w myśl zasady "okazja czyni złodzieja". Nic bardziej mylnego. Mówiąc zaś do bólu praktycznie: lepiej nie szwendać się w pijanym widzie późną porą w podejrzanych miejscach, a także nie zostawiać portfela na fotelu samochodu.
Wolałem, zatem, aby nikt się do Haliny i mojego skromnego majątku ruchomego pod nieobecność naszą nie dobierał, zwłaszcza, że mógłby się poczuć zwiedziony wielce, co z kolei mogłoby zaowocować agresją zgoła niepotrzebną przeciw Bogu ducha winnym przedmiotom wymierzoną.
Kiedyś mój Mistrz Największy, czyli Georges Brassens napisał balladę będącą podziękowaniem dla ... złodzieja! Francuski poeta pięknymi słowami wybaczył przestępcy ogołocenie mieszkania traktując je jako działalność zawodową. Podziękował mu natomiast za to, iż ten pozostawił nietkniętą gitarę - narzędzie pracy artysty.
Dzisiaj inny świat, inni poeci i inni złodzieje. Kradzież godności i dobrego imienia jest na porządku dziennym. Kradzież szczególnie zuchwała. Uderzam w struny gitary. Monsieur Brassens, jaka szkoda, że Pan tak daleko.



17.08.2006

Z pewnym opóźnieniem zajrzałem do mojej Księgi Gości, która stała się czymś w rodzaju malutkiego forum. Urocza Internautka o nicku Zielona Gałązka wybiera się w góry, aby na szlaku do Turbacza, a dokładnie powyżej wsi Harklowa odwiedzić mieszkającą tam Japonkę  Akiko, która w wybudowanej przez siebie chacie gości turystów a na dodatek czyni to w stylu wielce japońskim nie zapominając wdziać kimona.
Przyznam, że jestem tym opisem nieco rozczarowany. Gdyby dzielna kobieta z Kraju Kwitnącej Wiśni paradowała w waciaku i gumofilcach, klęła po polsku jak przysłowiowy szewc, a także serwowała przybyszom upitraszony przez siebie bigos i upędzony osobiście bimber, wtedy mój podziw z pewnością byłby znacznie większy, a nawet powiedziałbym ogromny. Wszystko jednak zdarzyć się jeszcze może, gdyż Polska to zwłaszcza obecnie kraj niewyobrażalnych wręcz możliwości.
Po napisaniu powyższych słów zajrzałem ciekawie na stronę przybytku pani Akiko. Wśród atrakcji pensjonatu polecane są na przykład integracyjne posiady z kapelą góralską w tle, a zatem wszystko idzie w dobrym kierunku. Mogą być jedynie pewne kłopoty z nabyciem wspomnianego przeze mnie odzienia, a także obuwia, ale cóż to może być za problem dla Osoby, która dokonała już tak wiele?



17.08.2006

Günter Grass przyznał, że służył w Waffen SS. Chęć służenia w hitlerowskiej armii wyraził mając 15 lat. Chciał być marynarzem na łodziach podwodnych, ale wojenna maszyneria rzuciła go gdzie indziej. W wywiadzie, którego tłumaczenie czytałem w "Gazecie Wyborczej" Noblista twierdzi, iż chciał wyrwać się z mieszczańskiej atmosfery domu rodzinnego. Potężna musiała być nazistowska propaganda, zaś naiwność młodego wieku bywa wręcz trudna do pojęcia. Noblista Lech Wałęsa twierdzi, że na miejscu pisarza zwróciłby Honorowe Obywatelstwo Miasta Gdańska. Nie potrafię wyobrazić sobie co uczyniłbym na miejscu pana Grassa, natomiast były prezydent RP potrafi. Zastanawia tak długi czas milczenia, ale z drugiej strony pojawiają się informacje, że milczenie zostało dawno złamane. Adam Michnik broni Güntera Grassa przed Lechem Wałęsą, lub też jak pisze w ostatnim zdaniu artykułu Lecha Wałęsę przed nim samym. Zgadzam się z Redaktorem Naczelnym co do treści, jednakże forma argumentacji w rodzaju "odzywa się natychmiast grupa naganiaczy, która wykorzystuje ten akt pisarza do rozpętania nienawistnej nagonki" przypomina mi jako żywo język prof. Legutko.
Poseł Jacek Kurski podobnie jak były prezydent wzywa Noblistę do oddania Honorowego Obywatelstwa. Dziwnie mi ta wypowiedź pachnie próbą prymitywnego uwiarygodnienia swojej wpadki z dziadkiem Donalda Tuska, na zasadzie - patrzaj Narodzie, oto ja - bicz boży na wszelkie nazistowskie zaszłości. 
Dziennikarz "Wprost" stwierdza, iż Zbigniew Herbert był cennym informatorem SB. Przedstawicielka Instytutu Pamięci Narodowej oświadcza, że o żadnej tajnej współpracy uznanego za pokrzywdzonego Poety nie ma mowy. Proszę zwrócić uwagę na różnice tych wypowiedzi. Już sobie wyobrażam linię obrony w czasie ewentualnego procesu zastosowaną przez dziennikarza polegającą na tym, że nie napisał tego co napisał, a nawet, że napisał to czego nie napisał. Korci mnie użycie słowa - pismak, ale nie mogę tego uczynić będąc konsekwentnym w kwestii formy. Gazety zarabiają pieniądze. Plują, gdyż opluwanie przyciąga publikę. Potem nazywa się te wstrętne praktyki korzystaniem z wolności słowa.
"Łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy... żadnej dystynkcji w rozumowaniu...  składnia pozbawiona koniunktiwu" - to oczywiście fragment "Potęgi smaku" Zbigniewa Herberta. Pominąłem "dialektykę oprawców", ale cała reszta niezwykle pasuje do sytuacji.
Jest w ruchu kołowrotu dziejów jakaś upiorna powtarzalność podłości.



12.08.2006

Byłem dzisiaj na zakupach w pewnym supermarkecie. Na półce leżały egzemplarze "Super ekspresu". Jaki jest poziom tego tabloidu, tego mam nadzieję tłumaczyć nie muszę. Ku mojemu zdumieniu zobaczyłem wywiad z księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zalewskim, w którym krakowski duchowny przekonuje do idei lustracji ludzi Kościoła. Śmiertelnie poważne wywody w połączeniu ze zdjęciami gołych panienek na następnych stronach sprawiały dziwaczne wrażenie. Jestem przekonany, że ważne jest nie tylko to co się mówi, ale także w jakim towarzystwie.



12.08.2006

Jest w Piwnicy sala z płócienną, ozdobioną zetlałym malowidłem kopułą pod sufitem. Kiedyś, za dawnych czasów bało tam planetarium i tak właśnie nazywamy to pomieszczenie. Spotkaliśmy się tam wczoraj Przyjaciółmi. Gdzieś tam szalał świat. Słońce wstawało i zachodziło w zależności od miejsca na Ziemi. Ludzie rodzili się i umierali. Terroryści przygotowywali kolejny obłąkańczy zamach. W powietrzu fruwały gołębie i samoloty. Światło gwiazd pędziło niestrudzenie w stronę krakowskiego Rynku. Koty przemierzały tajemne zakamarki miasta. Lustratorzy nie mogli zasnąć myśląc o agentach, zaś agentom spędzały sen powiek myśli o lustratorach.  W Krypcie św. Leonarda płonęła lampka przypominając o Obecności Boga.
Przy stole, na którym wódeczka mrugała do nas perliście toczyły się rozmowy radosne i czułe. Wznosiliśmy toasty za przeszłość i za marzenia, bo tych nigdy zbyt mało. Ogromną niespodziankę uczynił swoim przybyciem z Niemiec Piotr Walewski, znakomity pianista i kompozytor przesławnej Dezyderaty i innych pięknych, piwnicznych pieśni. Tomek Kmiecik, również piwniczny kompozytor i pianista opowiadał o swoich wrażeniach z występu Piwnicy na Festiwalu Opole 81`. Okazało się przy okazji, że w czasie tej niezapomnianej imprezy śpiewaliśmy w chórach Krystynie Prońko i Janowi Pietrzakowi. Nowojorski dorożkarz Zbyszek Żarow bawił wszystkich sardonicznym poczuciem humoru. Robert Hobrzyk piwniczny gitarzysta snuł zawiłe arabeski swoich trafnych przemyśleń na tematy wszelkie. Agata Ślazyk, Beata Czernecka i Ania Fersterówna czarowały uśmiechami i perełkami inteligencji. Sebastian L. Kudas nasz scenograf doprowadzał do łez śmiechu całe Towarzystwo zabawnymi ripostami. To była naprawdę dobra noc. Martwi jedynie fakt wypalenia przeze mnie kilku papierosów, ale jak mówią mądrzy ludzie: na głupotę nie ma rady!
Dzisiaj będą spadać Perseidy. Jestem pewien, iż kilka podniebnych rozbłysków światła to będą uśmiechy Janiny i Piotra. Uśmiech z bardzo daleka.



8.08.2006

Czy należy okazywać radość z powodu zbliżającej się śmierci tyrana? Człowieka winnego śmierci wielu innych ludzi. A może trzeba ograniczyć się do wymownego milczenia, bardzo eleganckiego w formie? Docenić majestat umierania i zmyślić się przez chwilę. Ofiary tyrana z reguły żegnały się życiem w bólu i samotności, której każda sekunda była hańbą dla całego świata. Nie zapominajmy też o strachu, który był z prześladowanymi bez przerwy, a jeżeli znikał to tylko na chwilę, aby powrócić z większą mocą. Strachu o siebie samych i o bliskich. Strachu przed daremnością ofiary. Strachu przed siłą i bezkarnością oprawców. Strachu przed własną słabością i słabością przyjaciół.
Moja Żona uważa, że w entuzjazmie ludzi wiwatujących na ulicach "Małej Hawany" w Miami  jest coś niestosownego, że Fidel Castro i owszem jest potworem, ale pomimo wszystko nie powinno się tak postępować. Nie potrafię przyznać Jej racji. Prześladowani mają święte prawo cieszyć się, a nawet wręcz szaleć z radości. Mają też prawo odrzucić uczucie współczucia i nie przebaczać. Wierzę, że Bóg może otoczyć swoją miłością każdego zbrodniarza,  ale On w odróżnieniu ode mnie może wszystko.



5.08.2006

"Chcę być silny waszą siłą i mądry waszą mądrością". Pod tym hasłem wyborczym Lech Wałęsa wygrał niegdyś batalię o najwyższy urząd w państwie. Obecnie partyjni liderzy zdają się mówić: "chcę być silny waszą słabością i mądry waszą głupotą". Dotyczy to zarówno przeciwników politycznych, jak i nas wyborców. Pustka, coraz większa pustka.



3.08.2006

Nadszedł czas, aby uczynić wyznanie. Tajemnica moja mroczna jest. Tak mroczna, że sekrety faraonów, templariuszy i "grupy trzymającej władzę"  widne się przy niej wydają.
Jestem, co obwieszczam solennie czytelnikiem "Gazety Wyborczej". Przyznam, że mnóstwo mam z tym kłopotów. Pomijam takie drobiazgi, jak inwektywy kierowane pod moim adresem zarzucające wspieranie załganej prasy polskojęzycznej.
 Pojawienie się konkurencji zwanej prześmiewczo jako "Der Dziennik" spowodowało obniżenie ceny Wyborczej, która wcześniej rosła regularnie, zaś Szanowna Redakcja przekonywała mnie czule, iż inaczej być nie może. Fakt ten zaufania nie wzmaga, ale jednak czytam, gdyż obce mi opinie odrzucić potrafię, a tych z którymi się zgadzam jest pomimo wszystko wiele.
Utrapień jest więcej, jak choćby paskudna szata graficzna, o rozmaitych sztuczkach propagandowych nie wspomnę. Wystarczyło zbyt mocne wsparcie Unii Wolności piórem samego Naczelnego, aby partię tę utrupić, co nie oznacza wcale, iż formacja ta była bez winy.
Największy jednak ambaras pojawia się latem. Aby mianowicie czytelników rozbawić drukowana jest każdego roku osobna kolumna o zawartości leciutkiej jak ołowiane buty nurka głębinowego. Nie raz kombinowałem jak owo cudo ominąć, ale trudno jest. Nożyczki na nic, bo na następnej stronie często ciekawy materiał umieszczają, a poza tym nie ośmieliłbym się prosić kogokolwiek o tak wielkie, bo grożące kontaktem z tą pisaniną poświęcenie. Kiedyś zatytułowana była ona "Gazeta na plażę", a obecnie "Gazeta ogórkowa". Nie wiem, która mutacja gorsza, ale z autorami poprzedniej, czyli redaktorami Beresiem i Skoczylasem zdarzało mi się kiedyś pijać wódkę, więc znęcać się nad nimi nie zamierzam. Natomiast redaktor Ogórek na pobłażanie z żadnego powodu nie zasługuje. Pozwolę sobie przytoczyć jego dwa teksty, które jak sądzę uważa za zabawne, a nawet być może zalicza je do trudnego gatunku satyry. Oto one:
W Warszawie kradł Algierczyk z odciętą za złodziejstwo ręką. Zbyt daleko posunięta walka z przestępczością prowadzi do tego, że nie można już potem nikogo złapać za rękę.
Według projektów niedzielę nieczynne będą centra handlowe. Ale w ramach tzw. weekendowego wykonania kary niedziele odsiadywać będzie można w więzieniu. Tylko, dlaczego wszyscy?
Jednym z mądrych w swojej prostocie pomysłów "Wyborczej" jest naigrywanie się z tabloidów. Panowie Bereś i Skoczyłas używają sobie do woli i czynią to z humorem. Niechże więc zabiorą się za dokonania swojego redakcyjnego kolegi, no chyba, że się nie da bo sezon aż tak bardzo ogórkowy.




1.08.2006

Rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. To dobrze, że dana nam jest pamięć. Dobrze, że nie musimy już czytać kłamliwych ksiąg. Dobrze, że władze i media zachowują się z szacunkiem i powściągliwością.
Baczyński, Bojarski, Gajcy, Trzebiński i Inni. Poeci czasu śmierci. Pisali pięknie. Byli zdolni i młodzi. Bardzo zdolni i bardzo młodzi. Tyle w nich było zawadiackiej przekory i marzeń tyle. Tylko czasu mieli niewiele, zbyt mało, aby się zmęczyć i zgorzknieć.
Czytam artykuły, słucham wywiadów. Dominuje przekonanie, że Powstanie było potrzebne. Potrzebne dla nas i dla naszej wolności.
Walki trwały 63 dni. Straty po stronie polskiej to 18 tys. zabitych i ok. 25 tys. rannych żołnierzy, oraz ok. 120-200 tys. ofiar spośród ludności cywilnej. Wśród zabitych przeważała młodzież w tym ogromna większość warszawskiej inteligencji. Po stronie niemieckiej straty wynosiły 17 tysięcy zabitych i 9 tysięcy rannych - podaje Wikipedia.
Pochylam głowę. Wierzę, że Zryw był potrzebny, ale czy był naprawdę konieczny? Odpowiedzi nie ma. Jest pamięć. Pamięć i wiersze.



31.07.2006

Kiedy w ubiegłym bodaj roku ważyła się sprawa obecności red. Lisa na antenie TVN, wtedy przez kraj w oczekiwaniu zastygłym pytania troski pełne biec zaczęły. Co z Najjaśniejszą skoro tak znakomitego komentatora zabraknie? Co z Lisem samym się stanie? Zechce on prezydentem Najjaśniejszej zostać, czy od narodu się w chwili próby odwróci i do jakiegoś CNN dotknięty przystanie? Co wreszcie z TVN będzie, bo bez Lisa w zdradliwym oceanie wolnego rynku zatonąć musi?
Pamiętam, że wypowiedziałem wtedy pogląd taki, iż TVN kupi sobie po prostu innego Lisa, Lis zostanie kupiony przez inny TVN, a bałaganu w Rzeczpospolitej panującego ani to nie zwiększy, ani zmniejszy. Tak też się stało. TVN kupił Lisa o nazwisku Durczok, zaś Lisa kupił TVN zwany Polsatem. Program Pierwszy TVP kupił Durczoka zwanego Gawryluk i wszystko szczerze mówiąc po staremu zostało.
Podobnie będzie i teraz. Szalał detektyw Rutkowski w TVN szalał, jak owa nie przymierzając "rybeczka za wodą". Posłem był, brykami wypasionymi ujeżdżał, giwerą groźnie wymachiwał, bandziorów na glebę rzucał, a gdzie przy okazji obowiązujące w naszym kraju prawo miał, tego wrodzone poczucie taktu napisać mi nie pozwala. Na dodatek wspomniana w kontekście red Lisa, którego rzecz jasna z Rutkowskim nie porównuję o mechanizmie jedynie pisząc, stacja TVN programy z detektywem w roli głównej emitowała przedziwne. Szwindlem każdy odcinek woniał na kilometr, zaś wysoki poziom oglądalności kolejnych edycji świadczył o tym, że delikatnie mówiąc nie jest najlepiej z umysłami moich rodaków.
"Żarło, żarło i zdechło" - mówią o braku reakcji na zgrany do granic możliwości numer estradowe wycieruchy. Siedzi sobie teraz detektyw w więzieniu a społeczeństwo znowu w osłupieniu znieruchomiało następne pytania trwożnie formułując. Co z Najjaśniejszą skoro tak wybitnego obrońcy Jej zabrakło? Co z Rutkowskim samym się stanie? Zechce on jeszcze po takim numerze czymkolwiek w kraju niewdzięcznym się zajmować? Co wreszcie z TVN będzie, bo bez Rutkowskiego w oceanie wolnego rynku utonąć musi?
Spokojnie Kochani! Odpowiadam, oczywisty dla mnie przebieg wydarzeń przewidując. TVN kupi sobie następnego Rutkowskiego i nic się tak naprawdę nie zmieni.
Proponuję jednak dyrektorowi Miszczakowi, aby na chwilę swój więzienny program wznowił. Mógłby wtedy ze swoim pupilem pogadać nie tylko o mafii paliwowej, ale też o rzetelności przekazu medialnego. Oglądalność gwarantowana.
Poza tym gardło wyleczone, ale żeby równowaga w przyrodzie zachowana została moją Żonę taka sama przypadłość złośliwie dotknęła.



28.07.2006

Zapalenie krtani w taką pogodę ma wyraźny posmak perwersji. Przemiła Pani Doktor poza antybiotykiem zaleciła ostrożność, siedzę, więc w domu i w bezsilnej złości powarkuję czasem w stronę Małżonki. Czynię to jednak ze zrozumiałym umiarem licząc czas do zakończenia kuracji. Pisać się nie chce, grać się nie chce, a śpiewać nie wolno.
- Przede wszystkim nie gadaj - powiedziała do mnie kiedyś przy okazji podobnej dolegliwości Elżbieta Towarnicka, sopranistka zjawiskowa - Nie gadaj, chociaż wiem, że to dla Ciebie wielka męka.
Tak, więc nie gadam i kombinuję w milczeniu jak piękny byłby świat, gdyby niektórzy ludzie od czasu do czasu dotknięci bywali niemożnością komunikowania się z innymi. Piszę to ja - poeta walczący przez całe lata z cenzurą.
Znajomy z mojego ulubionego czata Pan Zbigniew z Łodzi zechciał zamieścić w Księdze Gości link, pod którym znajduje się teledysk piosenki kapeli Big Cyc traktujący o ataku klonów. Kliknąłem i nic mnie nie zaskoczyło. Prymitywna pioseneczka wymierzona w braci Kaczyńskich mieści się precyzyjnie w estetyce lidera grupy, niejakiego Skiby, którego życiowym sukcesem było pokazanie gołego tyłka premierowi Buzkowi. Na początku video-clipu pojawia się rzecz jasna kaczka w koronie i napisy takiej oto treści: "Emisja tego filmu została zabroniona w IV RP", oraz "Pamiętaj, że oglądasz go na własną odpowiedzialność". Łopatologiczna nachalność tego przesłania nasuwa podejrzenie, czy aby nie jest to przewrotna reklama rządzących naszym krajem Bliźniaków.
W ostatniej "Polityce" opatrzony komentarzami ranking posłów. Czytałem przecierając oczy ze zdumienia. Dowiedziałem się, że panowie Cymański, Kalisz, Kuchciński i Sawicki to wartościowi parlamentarzyści. Jakaż musi być mizeria w naszej legislaturze, skoro można dojść do takich wniosków.
Świeżo wybrany szef radiowej "Jedynki" - Marcin Wolski miał powiedzieć pod koniec lat 90: - "Jeżeli satyryk uważa, że przykłada równo wszystkim, to jest to kretyn, nie satyryk. Bo człowiek z racji swej biografii, uwarunkowań rodzinnych ma określone poglądy. Uważam siebie za satyryka centroprawicowego".
Cieszę się, że nie jestem satyrykiem. Jestem poetą. Oburza mnie głupota niezależnie od partyjnej przynależności głupca. Zbigniew Herbert powiedział kiedyś, że obowiązkiem poety jest pisanie prawdy. Takie proste, a jednocześnie tak trudne do zrozumienia.
Ministerstwo Obrony Narodowej chce przywrócić tabliczki z napisem "zakaz fotografowania" umieszczane na rozmaitych, niezwykle ważnych obiektach. Kolejna moja ballada z czasów realnego socjalizmu nabiera aktualności. Dodaję ją do tekstów piosenek życząc ciekawej lektury.



24.07.2006

W sobotę odwiedziliśmy Anię i Kazia Barczyków w podkrakowskich Zagórzanach. Ania przyjmowała życzenia imieninowe, zaś Goście ugoszczeni zostali serdecznie, a przyznać należy iż Persony zjechały się znakomite. Jadła wyśmienitego mnóstwo a i trunków wszelakich dostatek wielki. Wielką furorę zrobiła stołowa kaskada płynnej czekolady, w której łasuchy obu płci zanurzały owoce rozmaite, aby je potem spałaszować ze smakiem.
Razem z Haliną wręczyliśmy Solenizantce pluszaka niezwykle realistycznie udającego łasicę, a raczej tchórzofretkę z obrazu Leonarda da Vinci. Uznaliśmy, że prawdziwa Dama bez łasicy obejść się nie może. Było też trochę piwnicznie, gdyż piętnaście lat temu zagórzańska posesja państwa Barczyków przeżyła widowiskowy najazd artystów słynnego Kabaretu z Miasta K. Byłem w tej ekipie, a nawet pozostałem do dnia następnego. Sobotnie popołudnie, wieczór i część nocy upłynęły na rozmowach eleganckich, spacerach wśród zieleni i na owym zachwycie, który przynoszą chwilę zwolnienia tempa życia.



22.07.2006

No i proszę! Długo nie trzeba było czekać. Malownicza podwójność naszej Władzy Najwyższej sprzyja spełnianiu się prognoz politycznych. Czego bowiem jeden z panów Kaczyńskich nie wypowie, to drugi z pewnością pośpieszy uzupełnić W dzisiejszym Dzienniku Pan Prezydent ogłasza ponurą możliwość przegrania bitwy o Polskę. Za ten stan rzeczy obwinia jakże by nie świat naszych elit, które "często nie biorą pod uwagę interesu narodowego". Elegancko, bez słówka "łże", ale moc wypowiedzi okrutna.  Prorok ze mnie narodowy, czy jakie inne dziwo?



22.07.2006

Kończy się przesadnie wręcz bogaty w wydarzenia tydzień. Od paru dni mam przed oczami obraz zdjęcia wydrukowanego na pierwszej stronie Gazety Wyborczej. Zdjęcie to przedstawia dwie izraelskie dziewczynki wypisujące mazakami na pociskach artyleryjskich swoje przesłanie do terrorystów Hezbollahu. Dziecko chce śmierci złych ludzi, ale czy to samo dziecko chce również śmierci innych dzieci? Przerażająca to wizja. Czterej Jeźdźcy Apokalipsy gnają przez świat. Ich imiona to: Wojna, Zaraza, Głód i Śmierć. Za nimi podąża ochoczo Jeździec Nienawiści, aby zbierać obfite żniwo.
Holandia zadziwiona i wstrząśnięta orzeczeniem sądu, który orzekł, że nie można zakazać działalności partii dążącej do drastycznego obniżenia granicy wieku zgodnego z prawem współżycia płciowego. Sąd uzasadnił swój wyrok stwierdzając, że partia ta będąc z natury  pedofilska nie nawołuje jednak do łamania prawa, ale postuluje jego legalną zmianę. Przyznam, że czegoś równie kuriozalnego nie czytałem już dawno.
W Polsce inne moce fatalne poczynają sobie coraz śmielej. Pan premier Kaczyński zawarł w swoim expose pewne elementy, na które zwróciłem uwagę w moich zapiskach. Będą mieszkania i autostrady. Będzie lustracja i parę innych przyjemności. Nie wspomniał natomiast pan premier o łże-elitach, do których jak sądzę mam zaszczyt się zaliczać, ale spokojnie, spokojnie, albowiem piorun niechybnie uderzy w odpowiedniej chwili.
W Sejmie przepychanki nad projektem nowej ordynacji wyborczej. Opozycja nie głosuje. Brakuje kworum. Wsławiony blokowaniem mównicy sejmowej wicepremier Lepper pomstuje na obstrukcyjne działania przeciwników. Uważam pomysł wprowadzenia nowego typu bloków list wyborczych w wyborach samorządowych za skandaliczny, a moment jego wprowadzenia za skrajną bezczelność. Do tego posłowie PiS z obłudnymi minami sugerują Platformie tworzenie bloków z SLD, co rzecz jasna zostałoby natychmiast wykorzystane jako zarzut ideologicznego przefarbowania PO.
Żeby było całkiem wesoło Gazeta Wyborcza popełniła niezłą gafę sugerując, że Prefekt Kongregacji ds. Wychowania Katolickiego kardynał Zenon Grocholewski będąc w Toruniu celowo ominął Radio Maryja, oraz Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej ojca Ryzyka. Cóż uczynił Książę Kościoła? Ano miejsca wspomniane natychmiast odwiedził mówiąc przy tym otwarcie, że przyczyniła się do tego swoim materiałem właśnie Gazeta Wyborcza, w której odwiedziny opisano powodu rzecz jasna nie podając.
Na szczęście mamy Internet i to jest naprawdę optymistyczny finał mojego dzisiejszego pisania. Podpisałem dostępny w sieci apel do Prezydenta Rzeczpospolitej w sprawie ratowania Doliny Rospudy. Poza tym na trawniku przed blokiem pożółkła trwa zaścielona mnóstwem pożółkłych liści. Zupełnie jakby Ktoś mówił cichutko - uważajcie!



21.07.2006

Upał. Asfalt topi się jak masło na patelni. Ciekawe, że autostrady w Kuwejcie budowane przez polskie firmy wytrzymały nie tylko tamtejsze temperatury, ale także przejazdy irackich czołgów. Gdyby naszymi drogami spróbowały się teraz przemieszczać kolumny pancernych pojazdów, to niechybnie przykleiłyby się natychmiast.
Nieopodal naszego osiedla trwa nielegalna według wszelakiej maści mediów budowa wiaduktu. W Księdze Gości imponująca awantura rozwija się nadal. Niczego nie usuwam. Czytam zafascynowany. Może jutro coś więcej napiszę. Może. 



18.07.2006

Wakacyjny czas rozleniwia, stąd pewne zaniedbania w pisaniu bloga. Tymczasem oszalały świat znowu bierze niebezpieczny zakręt. Sytuacji na Bliskim Wschodzie nie da się nazwać inaczej niż wojną. Ofiary wśród ludności cywilnej. Kolejny przykład rozziewu pomiędzy perspektywą władzy, a perspektywą ulicy.
Spotkanie w Petersburgu udowodniło po raz któryś z rzędu, że liczy się ropa i gaz, a ponadto jeszcze ropa i gaz. Prezydent Stanów Zjednoczonych życzył prezydentowi Rosji postępów demokracji i wolności słowa na wzór tej wprowadzanej w Iraku. Prezydent Rosji z uśmiechem wytrawnego gracza ten pomysł odrzucił. Rosyjskie czołgi będą zatem nadal mogły odbywać rajdy po Czeczenii. Ropa i gaz.
Odebrałem dzisiaj nowiutki paszport. Okładkę zdobi napis: Unia Europejska, Rzeczpospolita Polska. Niekontrolowany, a tragiczny bieg wydarzeń w różnych miejscach naszego globu sprawia, że aż trudno uwierzyć w dar pokoju dany Europie.  
W Polsce natomiast kolejne cuda i dziwy. Obecność w prasie, radiu i telewizji nakręca znaczenie polityków. "Wierzący narobi zła, a potem się wyspowiada i cześć" - obwieszcza w materiale na swój temat opublikowanym przez Gazetę Wyborczą posłanka Senyszyn. Wydawałoby się naiwnie, iż tego typu bezdennie głupie stwierdzenia powinny powodować pustkę medialną wokół osoby je wypowiadającej. Jak się na tym przykładzie okazuje nic bardziej mylnego. "Wildstein kombinuje. Zatrudnia w kolegów. Podwyższa im pensje" - grzmi wicepremier Lepper. Mam nadzieję, że szef Samoobrony zmyśla, jeżeli zaś nie zmyśla, to Drogi Bronku naprawdę nie tak miało być.
Lato i słońce. Nielicha awantura w Księdze Gości na mojej stronie. Prom kosmiczny powrócił szczęśliwie. Sinusoida wiadomości. Jak zawsze.



11.07.2006

Pamiętam te chwile radosne, kiedy nasz uroczy kraj podążać zaczął w kapitalistyczne obszary. Przeczytałem wtedy stwierdzenie, którego sens był taki, że polityka można wykreować w identyczny sposób jak czyni się to z nowym proszkiem do prania. Dziwiłem się potem, dlaczego to oprócz disco-polowych pląsów Aleksandra Kwaśniewskiego (niekoniecznie magistra) żaden inny pomysł reklamopodobny do końca nie chwycił. Jakieś gwiazdy i gwiazdeczki sezonu na firmamencie spraw publicznych się pojawiały, ale o ile środki piorące kupowano nadał, o tyle w kwestiach politycznych bieda z nędzą była żałosna. Zawsze coś zgrzytało, jęczało i piszczało nawet, czego najlepszym dowodem klęska AWS i klęska do kwadratu SLD.
Aż tu niespodzianka, czyli Premier Kazimierz. Okazało się, że aby naród w zachwyt wpadł niespotykany wystarczy do kamery parę uśmiechów posłać, kilka sloganów gładkich wygłosić, słowa przepraszam użyć mimochodem, w kościele uklęknąć i na studniówce zatańczyć. Nie mieli więc racji spece od reklam, ponieważ stosując tak ubogi zestaw środków medialnych nie udałoby się z pewnością wypromować nowego proszku ani niczego podobnego. Teraz zaskoczone biegiem wydarzeń społeczeństwo daje wyraz swojej złości w sondażach. Taki miły był - prawie łkają obywatele w materiałach prasowych, radiowych i telewizyjnych.  - Taki miły!
Chciałbym powiedzieć, iż wolę zamianę z miłego na niemiłego, który potrafi sensownie rządzić, ale mam wielkie obawy, że moje patriotyczne pragnienie  tym razem się nie spełni.



10.07.2006

Lech Wałęsa powiedział, że Kazimierz Marcinkiewicz okazał się niezłym premierem. Były prezydent jest w stanie komplementować każdego, pod warunkiem zrobienia w ten sposób przykrości któremuś z braci Kaczyńskich. W wypowiedzi było też coś o nieczystej grze i strzelaniu zza węgła, a zatem nic nowego. Premier Marcinkiewicz był premierem fatalnym, a nawet zaryzykuję twierdzenie, iż nie tyle był szefem rządu, ile specyficznym zjawiskiem medialnym. Nieśmiała próba samodzielnego działania spowodowała jego łatwą do przewidzenia dymisję. Teraz sytuacja wydaje się prostsza. Nie będzie sterowania z "tylnego siedzenia", bo trudno w ten sposób kierować samym sobą. Teraz czas na obiecaną w kampanii wyborczej obniżkę podatków skutkującą wypełnieniem lodówek i masowymi zakupami pluszaków. Ponadto należy w końcu  rozpocząć dzieło budowy trzech milionów mieszkań i setek kilometrów autostrad. Najważniejsze zaś co nas czeka to rychłe rozliczenie wszelakiej maści afer, lustracja i dekomunizacja, a w każdym razie bardzo wiele gadania na wszystkie te tematy.  Do dzieła panie premierze. Do dzieła.



7.07.2006

Na początek cytat-zagadka. "Ta liczba inwektyw i bluzgów, jakie zostały wyemitowane, pokazuje stan silnego niezrównoważenia,a przede wszystkim niezdolność do zachowania umiaru i analitycznej rzetelności". Któż jest autorem tej lekkiej jak piórko myśli? Władysław Gomułka perorujący w Marcu 1968 roku? Edward Gierek potępiający warchołów z Ursusa i Radomia w roku 1976? A może Jerzy Urban grzmiący na podziemną Solidarność czasie stanu wojennego? Pomyłka! Otóż słowa te napisał prof. Ryszard Legutko rozprawiając się z łże-elitami, które nie dość, że ośmielają się myśleć inaczej niż PiS, to na dodatek mówią o tym otwarcie. Artykuł napisany jest wyjątkowo knajackim językiem. Pan Profesor zarzuca dyżurnej sile konserwującej układ III RP, czyli inteligencji zgrupowanej rzecz jasna przede wszystkim w Platformie Obywatelskiej brak konkretów, sam nie przytaczając żadnego. Jedyne, co cieszy w tym słowotoku, to niezwykła wręcz szczerość.
Przytaczam następny cytat na potwierdzenie mojego spostrzeżenia. "To prawda, że kampania PiS nie zawierała wyraźnych sygnałów przychylnych inteligencji. Brak takich sygnałów nie był jednak manifestacją antyinteligencką, lecz konsekwencją prostego faktu, że to nie dzięki głosom inteligencji wygrywa się wybory". Mógłbym cytować całe mnóstwo podobnych sformułowań, ale nie uczynię tego, ponieważ inny problem zaprząta moją uwagę.
Nawiasem mówiąc omawiany tekst otrzymałem pocztą od Znajomego, który na punkcie PiS-u zwyczajnie oszalał, ale zapomniał napisać, z jakiej gazety ten materiał pochodzi. Jestem pewien, że za życia Piotra coś takiego natychmiast zostałoby w Piwnicy zaśpiewane.
W telewizji lata sobie jak śliczny motylek reklamówka chwaląca dokonania partii Braci Kaczyńskich. Wynika z niej jednoznacznie, że żyjemy teraz w kraju bezpieczeństwa i dobrobytu. Rozumiem więc, że profesor Legutko nie musi jako senator zaprzątać sobie głowy legislacyjnymi bzdurami skoro jest aż tak wspaniale.
Wreszcie cytat trzeci, w którym zawarta jest istota inteligencji właśnie. Inteligencji, która: "Nie jest grupą ani na tyle liczną, ani na tyle jednorodną, ani wreszcie na tyle wiarygodną, by należało ją wyróżniać". Mój Znajomy nie musi być wiarygodny w kwestiach polityki, gdyż nie pobiera wynagrodzenia parlamentarzysty, natomiast senator Legutko na zdrowy rozum powinien, ale jakoś nie potrafię odnaleźć tego stanu umysłu w jego wynurzeniach.



6.07.2006

Pan Prezydent był chory. Pan Prezydent nie pojechał na szczyt Trójkąta Weimarskiego. Pan Prezydent zdenerwował się chamskim artykułem w niemieckiej gazecinie. Kiedy Pan Prezydent się denerwuje, wtedy ma kłopoty z dykcją, mimiką i koncentracją.
Nie tylko Pan Prezydent ma w chwilach zdenerwowania rozmaite kłopoty z samym sobą, ale tylko Pan Prezydent może odwołać swoją obecność na szczycie.
Jeżeli zatem chociażby ułamek prawdy tkwi w twierdzeniu, iż istotną przyczyną choroby Pana Prezydenta, oraz Jego absencyjnej decyzji był wspomniany materiał, w niewymienionym przeze mnie z tytułu szmatławcu, to znaczy, że jest o wiele gorzej niż można przypuszczać.



3.07.2006

Za kulisami Kabaretu usłyszałem taki oto dowcip: Co porabia obecnie trener Janas? Przygotowuje następny plebiscyt na ulubioną piosenkę Piwnicy pod Baranami!



30.06.2006

Wczorajszy koncert w Ogrodach Muzeum Archeologicznego. Moje wielkie niedowierzanie, że dotrwaliśmy do 50-lecia. Dojmujący żal, że nie ma z nami Piotra i Janiny Garyckiej. Pewnie z odległych światów spoglądają na nas z uśmiechem. Wierzę, że tak jest.
Na scenie Sebastian L. Kudas i Staś Eckhardt wyczarowali nieistniejące już dzisiaj mieszkanie Janiny przy nieodległym Placu na Groblach. Śpiewałem tam kiedyś wielokrotnie, więc na scenie czułem się tak, jakbym wsiadł do czarodziejskiej maszynerii zakrzywiającej czasoprzestrzeń. Zabrzmiała "Malownicza wyliczanka" niebezpiecznie wręcz aktualna i "Dla Janiny" - ballada, którą darzę szczególnym sentymentem.
Cały koncert solennie długi i równie solennie telewizyjny. Ponadto wzruszające rozmowy w trakcie eleganckiego rautu z dawno niewidzianymi Przyjaciółmi. Nawet deszcz był dla nas życzliwy i nie naprzykrzał się specjalnie, chociaż nie mógł nie odwiedzić tak pięknego spotkania. Świt zastał najwytrwalszych w naszym kochanym Vis a Vis. Płaszczyzna Rynku błyszczała po deszczu "jak jezioro rtęci". Gołębie szybowały w powietrzu niosąc daleko nasze dobre myśli.



28.06.2006

W telewizji hip-hopowa piosenka o Czerwcu 56. Płyciutka i marna po prostu. Nie jest to kwestia gatunku, ale braku talentu.



28.06.2006

27 czerwca 2006 roku. Godzina 22. Poznań, moje rodzinne miasto. Dziedziniec Kościoła Dominikanów. Mała scena. Jako tło wielka płaszczyzna białego płótna, na której wypisane zostały hasła Czerwca 1956. Wszędzie zapalone lampki. W takiej scenerii zagrałem jeden z ważniejszych dla mnie recitali. Organizatorem był Związek Harcerstwa Rzeczpospolitej. Młodzi ludzie włożyli w to przedsięwzięcie wiele pracy. Dobrzy aniołowie byli z nami, gdyż nawet niezbyt wydawałoby się dobra aparatura nagłośnieniowa zadziałała świetnie dzięki talentowi akustyka. Za czasów niesławnej pamięci poprzedniego systemu zdarzało mi się grać we wnętrzu gościnnej, dominikańskiej świątyni. Teraz dziedziniec. Przestrzeń i wolność. Wspomnienia i próba opisu dzisiejszej rzeczywistości. Niezwykle życzliwa Publiczność. W gęstniejącym zmierzchu snułem swoje ubrane w muzykę opowieści. Pod koniec "Malowniczej wyliczanki", ostatniej ballady wieczoru zaczął padać deszcz zapowiadany przez wcześniejsze grzmoty i błyskawice. Dokończyłem piosenkę, zaś słuchający mnie licznie zgromadzeni na widowni nie opuścili koncertowej przestrzeni, ale długo bili brawo stojąc w podcieniach. Dziękuję Wam Kochani.



26.06.2006

Szalone dni. O upale pisać nie będę, aby się diabeł jeszcze bardziej nie rozbestwił. W piątek recital, o którym już napisałem. A sobotę natomiast usprawiedliwiona nieobecność Piwnicy. Zagrałem wieczorową porą recital na Rynku w Dynowie. Przede mną wystąpił zaprzyjaźniony z Kabaretem Marek Pyś z Przyjaciółmi. Zaprezentowali bardzo udaną adaptację opowiadania Wiesława Dymnego - "Oskarżony - Wilem Rusin". Spektakl pokazywany już był w naszych piwnicznych progach i mam nadzieję, że jeszcze tam zagości gdyż piękna to robota i bardzo bliska klimatowi Dymnego.
W trakcie mojego występu zmierzch gęstniał coraz bardziej i coraz piękniej. Nieopodal San błękitniał i błękitniał ukontentowany reakcją Dynowian i Przybyłych na moje ballady i opowieści. Warto grać kiedy Publiczność tak wrażliwa. Na koniec niekłamane oklaski na stojąco. Pani Burmistrz i Pani Dyrektor Domu Kultury na kolację zaprosiły zadowolone bardzo, ale ja pędzić z powrotem do Krakowa musiałem, gdyż w południe dnia następnego zgrałem w Piwnicy recital dla uczestników, jurorów i gości Przeglądu Recytatorskiego Poezji Rosyjskiej. Pomimo dziwnej jak na nocnego Marka pory grało mi się cudownie. Jako laureat medalu "Mickiewicz-Puszkin" starałem się bardzo. Parędziesiąt minut później autobusowa podróż do Rzeszowa. Tam na ulicy 3-Maja koncert Piwnicy pod Baranami przyjęty entuzjastycznie. Miłe przyjątko w Oddziale Banku PKO-S.A. i o drugiej w nocy z powrotem zagościliśmy w Krakowie.
We wtorek nocą przedstawię swój recital w Poznaniu w ramach obchodów Poznańskiego Czerwca. Opiszę wszystko jak tylko wrócę.



24.06.2006

Zagrałem dzisiaj w Piwnicy jubileuszowy recital. Znakomita Publiczność sprawiła, że występowałem z wielkim wzruszeniem i entuzjazmem.
Zanim uderzyłem w struny dowcipną, piwniczną laudację wygłosił Marek Pacuła. Słuchałem Jego słów wspominając piękne chwile, które przydarzyły mi się w związku z Kabaretem i nie tylko.
Potem śpiewałem, grałem i opowiadałem. Perfekcyjny dźwięk Romana Kawalca i poetyckie światła Łukasza Filaka sprawiły, iż mogłem skupić się wyłącznie na recitalu. Wszyscy czuliśmy obecność Dobrych Aniołów. Na koniec bisy, gratulacje, kwiaty, a także urocze prezenty. Niezawodni Ania i Kazimierz Barczykowie przynieśli tacę kruchych ciasteczek w kształcie gitar. Zostały zjedzone do ostatniego okruszka.



17.06.2006

Kiedyś było tak: zima, wiosna, przedwiośnie i lato. Teraz mamy zimę, przedlecie kapryśne i krótkie, oraz natychmiast, bez żadnych wstępów lato. Przedwiośnia nie ma, zaś wiosna tak nieśmiało się pojawia, jakby Mamusia Natura przekonania do niej żadnego nie miała. Jak widać przy okazji tych rozważań wykombinowałem nowe słowo, z czego jestem niezmiernie dumny. Świat zaczyna wariować - powiadam dzisiaj. Świat zaczyna wariować - mówili ludzie na wiele, wiele wieków przede mną. Jakże, więc nie tęsknić za czymś stałym, a nawet rzekłbym bez ogródek niezmiennym. Okazuje się niestety, że najwierniejsza towarzyszka dni naszych to miłościwie panująca od zawsze głupota. Jak nie w polityce, to się w sporcie cholera jedna przyczai i rządzi, aż się kurzy dookoła. Żeby zaś było weselej, to o politykę w tej właśnie dziedzinie chodzi. Politykę medialną.
Cóż, bowiem robili i robią zawodnicy, a także ich trenerzy wszystkich, powtarzam wszystkich biorących w mundialu reprezentacji, oprócz naszej? Ano wywiadów na prawo i lewo udzielają, na konferencjach prasowych uśmiechnięci wielkie plany snują, z kibicami fotografują się do upadku, a na dodatek bramy stadionów otwierają szeroko, aby gawiedź piłkę nożną kochająca mogła się grą swoich ulubieńców do woli nasycić nie tylko w czasie meczów.
Tymczasem nasze orły podniebne, a raczej przytrawne z autobusów wysiadają z takimi minami, jakby na szafot byli prowadzeni. Trener panisko ze złego snu coś burczy pod nosem, ale najgorsze jest, że nawet taki laik jak ja z burczenia tego rozumie, iż sensu ono nie ma za grosz. Treningi utajnione. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Huraganowy doping nie wystarczył, zaś aniołowie futbolu z nieba na pomoc nie przybyli, zatem walizki należy pakować. Wypadałoby pokornie bez hałasu, a tymczasem niespodzianka. Trener o dymisji nie myśli, bo niby, dlaczego miałby się nad taką ewentualnością zastanawiać, skoro on geniusz najpierwszy z najpierwszych. Szef związku od piłki siermiężnie skopanej też się do winy żadnej nie poczuwa i tylko czekać, aż zawodnicy głowy poniosą chwałę swoją głosząc niebotyczną.
Nic na to nie poradzę, ale okoliczności zmuszają mnie do zacytowania fragmentu mojej własnej piosenki pod tytułem "Wieża paradoksów". Oto on:

Głupoto Głupoto - coś Ty za panienka
Że wszelkim miernotom wydajesz się piękna
Że co dzień z ochotą noszą Cię na rękach
Głupoto Głupoto - coś Ty za panienka...

Poza tym wszystko po staremu. Jacek Kurski obwieścił światu straszliwą tajemnicę tuskowych billboardów. Co to ma wspólnego z głupotą? To, że facet, którego szczerze nie cierpię przesadził drastycznie, co w kraju Prawa i Sprawiedliwości jest absolutnie niedopuszczalne. Prezes Kaczyński niewątpliwie srodze go za to ukarze i nie tylko prezes. Głupie to? Niestety bardzo głupie. 




15.06.2006

Nikt nie przepada za przyznawaniem się do popełnianych błędów. Ja także, ale pomimo wszystko uczynię to. Otóż w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych głosowałem  na Piotra Boronia, który został senatorem z listy Prawa i Sprawiedliwości.
Zapyta ktoś słusznie w jaki sposób ten polityk zawiódł tak bardzo moje zaufanie, że uznałem za konieczne, aby o tym napisać. Sprawa jest niezwykle prosta. Znany mi osobiście i niezwykle sympatyczny Piotr Boroń  jest kandydatem PiS na prezydenta Krakowa. W przypadku powodzenia oznacza to wybory uzupełniające do senatu, co stanowi twórcze uzupełnienie wyborczego hasła tej partii w dążeniu do realizacji założeń tak zwanego "taniego państwa". Żeby nie było żadnych wątpliwości jest to bardzo droga zabawa, która na dodatek odbędzie się w trakcie trwania kadencji małopolskiego parlamentarzysty. Za chwilę dowiemy się z pewnością, że to wszystko dla dobra nas Krakowian, że takie są mechanizmy demokracji, że podejrzane skakanie ze stołka na stołek żadnym skakaniem, a zwłaszcza podejrzanym nie jest, ale zwyczajną drogą w karierze polityka. Nie jest wykluczone, że przytoczone zostaną nawet pamiętne słowa Jana Pawła II, w których nawoływał żarliwie do traktowania polityki jako roztropnej troski o dobro wspólne.
Piotr Boroń był ministrantem i lektorem, ja też byłem ministrantem i lektorem. Czytaliśmy to samo Pismo, a jednak,  jak się okazuje inne zasady postępowania są dla nas istotne. Mandat otrzymany w trakcie wyborów jest formą umowy ze społeczeństwem. Umów należy dotrzymywać. Okazuje się, że niekoniecznie.



13.06.2006

Zdobywca Oskara powiedział, że Pani Nina jest szkodnikiem, bo nikt tak jak ona nie zaszkodził polskiej kulturze. Zdobywca wprawdzie nigdy wspomnianej nagrody nie zdobył, ale często mówił, że owszem. Taka sobie autopromocja, można by powiedzieć, gdyby się chciało właśnie to powiedzieć.
Pani Nina wypromowała Czerwonowłosego, który jest teraz Zielonowłosy. Nazwał on sam siebie nie tak dawno temu estradową prostytutką, z którym to określeniem nie ośmielam się w żaden sposób polemizować. Zielonowłosy bronił w udzielonym przez siebie wywiadzie Pani Niny atakując Zdobywcę Oskara. Nazwał go jak mi się zdaje chamem, czy też użył podobnego określenia. Dokładny cytat znaczenia nie ma najmniejszego biorąc pod uwagę poziom tej pyskówki. Na dodatek stwierdził stanowczo, że obrażając Panią Ninę Zdobywca obraził także milionową rzeszę jego fanów.
Zasięg rażenia głupoty jest wręcz niewyobrażalny. "Ta parada zmieni oblicze ziemi, tej ziemi" - uznała za stosowne pokrzykiwać w czasie Marszu Tolerancji posłanka Senyszyn z SLD. Obecny w czasie manifestacji dziennikarz Gazety Wyborczej jakoś dziwnie faktu tego nie odnotował, zaś przedstawicielka polskiego parlamentu nie dostrzega w swoim postępowaniu niczego nagannego. Bardziej zresztą zastanawia mnie mentalność jej wyborców. Posiwiałe włosy stają mi dęba. Kaligula wprowadził do senatu konia, ale uczynił to terroryzując senatorów. Tutaj wszystko odbyło się zgodnie z demokratycznymi normami. Płyty Zielonowłosego ludziska kupują i nikt nad nimi z karabinem maszynowym nie stoi. Zdobywca Oskara bredzi gdzie się da i zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie mu służył mikrofonem i anteną. Sami więc reżyserujemy to idiotyczne w formie i treści przedstawienie. Dla siebie i o sobie. Nie mamy natomiast żadnego wpływu na poczynania Trenera od piłki kopanej, oraz jego ambitnych podopiecznych. Tak dobrze jeszcze nie ma. 
 



12.06.2006

Brak kolejnych wpisów nie jest wynikiem mojego lenistwa. Byłem przez parę dni w Raciborzu. Zaprosiła mnie nieoceniona pani Dyrektor Młodzieżowego Domu Kultury - Elżbieta Biskup. Odbywał się tam piąty już Festiwal Ekologiczny Piosenki i Wiersza dla dzieci i młodzieży szkolnej. Miałem przyjemność przewodniczyć obradom jury konkursu wiersza. Pracowałem z Jerzym Biskupem i dr Sławomirem Janowskim, znawcami pięknego słowa. Ponadto uczestniczyłem w pracach jury oceniającego piosenki. Naszemu gremium przewodniczyła czarując wdziękiem i wiedzą śpiewaczą pani profesor Mirosława Kapnik, ponadto młodych artystów oceniała również urocza koneserka śpiewu chóralnego pani Barbara Stanisz i pan Waldemar Patlewicz, reżyser telewizyjny, który potem skonstruował świetny koncert galowy.
Poziom znakomity. Młode artystki i artyści śpiewali bezpretensjonalnie i z wielkim sercem. Poetki i poeci ujmowali wrażliwością i trafnością obserwacji. Prawie wszyscy ominęli niebezpieczne pokusy zbyt dosłownego opisywania problemów związanych z ekologią. Szkoda tylko, że w większości podkład muzyczny stanowiły nagrane na płytach komputerowe dźwięki, ale wierzę, że moda na radosne, żywe granie powróci.



6.06.2006

Widziałem w telewizji Krystynę Jandę. Wystąpiła w popularnym programie rozrywkowym. W zasadzie wszystko się zgadzało, bo gdzie pojawiać się powinna Wybitna Aktorka, jeżeli nie w telewizji? Słuchałem, patrzyłem i w pewnym, trudnym do precyzyjnego określenia momencie dziwne sztuczki zaczęły się z moja nieszczęsną percepcją wyprawiać. Wątpliwości opadły mnie ogromne, a zaskakujące. Nie byłem do końca przekonany kogo właściwie podziwiam. Pewności nie miałem, czy Aktorkę Wybitną, czy też Parodystkę Aktorki Wybitnej, która w tymże samym programie często uciesznie Panią Krystynę naśladuje. Powie ktoś, że żarcikami tutaj się popisuję zgoła niepotrzebnymi i czepiam się w sposób bezczelny, bo i Aktorka-Aktorka świetna i Aktorka-Parodystka znakomita, pozostanę jednak przy swoim o pewnym szczególe wspominając. Rolę Krystyny Jandy zagrała tego wieczoru tylko jedna z Pań, a ja zaś doprawdy im dłużej o tym myślę, tym bardziej nie mam pojęcia Która z Nich to była.



5.06.2006

Wczorajsza Noc Kabaretowa była dla mnie szczególnie nostalgiczna. Czułem się jakby kapryśny czas dziwny zawijas wykonał, aby to i owo przypomnieć.
W okolicach trzeciego czerwca 1986 roku przyjechaliśmy z Londynu, gdzie korzystając z nieocenionej pomocy naszego Piwnicznego Gitarzysty - Roberta Hobrzyka zakupiłem za potworną na ówczesne czasy kwotę liczoną w funtach angielskich gitarę Alhambra 5P, na której gram do dzisiaj.
Przed paroma minutami skończył się Festiwal Opolski, gdzie w roku 1981 otrzymałem jedną z głównych nagród. Wspominałem te ważne dla mnie wydarzenia popijając wódeczkę z Haliną i Przyjaciółmi, bo na dodatek obchodziłem imieniny, nie mogło się zatem w czasie występu obyć bez piosenki pt. "Fatalne skutki pewnego bankietu", zaczynającej się od kultowej frazy, czyli "aleśmy popili". Ogromnie ucieszyła mnie obecność prof. Andrzeja Gaberle, Przyjaciela i Mentora, oraz przybyłego z Warszawy Serdecznego Koleżki - mecenasa Jurka Pałgana. Pojawił się także Zbyszek Paleta - Skrzypek Czarodziej i Janusz Grzegorczyk - Czarodziej Lekarz. Pierwszy wprost z Meksyku, drugi ze Skandynawii Jak za dawnych, dobrych czasów pośpiewałem trochę poza sceną, nie zapomniawszy wcześniej złożyć życzeń Tamarze Kalinowskiej - również Solenizantce.
Na koniec tego wpisu potwierdzam, że robaczek-meloman faktycznie pojawił się niespodziewanie w trakcie mojego recitalu i został przeze mnie potraktowany z czułą łagodnością, której jakoś nie potrafię znaleźć w sobie po obejrzeniu opolskiego widowiska i próżności targowiska.



29.05.2006

Kiedy Benedykt XVI pochylał się wczoraj pokornie w Auschwitz-Birkenau nad prochami niewyobrażalnie wielu ofiar nazizmu czułem, że dotykamy wspólnie spraw ostatecznych. Pytania - "Gdzie był Bóg w tamtych dniach? Dlaczego milczał?" prowadzą na granicę możliwości ludzkiego pojmowania, poza którą albo czarne zwątpienie, albo też wiara niewzruszona czeka. Należy prosić Boga żarliwie o ten dar bezcenny, jeżeli go, bowiem brakuje, to wtedy nie ma żadnych, powtarzam żadnych możliwości ograniczania zła ukrytego podstępnie w każdym z nas.
Wiatr wiejący nad Placem Świętego Piotra zatrzasnął Księgę spoczywającą na trumnie Jana Pawła II. Nad potworną, wyjącą bólem pustką Birkenau zalśniła nagle tęcza towarzysząc zabitym i towarzysząc żywym. Pozwólmy sobie na przypuszczenie, iż nie były to jedynie przypadkowe zjawiska atmosferyczne. Wiatr i tęcza. Dwóch Papieży i dwa znaki. Jestem przekonany, że one są wszędzie, ale słabość nasza polega na niemożliwości ich dostrzeżenia.
Ważnym znakiem było też piękne przyjęcie Benedykta XVI w naszym kraju. Okazało się podobnie jak za niezapomnianych dni pontyfikatu Jana Pawła II, iż dobre i mądre słowa, skromność, uśmiech i elegancja mogą wzbudzić szczery poklask. To także znak dla tych, którzy z życia publicznego uczynili pole nieustannej wojny. Wojny na złe słowa i pogardliwe gesty. Na pytanie, czy jest szansa, aby w tej sferze coś się zmieniło odpowiedź otrzymaliśmy już dzisiaj. Przedstawiciele władz nie uznali za stosowne zaszczycić swoją obecnością obchodzącego dzisiaj swoje dwudziestolecie Trybunału Konstytucyjnego. Jego Świątobliwość uczynił to wprawdzie z wielkim taktem zaledwie w ubiegły piątek, ale jak widać dla posępnych architektów IV RP nic to nie znaczy.
Przed chwilą przeczytałem w Internecie, że Tygodnik Powszechny zawiesił współpracę z księdzem Mieczysławem Malińskim do czasu wyjaśnienia Jego domniemanej współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. 


Gdy kolejna z dziwnych prawd
Zabrzmi jak dyktat
Kiedy zacznie milknąć w nas
Czuła modlitwa

Wtedy zechciej sprawić cud
By się pojawiła znów
Mała tęcza co była i znikła...

Tak śpiewam w "Modlitwie na trudne czasy". Księże Mieczysławie! Mietku Kochany! Będę się za Ciebie modlić najgoręcej jak tylko potrafię!
 



27.05.2006

Najpiękniej wyrażony entuzjazm nie zastąpi chwili zadumy. Nie zastąpi ciszy. Ciszy dobrej, której gęstość przypomina życiodajną oliwę.
W takiej ciszy Jan Paweł II modlił się jeszcze nie tak dawno w Kalwarii Zebrzydowskiej do Najświętszej Marii Panny: "Totus Tuus Maryjo, Totus Tuus". Był bardzo zmęczony, mówił z trudem, ale jednocześnie słowa te brzmiały z czułą dobitnością wyrażającą miłość. Miłość prawdziwą, bez śladów wątpliwości i goryczy.
W podobnej ciszy, nasyconej godnością słuchających, mówił dzisiaj na Rynku w Wadowicach Benedykt XVI. Warto czasem pomilczeć, aby choć na chwilę wejść głębiej w przestrzenie własnej duszy i być bliżej Boga. Warto dla Niego i dla siebie samych.



24.05.2006

Jutro do Polski przybywa papież Benedykt XVI. Mówią, że jako kardynał Joseph Ratzinger dokarmiał bezdomne, rzymskie koty. Do dzisiaj gra na fortepianie utwory Mozarta i Bacha. Jest niewątpliwie wnikliwym intelektualistą, człowiekiem skromnym, ciepłego usposobienia. W Jego oczach dostrzegam pewność wiary i wielką pokorę.
Obawiam się tego, co mogą zaserwować nam media, zwłaszcza te publiczne. Zagrożeni zwolnieniem przez nowe władze TYP dziennikarze i nie tylko oni okazać się mogą nieznośnie nadgorliwi. Wszystkie zaś stacje rozpoczną wyścig. Wyścig o notowania oglądalności przy pomocy pseudo-religijności, nabożnych min, płytkich uogólnień i tonu najlepszego poinformowania. Przed kamerami zasiądą zastępy rozmaitych znawców tematu, których słowa być może wywoływać będą o nieodpowiednią w takim czasie złość.
Cóż zatem czynić? Pozostaje modlitwa. Ona pomaga oddzielić się od krzykliwości świata. Ona jest święta.



23.05.2006

Na zjeździe Platformy Obywatelskiej senator Stefan Niesiołowski porównał przewodniczącego Prawa i Sprawiedliwości do Władysława Gomułki. Jego wystąpienie było niczym innym, jak prymitywnym szyderstwem. Nigdy nie zgadzałem się ze stwierdzeniem, iż pan profesor jest (cytuję za niektórymi mediami) "mistrzem ciętej riposty", bądź politykiem używającym "specyficznego, zgodnego z temperamentem polemisty języka". Twierdziłem natomiast, że balansuje on bez wdzięku na granicy dobrego smaku, niejednokrotnie granicę tę wyraźnie przekraczając. Senator pokrzykiwał upajając się swoja retoryką, zaś sala wyła z radości. Delegaci dosłownie pokładali się ze śmiechu. Wcześniej Jan Maria Rokita obarczył układ rządzący winą za wytworzenie klimatu sprzyjającego fizycznej przemocy. Kto zatem według pana posła ponosi odpowiedzialność za brutalną napaść na młodego anarchistę Maćka? Oczywiście Prawo i Sprawiedliwość.
Przypomina mi to jako żywo retorykę ekipy Leszka Millera przypisującego osobiście rządowi profesora Jerzego Buzka wszystkie możliwe zaniedbania i działania na rzecz pogrążenia w postępującym chaosie nieszczęsnej Rzeczpospolitej.
Nie bronię w ten sposób rady ministrów, w skład, której wchodzą panowie Lepper i Giertych. Tyrady Jarosława Kaczyńskiego uważam za równie skażone trucizną braku ogłady jak połajanki Stefana Niesiołowskiego, nie zmienia to jednak faktu, że z całych sił chcę zachować w tym upiornym bałaganie obiektywizm.
Będzie, więc także o drugiej stronie magla. Przy okazji powołania, CBA, czyli Centralnego Biura Antykorupcyjnego dowiedziałem się z ust prominentnych postaci PiS o braku jakiejkolwiek możliwości wynaturzenia tej instytucji. Skoro, bowiem powołani zostaną ludzie bez skazy to i urząd działać będzie bez zarzutu. Przyjmuję, zatem chcąc nie chcąc, że kto, jak kto ale posłowie tego ugrupowania są ludźmi przestrzegającymi wysokich standardów postępowania. Tymczasem okazało się, iż parlamentarzysta Ryszard Kaczyński wpakował się po pijanemu samochodem w płot. Zdarzają się, więc ucieszne wyjątki, o czym władcy IV RP raczą w natłoku ważnych dla kraju zajęć zapominać. Na dodatek wcale nie jest powiedziane, że tym razem będą to wyjątki potwierdzające regułę, oraz że na pewno będą to wyjątki.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Powodem jest moja niedzielna rozmowa z Serdecznym Znajomym, człowiekiem nieposzlakowanej uczciwości, niegdyś wielbicielem politycznym Jana Marii Rokity, obecnie jakby mniej przekonanym zwolennikiem owego męża stanu. Znajomy ten zapytał, czy należę do chóru gęgaczy gęgających na przekór dobrym intencjom władz obecnych. Przyznałem się pokornie do ustawicznego gęgania, niezbyt zachwycony tym słowem, gdyż za wierszowaną satyrą polityczną śp. Janusza Szpotańskiego nigdy nie przepadałem. Usłyszałem wtedy, że zło wszelakie niesie ze sobą Platforma, a zwłaszcza Donald Tusk, który nie dość, że szkodnik, to na dodatek szkodnik głupoty wyjątkowej. Na moje nieśmiałe gęgnięcie na temat szkodnictwa Rokity usłyszałem sformułowania solennie krytyczne, aczkolwiek z pewnym przymusem wygłoszone. Każda próba krytyki posunięć rządu wywoływała stwierdzenie - "ale przecież Platforma". Fakt przyczynienia się Samoobrony, a Andrzeja Leppera personalnie do sukcesu wyborczego Lecha Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich uznany został kategorycznie za błąd, a nawet przekłamanie sondażowe.
Pozostaje mi więc gęgać dalej na przekór bzdurom wszelkim, choćby nie wiem jak wysoko się rozsiadły. Parę godzin temu zmieniłem struny. Gitara brzmi zachwycająco.



21.05.2006

Wczorajsza noc w Piwnicy. Pięknie. Przed występem ściśle tajne zebranie dotyczące Jubileuszu 50-lecia. Ano zobaczymy, zobaczymy. Bardzo udany spektakl i znakomita Publiczność. Miki Obłoński twierdził wprawdzie, że niedobra, ale na szczęście mylił się całkowicie. Pani Bożena Lutczynowa śpiewała jak zawsze piosenki z repertuaru Edith Piaf. Tym razem przeszła samą siebie. Po zejściu ze sceny tak się zagadała z pewnym dżentelmenem w pierwszym rzędzie, ze Marek Pacuła nie mógł przez dłuższą chwilę zapowiedzieć następnego numeru.   Śpiewałem "Pytania o zmierzchu" i "Modlitwę na trudne czasy". Reakcja widowni wręcz owacyjna.
Po spektaklu jak za dawnych czasów. Wódeczka, rozmowy. Wspominków trochę, tak w sam raz. W pewnym momencie pojawił się dawno nie widziany Piwniczny Balladzista. Przybył nie po to aby grać i śpiewać, gdyż to byłoby zdecydowanie za proste, wzbudził natomiast ogromny podziw stanem, w jakim się znajdował. W apokaliptycznej swą ostrością chwili nagłej iluminacji zdaliśmy sobie sprawę z faktu niemożności doścignięcia naszego dawnego Kolegi. Nieco później uśmiechnięty cokolwiek monotonnie birbant wykonał malowniczego fikołka razem a krzesłem, co z kolei przypomniało nam o konieczności poważnego traktowania kwestii grawitacji.
Zaprzyjaźniony Aktor - Kuba Kosiniak fikołków nie wykonywał, ale za to wygłosił nieprawdopodobny i niewątpliwie kierowany pod moim adresem monolog o "łże-elitach orderowych", doprowadzając wszystkich bez wyjątku do łez śmiechu.



19.05.2006

Wielka radość zapanowała w piekle. Jakże ma nie cieszyć się Lucyfer i cała jego paskudna, siarką woniejąca banda skoro naokoło grzech straszny się szerzy. Grzech braku dystansu.
Kultura masowa taką się prawidłowością rządzi, iż jak żywy organizm tlenu, tak ona rozgłosu potrzebuje.
Przeczytałem "Kod Leonarda da Vinci". Z trudem przeczytałem często wzruszając ramionami, ponieważ, ani sensacyjne, ani tajemnicze, a już na pewno ciekawe to nie było.
Równie dobrze jak autor tej maszynki do robienia pieniędzy można by nasmarować historyjkę opartą na pytaniu - dlaczego to król Jagiełło zamiast bezpośrednio po grunwaldzkim zwycięstwie na Malbork ruszyć i dzieła szybko dokończyć czekał doprawdy nie wiadomo, na co? Kto był sprawca takiej decyzji monarchy? Może zdradzieckie dla Rzeczpospolitej otoczenie władcy stronę rycerstwa zachodniego trzymające? Może biskup Oleśnicki, który jak wiadomo krajem bywało potrząsać lubił zakamuflowanym Templariuszem, albo wręcz Krzyżakiem się okazał? Mając taki fundament wystarczy akcję umieścić w czasach współczesnych, bohaterem uczynić inteligentnego i przystojnego historyka, któremu w poszukiwaniach prawdy przeszkadzać będzie rzecz jasna diabelsko przewrotna i równie diabelsko piękna agentka międzynarodowej, a wysoce podejrzanej korporacji. Ktoś po drodze utłuczony malowniczo być musi, jakieś pieniądze pojawić się powinny, a do tego wszystkiego szalony pościg samochodowy autostradą A-4 niewątpliwie ucieszyłby czytelników. Żeby zaś całkowicie wszystko do absurdu sprowadzić należałoby dodać wątek proroctwa zapowiadającego nadejście Podwójnego Władcy Ojczyzny naszej na początku XXI wieku. Gdyby zaś autor chciał poszarżować jeszcze bardziej to polecałbym, aby Dwoisty Panujący herb Kaczka nosił. Prawda, że śliczne kretyństwo?
Tymczasem w bijącej milionowe nakłady, a na dodatek sfilmowanej jak mówią fatalnie opowiastce bzdury dzieją się jeszcze drastyczniejsze. Jezus Chrystus miał oto ożenić się z Maria Magdaleną, zaś ich potomstwo, a mówiąc precyzyjnie potomstwo potomstwa żyć ma do dzisiaj otoczone zasłoną tajemnic tak mrocznych, że aż włosy dęba stają i do wcześniejszego położenia powrócić nie chcą w żaden sposób.
Wydawałoby się, że jedyną rozsądną reakcją na tak bezczelne i prymitywne nakręcanie koniunktury powinno być  milczenie i ewentualnie kółeczko na czole z wdziękiem zakręcone. Powinno, ale nie jest. Oto sypią się protesty z różnych stron płynące. Wypowiadają się ministrowie, biskupi, dziennikarze, socjologowie, psychologowie,  znajomy ksiądz-poeta, pani ze sklepu, pan ze stacji benzynowej, na nawet Watykan.
Podobno należy marzyć. Pomarzę zatem i będzie to marzenie filmowe cokolwiek. Wyobrażam sobie gabinet Benedykta XVI. Na pytanie o "Kod da Vinci" Jego Świątobliwość uśmiecha się dobrotliwie do kamery i gestem tyleż łagodnym, co zdecydowanym stuka się palcem w czoło. Jestem pewien, że wielka byłaby radość w niebie, na ziemi i równie wielka żałoba w piekle.



16.05.2006

Osiedlowa sieć, do której podłączony jest mój komputer stanęła dęba i przez jakiś czas pozbawiony byłem dostępu do Internetu. Trzeba, zatem nadrobić zaległości.
W sobotnim wydaniu Gazety Wyborczej wywiad z premierem Marcinkiewiczem. Na zdjęciu rozbawiony premier w towarzystwie równie rozbawionych pań redaktorek Agnieszki Kublik i Moniki Olejnik. Rozumiem ten stan wesołości, gdyż pewien fragment materiału może przyprawić wręcz o paroksyzmy.
- Jacek Kurski mówi nawet, że Pan już się zużył - stwierdzają Damy. - A kto to jest Jacek Kurski? - zapytuje dowcipnie pierwszy minister.
Jako człowiek niezwykle życzliwy politykom chętnie rzecz całą panu Marcinkiewiczowi wyjaśnię. Jacek Kurski to poseł Prawa i Sprawiedliwości. Znany specjalista od konstruowania czarnych wizerunków publicznych. Tego typu działania prosty lud nazywa chamstwem, ale kto liczyłby się z jego zdaniem. Lud ma głosować, albo nie głosować, co na jedno wychodzi, gdyż nawet przy jednocyfrowej frekwencji wybory są zgodnie z prawem ważne. 
 Inny poseł Prawa i Sprawiedliwości stwierdził wczoraj patrząc śmiało w obiektyw kamery telewizyjnej, iż statut partii, do której należy nie zabrania wprost przyjmowania osób skazanych wyrokami sądowymi.
Minister zdrowia, profesor Religia powtarza, że kierowany przez niego resort nie ma pieniędzy. Mógłbym z powodzeniem zostać ministrem zdrowia. Dykcję mam nienajgorszą, kamery mnie nie peszą, więc z równym wdziękiem i częstotliwością mógłbym za odpowiednim wynagrodzeniem ogłaszać wiadomości o braku funduszy.
Poseł Jan Maria Rokita zwolennik zniesienia immunitetu poselskiego z zadowoleniem przyjął korzystne dla niego głosowanie w Sejmie. Kłopot polega na tym, ze wprawdzie immunitet zachował, ale z twarzą niedoszłego premiera z Krakowa sprawa ma się znacznie gorzej. Dzisiaj lider Platformy wyjaśnia, że działał na wyraźne polecenie marszałka Sejmu nie zrzekając się swoich poselskich przywilejów, ale jakoś dziwnie te wyjaśnienia brzmią.
W kręgach zbliżonych do Telewizji Polskiej trwają gorączkowe rozważania, kto wyleci z pracy zaraz, a kto nieco później. Powiem szczerze, że nie jest to w żadnym wypadku mój kłopot, zaś Bronkowi Wildsteinowi wysłałem SMS-a z gratulacjami.
Wicepremier Dorn chwali podległą mu policję za akcję przeciwko stadionowym bandytom.
- Nie wchodziliśmy wcześniej, bo chcieliśmy uniknąć prowokacji. Udało się w ten sposób uniknąć większych zamieszek. - Te słowa wypowiedział z kolei pan nadkomisarz z komendy stołecznej.
Wiceminister MSWiA w programie Moniki Olejnik stwierdził, że wysłanie oddziałów prewencji w celu zablokowania Starego Miasta przed bandziorami byłoby niezgodne z prawem.
Niektórzy twierdzą, że "Dzień Świra" Marka Koterskiego to obraz zdecydowanie przerysowany. Mam coraz większe wątpliwości. Poza tym nie oglądałem "Tańca z gwiazdami".



13.05.2006

Chciałem opisać pyskówkę w programie red. Tomasza Lisa w wykonaniu posłów Gosiewskiego i Kalisza. Było też moją szczerą intencją wyśmiać nowych wicepremierów. Miałem również zamiar zakpić z tego jak to poseł Jan Maria Rokita zamierza na forum parlamentu udawać Katona Starszego. Pragnąłem zająć się także falą bandytyzmu pędzącą triumfalnie przez polskie stadiony. Na dodatek kusiło mnie, aby poddać krytyce wywiad z Markiem Borowskim pomieszczony w Polityce.
Nie uczynię tego jednak dlatego, gdyż wspomnienie zadumy, która dana mi była przez kilka chwil w Dolinie Kobylańskiej pod Krakowem jest zbyt piękne.  



8.05.2006

Rozmowa. Piotr Skrzynecki uważał, że jest ona najważniejsza dla niej samej. Temat nie miał dla Niego najmniejszego znaczenia. Ważna była wibracja nastroju. Nagły błysk wiedzy, przed którą należało i warto było uchylić kapelusza. Piotr odszedł. Rozmowy pozostały. Dziwne rozmowy.
- Solidarność w roku 1981 parła do konfrontacji. Radzieckie wojska czekały na granicach. Generał Jaruzelski wybrał mniejsze zło wprowadzając stan wojenny - powiedziała do mnie Dama zajmująca się, na co dzień edukacją młodzieży. Wielkie jest zwycięstwo socjalistycznej propagandy. Wielkie i przerażające.
- Nie ma Pan racji postrzegając obecnie Andrzeja Leppera w zdecydowanie czarnych barwach. Na tle rządzącej krajem ekipy sprawia, bowiem zupełnie przyzwoite wrażenie. Wygląda lepiej i znacznie lepiej się wysławia - tymi słowami inna Dama wprawiła mnie w osłupienie. Wielka jest moc solarium i specjalistów od wizerunku publicznego. Wielka i niebezpieczna.
- Dopuszczamy krytykę naszych poczynań, ale musi to być krytyka konstruktywna - tym stwierdzeniem wygłoszonym w czasie telewizyjnej gadaniny niezawodny poseł Cymański doprowadził do zawirowania czasu. Przypomniała mi się, bowiem zatroskana twarz towarzysza Gierka pochylającego się z ekranu nad losem narodu. Wielka jest siła złudzeń wynikających z pychy. Wielka i pokraczna.
Czy można sobie wyobrazić błyskotliwą rozmowę z dwoma Damami i Parlamentarzystą? Oczywiście, że można, ale trzeba posiadać wyobraźnię bardziej przepastną niż przestrzenie piekła, którego fundamenty stoją mocno na braku jakichkolwiek wątpliwości.



7.05.2006

Wczorajsze urodziny Marii Buczyńskiej pamiętać będę długo. Znakomite Towarzystwo spotkało się w knajpce Alef przy ulicy Agnieszki na Kazimierzu. Maria zażądała, abym koniecznie przybył z wpiętym w klapę orderem. Tak też uczyniłem. Mnóstwo uśmiechów i gratulacji. Klimat miejsca sprzyjał temu ogromnie. Wygodne kanapy, bibeloty, mnóstwo rzeźb przedstawiających koty. Koty jak najbardziej żywe można było podziwiać buszujące na oszklonym pięterku. Potrawy wykwintne, alkohole takoż. Pani Mecenas Ruth Buczyńska szczerze wzruszona. Piotruś Ferster najwyraźniej zadowolony ze swego artysty. Sebastian L. Kudas - nasz scenograf wymyślił na poczekaniu uroczy bon mot. Stwierdził mianowicie, iż uhonorowany zostałem Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski z Gwiazdą i ... Walentynowicz!
Kiedy udawałem się do Piwnicy, aby zagrać w Kabarecie Halina zaaresztowała odznaczenie wraz z etui obiecując, że dotrze tam później i wtedy będę mógł się pochwalić swoim trofeum Koleżankom i Kolegom. Biorąc pod uwagę, ile zadziwiających rzeczy zdarzyło mi się w życiu zgubić miała całkowitą rację.
W Piwnicy wielka serdeczność. To nie były zdawkowo wypowiadane słowa. Na widowni Piwniczni Bywalcy z Tychów. Cudowne przyjęcie mojego występu, który zapowiedziany został przez Marka Pacułę z użyciem powiedzonka Sebastiana. Kiedy schodziłem z naszej estradki pojawił się Janek Krzyżanowski, aktor, zaś prywatnie mąż Rwy Wnukowej. Na oczach bijącej brawo Publiczności przypiął mi miniaturkę orderu ze słowami: - za lata walki z głupotą!  Miniaturka pamiętała czasy PRL i była o klasę niższa, od przyznanej mi niedawno, ale scena przyznam godna dużej klasy reżysera.
Zamknąłem gitarę w futerale i chociaż spektakl trwał w najlepsze mogliśmy rozpocząć świętowanie. Udało mi się precyzyjnie wyliczyć proporcje zakupionego alkoholu i soku, co jak wiadomo zdarza się  dosyć rzadko. Kwadrans po jedenastej przybyła Halina z orderem. Zaczęło się oglądanie, zdjęcia i następna fala gratulacji i życzeń. Nie obyło się bez żartów, które ciepłe były i dobre. Dziękuję Przyjaciele!



5.05.2006

Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski - za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce. Warszawa. Trzeci Maja. Pałac Prezydencki. Święto. Także moje święto. Moje, Haliny i Przyjaciół, którzy nigdy nie zwątpili w sens samotnej walki pieśnią. Walki na przekór wątpiącym i na przekór własnemu zwątpieniu.
Przyjmować odznaczenie w Towarzystwie takich ludzi, jak ksiądz arcybiskup Ignacy Tokarczuk, Anna Walentynowicz, Andrzej Gwiazda, Joanna Duda-Gwiazda, Anka Kowalska, ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, znany mi z czasów śp. księdza Kazimierza Jancarza w opozycyjnych Mistrzejowicach, a także Żołnierzy Armii Krajowej to zaszczyt trudny do opisania. Ucieszyło mnie bardzo, że Tosia Krzysztoń otrzymała także Krzyż Oficerski.
Niezwykle miłym zaskoczeniem był brak nastroju oficjalnej pompy. Królowały uśmiechy i wręcz rodzinna atmosfera. Pomogłem mocującej się gwiazdą orderu pani Ance Kowalskiej, za co pani redaktor Teresa Bogucka zrewanżowała się natychmiast robiąc zdjęcia. Spotkania po latach. Redaktor Janina Jankowska, redaktor Ewa Junczyk-Ziomecka, obecnie prezydencki minister. Na pewno nie raz jeszcze pogadamy. Obiecaliśmy to sobie solennie.
W ogrodach Pałacu Prezydenckiego rozmowy czułe, bez zbędnego sentymentalizmu. Wspomnienia mieszały się lekko z tym co otacza nas teraz. Anegdoty, toasty i gratulacje.
Potem kolacja z Przyjaciółmi w uroczej knajpce. Państwo doktorostwo Basia i Kamil Pietrasikowie z dzieciakami i mecenas Jurek Pałgan. Wreszcie debata o sprawach istotnych domu u pana mecenasa.
Dzisiaj w Gazecie Wyborczej pochwała przyznania Orderów Orła Białego napisana przez Adama Michnika. Tyle razy się z Tobą Adamie nie zgadzałem, ale tym razem podpisuję się pod każdym Twoim słowem.
Dzisiaj w Pałacu Prezydenckim panowie Lepper i Giertych otrzymali nominacje na wicepremierów rządu Kazimierza Marcinkiewicza. Święto się skończyło.



29.04.2006

Zakupy z supermarkecie. Dokonałem nieprawdopodobnego odkrycia. Myślę, że moja wiedza zachwieje posadami świata. Wszystkie, misternie konstruowane teorie upadną w gruzy, a ich nieszczęśni twórcy posypią głowy popiołem prosząc o wybaczenie. Producenci filmu pt. "Kod Leonarda da Vinci" zbankrutują widowiskowo. Posiadająca ten sam tytuł książka przeznaczona zostanie na przemiał. Światu ubędzie jedna z Tajemnic i wcale nie jest powiedziane że stanie się on przez to łatwiejszy do zrozumienia.
Wychodziłem z jaskrawo oświetlonej hali niosąc brzemię nieznośnej odpowiedzialności. Moją duszę targały sprzeczne myśli. Nie wiedziałem, czy podzielić się z kimkolwiek swoim odkryciem, czy też zamilknąć. Zasiadłem do komputera i zdecydowałem, że pomimo wszystko powinienem rzecz całą ujawnić.
Na półce wielkiego jak katedra sklepu słoik ze smalcem. Na wieczku słoika napis. Żaden szyfr, żaden kod. Otwarty, porażający tekst. Nazwa firmy, czyli - GRAAL. Więc to takie proste? 



29.04.2006

Dzisiaj w południe zadzwonił telefon. Mój telefon. Telefon stacjonarny. Usłyszałem nagrany głos Medialnego Szołmena, który to głos poinformował mnie, że mówi do mnie Medialny Szołmen. Natychmiast odłożyłem słuchawkę, ponieważ jestem całkowicie pewien, iż nie dawałem swojej wizytówki temu komuś. Mogłem wprawdzie własną wizytówkę zgubić, ale zwłaszcza w takiej sytuacji używanie nagrania uważam za wysoce nietaktowne.
Ktoś wpisał do Księgi Gości na mojej stronie fragment piosenki, której szczerze nie znoszę. Skasowałem wpis prawie tak szybko, jak szybko odłożyłem wcześniej słuchawkę.
Włączyłem telewizor i nagle runęła na mnie fala informacji. Poczułem jak pokój wypełnia się gęstniejącą pianą. Moja reakcja była wręcz błyskawiczna. Zdesperowany pstryknąłem pilotem i wtedy nagle dostrzegłem świeżość zieleni topolowych liści za oknem. Pręgowany kot spacerował leniwie po trawniku udając bezczelnie, że wcale nie widzi nieosiągalnych tej chwili gołębi. Dmuchawce zakwitły wściekłą żółcią. Jeden z Sąsiadów zasadził jakiś czas temu przed naszym blokiem malutką magnolię. Niedługą pękną jej pyszne pąki.



27.04.2006

Smutek. Mocny jak pajęcza nić, srebrzysta i pozornie delikatna, ale mocna, piekielnie mocna.
Jak to opalizuje w słońcu. Jakie to tęcze miniaturowe w powietrze wysyła, przez krople przefiltrowane. Jak to zniknąć nie chce, mimo, że czasem człowiek Dobrego Boga o jego odejście prosi.
Bywa ulotny jak strzępy dymu wędrujące nad łąkami o zmierzchu. Nie ma takiej szczeliny, w którą nie mógłby się wcisnąć. Dociera wszędzie. Jest nieustępliwy jak woda i bezlitosny jak ogień..
Jest także piękny. Piękny, jak oczy długimi rzęsami ocienione. Piękny, jak niebo gwiaździste nad głową filozofa zawieszone. Piękny, jak nieskazitelny w swej formie drogocenny kamień przez mistrza obrobiony.
Jest i będzie, bo w naszych sercach zrodzony trwa nieustępliwie.
Czy zabierzemy go ze sobą tam, skąd nie można wrócić? Wieczność bez niego mdła i nieuzasadniona się wydaje.
Niechże, więc pozostanie z nami nasz przyjaciel wierny. Niech pozostanie, abyśmy pamiętali.
Dnia 27 kwietnia 1997 roku zmarł Piotr Skrzynecki. Pozostawił po sobie smutek w kolorze błękitnym.



25.04.2006

Jest największym cudem świata, ale nie wszyscy mogą Ją spotkać na swojej drodze. Z Jej pomocą potrafimy dokonywać dzieł wydawałoby się niemożliwych. Demony świata podwijają pod siebie ogony i pierzchają w popłochu na widok łagodnego lśnienia, które wokół siebie roztacza. Najpiękniejsza jest między dwojgiem ludzi wtedy, kiedy staje się jednocześnie Przyjaźnią, nic ze swojego żaru nie tracąc. To Miłość.
W sobotę, dnia 22 kwietnia Magda i Jacek wzięli ślub w małym, drewnianym kościółku nieopodal Koniakowa. Słońce wyglądało zaciekawione zza chmur. Góry skąpane w wiosennym świetle uśmiechały się połaciami zieleni i bielą resztek śniegu.
Potem było weselisko w koniakowskim zajeździe. Tańce, toasty, jadło i napitki wyborne, kapela z serca grająca, rozmowy niezapomniane, co nie dziwiło wcale, gdyż Towarzystwo znakomite.
Moja obecność na ślubie i przyjęciu weselnym była niespodzianką przez parę Przyjaciół, czyli Katarzynę i Aleksandra skrycie i czule przygotowaną. Państwo Młodzi twierdzą, że moja ballada pt. "Ja jestem z Tobą" jest dla Nich ważna.
Bądź błogosławiony Panie, który ulotną piosenkę czynisz posłańcem swojej woli. Bądźcie szczęśliwi Magdaleno i Jacku! Bądźcie szczęśliwi!



22.04.2006

W Księdze Gości przelotna, wiosenna burza. Internauta występujący pod nickiem Czerstwiak napisał pełen pasji, ale niemożliwy do zrozumienia tekścik. Kimże, ach kimże ów człek uroczy? Ależ to Pan Krzyś z naszej Stolicy Szanownej, tenże sam, który oderwanie nauki Jana Pawła II od życia codziennego z przekonaniem głosi!
Czyimże, ach czyim jest ten niezastąpiony erudyta zwolennikiem politycznym? Leppera Endrju? Nie! Giertycha Romcia? Nie! Może więc czerwone miazmaty mózg mu zaczadziły o "ukąszeniu heglowskim" zapomnieć nie pozwalając? Także nie!
Odpowiedź przychodzi nie tylko drogą eliminacji, ale także z analizy wpisu wynika. Toż to Gosiewski Przemysław Edgar ustami pana Krzysia przemawia niezawodny, chichocząc pod nosem. Chichotać może do woli, skoro tylu ludzi na jego gadaninę dało się nabrać w czasie wyborów.
Uwielbiam pana Krzysia, gdyż dzięki Niemu nie muszę telewizji oglądać, radia słuchać, ani też gazet czytać, aby kolejne sztuczki propagandowe PiS-u poznać. Wystarczy wejść na czat i poczytać co uroczy Warszawiak pisze. 
Kiedy zapytacie dlaczego Wasz kot łazi po domu obrażony, pies sąsiadów zbyt głośno szczeka, a pogoda niespecjalna, wtedy dowiecie się z pewnością, że wszystkiemu winna jest Platforma, na psa zza ściany urok - Obywatelska.



19.04.2006

Święta za nami. "Ewangelia Judasza" nie wstrząsnęła fundamentami Kościoła Katolickiego. Stada wielkanocnych zajęcy, kurczaków i niepoprawnych politycznie kaczorków przestały straszyć w sklepach. Okazało się przy okazji, że Wielkanoc jest bardziej odporna na marketingowe zakusy przebiegłych handlowców niż Boże Narodzenie. Trudno się dziwić, ponieważ czegoś takiego jak wielkanocne kolędy jeszcze nikt nie wymyślił, natomiast odtwarzanie w supermarketach pieśni wielkopostnych mogłoby wywołać skutek dokładnie odwrotny od zamierzonego. Przekonany jednak jestem, że całe sztaby specjalistów kombinują intensywnie, jakby tu skonstruować kampanię na miarę tej, wykorzystującej świętego Mikołaja i motyw Bożego Narodzenia.
Nie jest, zatem wykluczone, iż któregoś dnia przecierający oczy ze zdziwienia widzowie będą mogli obejrzeć na ekranach swoich telewizorów cudowny, ruchomy obrazek.
Rzecz będzie się działa w podziemiach banku. Obok pancernych drzwi do sejfu kamera pokaże śpiących w malowniczych pozach ochroniarzy. W pewnym momencie mechanizm zamka poruszy się sam, stalowe wierzeje otworzą się również bez niczyjej pomocy i wtedy wszyscy ujrzą otoczonego laserowym światłem, uśmiechniętego młodzieńca w nienagannym garniturze z paczkami banknotów w dłoniach. Melodia zabrzmi radosna, zaś w kadrze pojawi się latająca anielica-hostessa, która obwieści wszem i wobec: - Z naszym kredytem zaczynasz nowe życie!
Przesadzam? Ano zobaczymy!



14.04.2006

Wczorajsze "Jajeczko" w Piwnicy uświadomiło mi po raz kolejny jak bardzo pędzi czas, i wszystko wraz z nim. Gości trochę, ale znowu odczuwalnie mniej niż kiedyś, a nieobecność dawnych Koleżanek i Kolegów jakaś taka demonstracyjna.
Na szczęście cieszyła oczy niezwykła dekoracja świąteczna skonstruowana przez Sebastiana L. Kudasa i Staszka Eckhardta de Eckenfelda. Składała się ona z zawieszonego w powietrzu, ażurowego gniazda, w którym spoczywały jajka ozdobione i nieozdobione, oraz ze stołu, na którym pyszniły się smakowitości rozmaite. Grzeszne wręcz pożądanie wzbudzały zwłaszcza wędliny i mazurki ofiarowane w imponującej ilości przez Anię i Kazimierza Barczyków. Zabrzmiały pieśni i złożono sobie życzenia, a potem rozpoczęła się uczta, utrudniona nieco, ponieważ Wielce Szanowni Scenografowie otoczyli stół wielkanocny taką plątaniną sznurków i gałązek, że dobranie się do jadła graniczyło z prawdziwym  cudem.
Wreszcie rozmowy. Długie, pełne emocji, ale też błyszczące iskierkami humoru najwyższej próby. Nie mogło być jednak inaczej skoro wśród Innych Znakomitych przybyli mecenas Ruth Buczyńska, mecenas Stanisław Kłys i profesor Andrzej Gaberle. Próbowaliśmy dokonać analizy obecnej sytuacji w Polsce. Z perspektywy piwnicznego zacisza prostackie demony polityki wydawały się jakby mniej groźne.
Kiedy wracaliśmy z Haliną do domu, wtedy powróciły uparte słowa:
- Po co Ty Piotrze odszedłeś? Po co odeszłaś Janino? Nie mogliście trochę poczekać?



13.04.2006

Alleluja! Endrju L. przeprosił dziennikarzy. Czyżby czytał mojego bloga?



13.04.2006

Stacja TVN żąda od Endrju Leppera przeprosin. Endrju Lepper żąda przeprosin od TVN. Przyszły wicepremier zechciał powiedzieć: "Ja i tak jestem cierpliwy wytrzymałem tam wczoraj i Morozowski nie dostał w papę za to co zrobił". Wypowiedź doprawdy godna męża stanu. Ciekawi mnie czy TVN kiedykolwiek jeszcze zaprosi pana wicemarszałka przed swoje kamery. Jeżeli analiza oglądalności okaże się korzystna dla chamstwa i znowu zobaczymy znaną wszystkim opaloną buźkę, to będzie oznaczać, iż liczy się wyłącznie kasa, niezależnie od tego jakie zostaną później wygłoszone komentarze.
Wczoraj w Piwnicy udane spotkanie z Donaldem Tuskiem. Po spotkaniu urocza kolacja "Pod Aniołami". Byli oprócz red. Janiny Pradowskiej i red. Jerzego Baczyńskiego posłowie PO, a także Dyrektor TVP Kraków, oraz Piotr Ferster z Żoną. Gościł nas niezawodny Jacek Łodziński. Od dawna ujmuje mnie Jego szczera troska o sprawy publiczne.
Rozmowa z Donaldem bardzo ciekawa i na dodatek pełna dobrych wspomnień. Byłem w Komitecie Honorowym, kiedy kandydował na prezydenta i stwierdzam stanowczo, że powinien zostać wybrany. Szkoda, że się tak nie stało.



9.04.2006

Mam dziwne uczucie, że wszelakiej maści politycy nie mają zielonego pojęcia, do kogo kierują swoje często absurdalne przesłania. Opowiadają na prawo i lewo jakoby byli przedstawicielami "zwykłych ludzi", a tymczasem taka kategoria homo sapiens już praktycznie w przyrodzie nie występuje. Wystarczy obejrzeć jakikolwiek program typu talk show i oto mamy przed sobą galerię indywidualności.
- Każdy ma prawo wypowiadać swoje zdanie - głosi ktoś, kto nie ma dokładnie nic do powiedzenia. Zapomina przy tym, że i owszem ma prawo mówić, ale nikt nie ma najmniejszego obowiązku tego wysłuchiwać. Są pewne granice, poza którymi już nie musimy tego robić.
Któregoś dnia wracałem do domu z lokalu wyborczego i usłyszałem kwiecistą debatę dwóch dżentelmenów również mających za sobą spełnienie patriotycznego obowiązku. Czego ja się nie dowiedziałem o istniejącej jeszcze wtedy Unii Wolności. Że złodzieje  oni są. Że Polacy oni nie są. Że tak naprawdę to komuna. Że na dodatek z podatków naszych cholery żyją, a rządzić nie umieją. Tych dwóch politycznych geniuszy spotykałem potem pijących na osiedlowej ławce alkoholowe wynalazki.
Jak więc przemawiać do milionów niepowtarzalnych, wybitnych osobowości? Czym uwieść głębiny ich niepojętych umysłów? Recepta jest niezwykle prosta i polega na starym jak świat przyciąganiu się przeciwieństw.
Rządzą zwyczajni ludzie, a wybierają ich elity.



7.04.2006

Rozmawiałem przed laty z pewną Damą, która w myśleniu swoim nie przejawia zbytniego umiłowania do subtelności. Na moje pytanie, czy uda się na Błonia jeżeli mszę świętą odprawiać będzie kiedyś być może Czarnoskóry Papież, odpowiedziała tak:
- Ja tam żydków na przykład poważam, nawet bardzo poważam, ale żeby czarny był papieżem? Obraza boska! W życiu nie pójdę!
Nie zapytałem wtedy, co by pomyślała i uczyniła, gdyby przyszły Biskup Rzymu okazał się z pochodzenia Niemcem i bardzo tego zaniechania żałuję.

Zatroskana Internautka napisała do mnie niedawno, że Kazimierz Marcinkiewicz, jest "tymczasowym premierem", podobnie jak Benedykt XVI jest "tymczasowym papieżem", bo i wszystko jakieś takie dookoła "tymczasowe". Już maila pilnego chciałem ze słowami otuchy słać, gdyż pomijając osobę Pierwszego Ministra zasmuciła mnie ta konstatacja, ale nie zdążyłem, ponieważ Stolica Apostolska swoim stanowczym listem w sprawie Radia Maryja udowodniła, że Benedykt XVI wie doskonale na czym polega kunszt sterowania nawą Kościoła.
Tym wszystkim, którzy będą teraz próbować zmiękczyć oczywistość watykańskiego przesłania chcę polecić uważną lekturę Nowego Testamentu. Zwłaszcza zwracam uwagę na scenę, kiedy to Jezus Chrystus wypędził przekupniów ze Świątyni, jeżeli zaś boski pierwiastek nie uruchamia ich wyobraźni przypominam, że obecny Papież był niezwykle bliskim współpracownikiem Jana Pawła II, zaś teraz jest Jego następcą.
Strzeżmy się tych, którzy z Imieniem Boga na ustach wprawiają naszą wiarę w niebezpieczny dygot. O nich to z pewnością powiedział w czasie homilii wygłoszonej podczas ostatniego konklawe ówczesny kardynał Joseph Ratzinger:
- Budujemy dyktaturę relatywizmu, która nie uznaje trwałych wartości!
Gorzkie to spostrzeżenie, zwłaszcza, że tak bardzo dotyczy naszego katolickiego kraju.



6.04.2006

"Nie wyrzekajcie się nikogo, bo wyrzekały się żaby błota" - zechciał zwrócić się w Sejmie do parlamentarzystów PiS i PO niezrównany Endrju Lepper. Miało to miejsce po tak przyjaznej wymianie zdań pomiędzy Jarosławem Kaczyński a Donaldem Tuskiem, że aż się fundamenty gmachu na Wiejskiej lekko zatrzęsły ze wzruszenia.
Pana Prezydenta na sali nie było, ponieważ w swej ponadpartyjnej neutralności posunął się tak daleko, iż znalazł się w Iraku.
Pan Premier pojawił się na sali niezwykle dyskretnie, wiec zauważyłem jego obecność dopiero w trakcie końcowego głosowania. Być może stało się tak dlatego, że złośliwe i całkowicie nie na miejscu pytania o ewentualną dymisję rządu mogłyby nieco zakłócić jego starannie pielęgnowany, medialny optymizm.
Posłowie Cymański i Schetyna zasiedli w studiu i powtarzali do znudzenia te same, istotne według nich argumenty. Pierwszy z nich mówił o logice, co samo w sobie było znakomitym dowcipem. Drugi opowiadał o zasypywaniu dołów i minę miał taką, jakby był przekonany, że ktokolwiek jest w stanie mu uwierzyć. Pani Redaktor grała bez wdzięku i przekonania rolę Głosu Rozsądku i tak sobie gadali całkowicie niepotrzebnie.
Ciekawe jest, że w czasie obrad kamery bez przerwy pokazują nam obrazy naszych Czcigodnych Przedstawicieli rozmawiających z zapałem przez telefony komórkowe. Skoro dzisiejsza pożal się Boże debata o rozwiązaniu parlamentu była ogromnie ważna, to, o czym jeszcze ważniejszym Wybrańcy Narodu gawędzili sobie w godzinach pracy?
Głosowanie dało przewidywalny od dawna efekt. Sejm będzie nadal stanowił nieuczciwą konkurencję dla kabaretów. Czas antenowy został wykorzystany.



4.04.2006

Miałem niepokojący sen. W tym śnie zawędrowałem późnym wieczorem do Piwnicy. Zamiast schodów zamontowano coś w rodzaju lśniącej, metalowej drabiny. Odbywało się właśnie balowe przyjęcie. Wszyscy byli zachwyceni niecodziennym zejściem, kolorową dekoracją i głośną muzyką. Ku własnemu osłupieniu spotkałem Piotra, Janinę Garycką, prof. Jerzego Skarżyńskiego z żoną Lidią i nawet prof. Franciszka Studnickiego. Był też zmarły niedawno kochany dr Zbyszek Żak.
Zawsze śnię czując nierealność tego, co odczuwam. Każdy mój sen jest czymś w rodzaju etiudy filmowej. Ma początek, rozwinięcie i finał. Tym razem coś kazało mi wierzyć w rzeczywistość obrazu, który na dodatek nie posiadał zakończenia.
Przyjęcie odbywało się przynajmniej ćwierć wieku temu, ja zaś przybyłem na nie z czasu obecnego.
Przytłoczyła mnie świadomość, iż wiem o Gościach tej onirycznej sytuacji wszystko, co Ich spotka, i że z tą wiedzą przyjdzie mi żyć tak długo, aż zdarzenia dobiegną znowu do 2006 roku. Po drodze Oni będą po raz drugi dla mnie żyć i po raz drugi umierać.
Obudziłem się. Za oknem zaczynał się całkowicie realny dzień.



2.04.2006

Nie kupiłem dziennika z medalikiem. Nie kupiłem gazety z dołączoną płytą CD. Nie kupiłem tygodnika z białą wstążką, którą proponował także dziennik oferujący medalik. Nie kupiłem brukowca, gdzie zastanawiano się nad kwestią kanonizacji. Nie kupiłem albumu po niezwykle promocyjnej cenie.
Nie kupiłem, ponieważ nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby zarabiać na moim smutku.
Rozmawiałem z Przyjaciółmi i ujęła mnie Ich pamięć o Papieżu. Jest radosna i czysta. Spojrzałem w niebo i zastanowiła mnie niezmienność jego błękitu. Wtedy pojawił się spokój.



31.03.2006

Są takie instytucje i takie pomysły na urządzanie innym życia, które rozkwitają niezależnie od epoki. Niewątpliwie jednym z takich zjawisk jest cenzura. Niekoniecznie musi to być groźny urząd, wykonujący polecenia mrocznej centrali. Cenzor jakże często siedzi w nas samych. Siedzi sobie cenzor i wywala jęzor.
Na portalu Wirtualna Polska przeczytałem notkę prasową o fontannie ufundowanej przez Braci Lodziarzy z Nowego Sącza. Owi zacni mieszczanie zdążyli już obdarzyć miasto, w którym się wychowałem koszmarną rzeźbą przedstawiającą Papieża Jana Pawła II. Powiadają, że dali jeden warunek, a mianowicie, albo monument stanie na nowosądeckim Rynku nieopodal Ratusza, albo z przedsięwzięcia nici. Stoi, więc ta uwłaczająca Osobie Ojca Świętego pałuba. Stoi i straszy. Autorem tego pożal się Boże dzieła sztuki jest pewien Profesor z Krakowa, autor dziwoląga rzadkiej maści znanego jako pomnik Piotra Skargi.
Ze wspomnianej powyżej informacji wynika jednak, że strach będzie, że tak powiem podwójny, albowiem Lodziarscy Bracia uznali za stosowne w pierwszą rocznicę śmierci Wielkiego Rodaka sprezentować zachwyconej Publice urządzenie niezwykłe. Będzie to jak już nadmieniłem fontanna, a na dodatek fontanna grająca i błyskająca uciesznie kolorowymi światłami. Urządzeniem sterować będzie komputer umieszczony w Ratuszu. W tym miejscu wyjaśniam, dlaczego o poczuciu strachu ośmieliłem się napisać.
Zapytuję, co się stanie, jeżeli jakiś żartowniś w pamięci maszyny pogmera i dźwięki nielicujące z powagą miejsca wyemitowane zostaną? Sodoma to i Gomora będzie niechybna.
Na forum Wirtualnej Polski umieściłem zjadliwy komentarz mówiący o tym, jak to się pycha w Nowym Sączu łokciami rozpiera i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że gdzieś się on dziwnie zapodział.
List natychmiast wysłałem oburzenia pełen, na który odpowiedź otrzymałem mętną przez swoją stereotypowość i stereotypową w swej mętności. Dowiedziałem się miedzy innymi, iż moja wypowiedź mogła nie otrzymać akceptacji moderatora.
Wyobraziłem sobie natychmiast tabliczkę  na drzwiach znanego mi aż za dobrze z czasów niesławnej pamięci babci komuny urzędu. Zamiast: "Wojewódzki Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk" powinno być: "Wojewódzki Moderator Umysłów". Jakże inaczej czuliby się artyści.  W końcu słowo "cenzurować" brzydkie przynosi skojarzenia, natomiast "moderować" brzmi naprawdę dumnie.




30.03.2006

Wczoraj miało miejsce zaćmienie słońca. Częściowe, ale było. Premier nadrabiając ten dyskryminujący nasz kraj fakt obwieścił w telewizji koniec chuligaństwa. Minister sprawiedliwości nieco tonował entuzjazm szefa, ale tak czy owak ma być znacznie, ale to znacznie bezpieczniej. Sprawić to powinno wprowadzenie tak zwanych sądów 24 godzinnych. Ciekawe jak ta skomplikowana maszyneria będzie działać, skoro w sprawach wydawałoby się znacznie prostszych dziwne zdarzyły się wpadki. Prezydencka limuzyna wzbudzała niedawno wesołość przechodniów odwrotnie zawieszoną flagą państwową, zaś generał Jaruzelski otrzymał Krzyż Zesłańców Sybiru w okolicznościach zaiste operetkowych.
Jak to w życiu bywa zły kabaret miesza się z grozą.
Pan Abdul Rahman - obywatel Afganistanu uniknął kary śmierci tylko dlatego, że po pierwsze uznany został za osobę niepoczytalną, a po drugie znajduje się już we Włoszech. Według afgańskiego prawa popełnił niewybaczalną zbrodnię przechodząc z islamu na chrześcijaństwo. Przeraża mnie widok tłumu żądającego głowy odstępcy, ale równie straszne jest betonowe milczenie środowisk muzułmańskich. Zwłaszcza niepokoi brak reakcji naszych rodaków wierzących w Allacha. Rozumiałem Ich oburzenie z powodu opublikowania karykatur Mahometa, ale teraz nie rozumiem tego co czynią, a mówiąc ściśle dlaczego nie czynią nic. Jeżeli bowiem twierdzą szczerze, iż islam jest religią miłości, to w zaistniałej sytuacji powinni zapałać świętym oburzeniem.
Stanisław Lem, jak sądzę nie wierzył w Boga, ale jestem całkowicie pewien, że o ile Bóg istnieje, to w żaden sposób nie ma Mu tego za złe. Przytoczę, choć pewnie niedokładnie ostatnie zdanie jednego z Jego opowiadań pt. "Niezwyciężony":
"Stał wpatrzony w gigantyczną sylwetę statku, który na tle jaśniejącego przedświtem nieba wyglądał tak, jakby rzeczywiście był niezwyciężony".
Daj nam Panie taką pokorę myślenia, bo jest ona po wielokroć mocniejsza jest niż wszystkie oręże świata.



27.03.2006

Wybory na Ukrainie. Przykład sytuacji, kiedy to rozczarowanie społeczństwa przekłada się na głosy w wyborach. Rozłam w obozie Pomarańczowej Rewolucji musiał spowodować zwrot w stronę zwolenników Rosji. Przyczyniła się do tego także postawa Unii Europejskiej, która składała Ukrainie zapewnieniam niekonkretne, a poprzez ów brak konkretów niebezpieczne. Być może Julia Tymoszenko zostanie premierem, a może zostanie nim Wiktor Jamukowycz. Być ludzie niedługo znowu wyjdą na Majdan, ale równie dobrze mogą tego nie uczynić przez dłuższy czas. Dwugłowy orzeł stroszy pióra. To on znowu coś wygrał.



26.03.2006

Przeczytałem kiedyś wywiad z osobnikiem zajmującym się reklamą. Opisywał on, jak to firma, w której pracuje opracowywała akcję promocyjną mleka. - Siedzieliśmy nad ranem w kłębach dymu, po prawie dobie burzy mózgów. Zadaliśmy sobie fundamentalne pytanie, a mianowicie, mianowicie z czym się nam kojarzy mleko? I wtedy, kiedy byliśmy już kompletnie zdołowani jeden z kolegów wykrzyknął: - wiem! Mleko kojarzy się z krową!
Nawiasem mówiąc system podkreśla słowo "zdołowani", jako wyraz nieznany i ja mu się w żaden sposób nie dziwię.
- Naszym zadaniem jest dawać ludziom szczęście! - wykrzykuje na falach eteru szefowa marketingu sieci supermarketów.
- Jesteśmy po to, aby przekazywać naszym czytelnikom prawdę! - zapewnia w telewizji redaktor naczelny piśmidła, które opublikowało zdjęcie zabitego w Iraku redaktora Milewicza.
Jakiś czas temu stada dziennikarzy opisywały z uporem lepszej sprawy fenomen "Pokolenia Frugo". Albo zostali wmanewrowani w reklamę soków owocowych, co jest mało prawdopodobne i świadczyłoby o zwykłej głupocie, albo też był to najdelikatniej mówiąc fragment większego przedsięwzięcia.
Przy okazji wyświetlania filmu pt. "Pasja" w Stanach Zjednoczonych modna była biżuteria wykorzystująca motyw trzech gwoździ.
Spotkany na czacie pan Krzysztof z Warszawy, gorący zwolennik PiS pisze taką oto myśl w kontekście chamstwa posła Kurskiego: - Nie można się powoływać na nauki Jana Pawła II rozmawiając o polityce, bo przecież życie jest życiem, a Kurski to bardzo skuteczny gracz.
Trwa niewyobrażalna walka o nasze dusze, których zdobycie to ważny etap na drodze do zawartości naszych portfeli. Tuczący się na naszych podatkach politycy czynią dokładnie to samo, co sprzedający oszukańczy środek na porost włosów, czy też odchudzanie handlowcy.  Dowiadujemy się codziennie, co jest nam niezbędnie potrzebne, bez czego wręcz nie da się żyć. Każda metoda jest dobra, dosłownie każda.
Aby nie było jednak zbyt poważnie przytoczę kilka takich metod.
Metoda pierwsza - "na cud". Szczególnie widoczna w telewizji. Łączka. Rodzinka się wałkoni uroczo i nagle, jak kometa jakaś pojawia się na nieboskłonie gigantyczna guma do żucia. Świeci toto jak diabli. Muzyczka koszmarna rzępoli. Rodzinka łapy do nieba wyciąga i za chwilę wszyscy żują, że aż prawie mlaskanie słychać. Cięcie.
Metoda druga - "na głupa". Obecna we wszystkich mediach elektronicznych. Zdebilały mąż obwieszcza swej skretyniałej małżonce, że najzupełniej przypadkowo wziął taki kredyt, iż mogą sobie kupić samochód, meble i jeszcze na futro zostanie. Ona chichocze ukontentowana rzucając mimochodem jakąś siermiężną aluzyjkę erotyczną do swojego, jak go nazywa misia. Cięcie. Szczególnie smakowite są reklamy piwa utrzymane w tej konwencji.
Metoda trzecia -"na wdzięczność". Na to diabelstwo można się natknąć dosłownie wszędzie. Jakaś babina dziękuje genialnej firmie za niezastąpiony proszek do prania. Inna prawie płacząc wyraża swój zachwyt nad żarciem dla zwierzątka w swoim oraz tego zwierzątka imieniu. Pies szczeka. Kot miauczy. Cięcie.
Metoda czwarta - "na fachowca". Bardzo niebezpieczna przy sprzedaży medykamentów. Pani, bądź też pan w kitlu udaje lekarza przekonując nas o cudownym działaniu kolejnego medykamentu. Szeroki uśmiech na zbliżeniu. Cięcie.
Metoda piąta - "na okazję". Kamera pokazuje kłębiący się przed salonem samochodowym tłum. Za chwilę rozpocznie się apokalipsa. Sprzedający z przerażeniem konstatują, iż przegięli pałę z obniżką cen. Cięcie.
Z jakąż złośliwą radością nie głosuję potem na określonych polityków, nie kupuję wspomnianej gumy do żucia, nie biorę kredytu, piorę w innym proszku, staram się nie żreć podejrzanych specyfików i wreszcie śmieję się przed szybą wystawową pustego salonu samochodowego. Niby malutka zemsta, ale bardzo cieszy. Polecam serdecznie!

 



23.03.2006

Wyznawcy Jezusa Chrystusa wierzą, że kiedy kapłan wypowie słowa: Bierzcie i jedzcie, oto ciało moje, a potem: Bierzcie i pijcie, oto krew moja, wtedy w opłatku i w kroplach wina kielich wypełniających ogniskuje się Bóg w swojej wszechpotędze i człowiek cierpień wszelkich doznających. 
W ostatnią niedzielę ksiądz prałat Henryk Jankowski odznaczył podczas mszy świętej Andrzeja Leppera orderem św. Brygidy za "szczególne osiągnięcia w dziedzinie ekumenizmu".
Nieskończenie miłosierny jest Dobry Bóg i w to także wierzą wyznawcy Jego.



22.03.2006

Mój serdeczny Przyjaciel jest lekarzem. Lekarzem wybitnym. Chirurgiem. Uczy się teraz do kolejnych, przekraczających moje pojmowanie egzaminów i dlatego z pełną premedytacją odciął się od bieżących wydarzeń politycznych. Nie ogląda telewizji, nie słucha radia i nie czyta gazet. Swoją wiedzę dotyczącą obecnej sytuacji czerpie, jak mi ostatnio powiedział z moich skromnych zapisków.
        Dzisiaj zmuszony jestem nieco Pana Doktora rozczarować, ponieważ nie będę dzisiaj pisać o kolejnych wyczynach naszych geniuszy od życia publicznego, ani też o sprawach międzynarodowych, ale spróbuję zastanowić się nad pewnym mechanizmem z dziedziny kontaktów międzyludzkich pochodzącym.
Na wstępie przytoczę niezwykle frapujące pytanie. Zastanawiają się mędrcy różnej maści czy otóż ogon może psem poruszać, czy też owo poruszanie wyłącznie zwierzęciu jest przynależne? Nazwanie kogoś psem jest jednak w naszym kręgu kulturowym na tyle pejoratywne, że problem ten opiszę dając za przykład kota, co rozumowaniu mojemu niewątpliwie większej przyda dystynkcji.
Politycy i media. Kto jest w tej konfiguracji kotem, kto ogonem? Starają się sprawujący władzę wszelakie środki przenoszenia informacji w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany swoim interesom podporządkować. Zwłaszcza łakomie na media elektroniczne spoglądają. Oj pomachać zwłaszcza telewizyjnym ogonkiem, pomachać - marzą partyjni liderzy. Zatem ustawy zadziwiające smażą, oraz  posłusznych sobie przedstawicieli w ważnych radach i zarządach umieszczają. Twierdzą przy tym, że wszystko to dla dobra wspólnego czynią. Dziwnie się bywa w tej sytuacji media zachowywać zaczynają.
Chciałbym tutaj podkreślić, że nie jest to głos w obronie jakiejś źle wychowanej dziennikarki, czy też niezbyt mocno wyedukowanego dziennikarza. Proszę nie zapominać o kwestii poruszania.
Czy zatem Polityka jest owym kotem? Wydawałoby się, że tak, a tymczasem okazuje się, że nie do końca. 
Biegną Wybrańcy Narodu do programów rozmaitych, a tam cuda i dziwy. Możliwości są zaiste różne. Naburmuszona Persona bawi sie w przesłuchanie miny marsowe strojąc. Zatroskany losem kraju Mędrzec poucza i naucza, a publika w studiu bije brawo swoim idolom. Bywa też tak, że Szołmeni przy akompaniamencie wycia studyjnej gawiedzi sztuczki rozmaite czynią, kwestie informacji na dalszy plan odsuwając. Poprzez udział w takich zabawach coś się niewątpliwie w postępowaniu polityków zmienia.
Zatem Media kotem? Biorąc pod uwagę, to co napisałem wcześniej - też nie do końca.
A może to dwa kociska wściekłe do gardeł sobie skaczą, a kiedy sił na chwilę zabraknie łasić sie do siebie zaczynają, by zaraz potem walkę podjąć z zapałem?
Myślę, że jest znacznie gorzej. Myślę, że dwa ogony machaniem się ciągłym zajmują. Tylko gdzie jest w takim razie kot?



21.03.2006

Twarz Endrju Leppera (bo tak nazywają go młodzi Internauci - obwieszczającego wczoraj, że gotów jest przyjąć tekę wicepremiera to widok trudny do zapomnienia. Jakaż łagodność połączona z wysublimowanym umiarem biła z każdego słowa. Jakaż godność każdego gestu przywodząca na myśl rzymskich senatorów. Oj widać pracę fachowców od wizerunku publicznego, widać. O pobytach w solarium nie wspomnę, albowiem jeszcze nie daj Boże facet przestanie tam łazić i błazeński wizerunek stanie się niepełny. Chciałoby się wykrzyknąć: - a idźże chamie gnój przerzucać! - ale to byłby pomysł najgłupszy z możliwych. Zastanowić się należy, jak doszło do tego, że nasz narodowy Endrju posłem został wybrany.
Kwestię stanowiska wicemarszałka Sejmu pomijam milczeniem, gdyż winowajcy znani są powszechnie.
Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, iż ludzie głosowali na niego z pełnym przekonaniem. Co Ich zatem do kroku aż tak desperackiego popchnąć mogło? Otóż stwierdzam, że w wielu przypadkach rozpacz i wynikający z niej brak jakiegokolwiek pomysłu na odmienienie swojego losu. Głosowali zatem Ludziska pewni, że oto Wybawiciel Uciśnionych się pojawił, który słowem sprawczym złodziei napiętnuje i nowy, sprawiedliwy ład wprowadzi. Zwłaszcza zaś jednego kutwę z Banku w Stolicy pogoni, który to szatan wcielony na workach pieniędzy siedzi i dać nie chce, chociaż sam na pewno ma aż za dużo. Coś mi to wszytko przypomina.
Był rok 1992. Jesienny dzień tak piękny, że aż kicz przywodzący na myśl niebezpiecznie. Szedłem jedną z głównych ulic w Krośnie, gdzie za bodaj trzy godziny miałem zagrać recital. Nici babiego lata snuły się leniwie w powietrzu wysrebrzone promieniami słońca. Kolorowe liscie wirowały w tańcu, który chciało się bez końca oglądać. Było spokojnie i cicho.
W pewnym momencie stanąłem jak wryty. Na murze stojącej nieopodal kościoła kamienicy ktoś umieścił napis takiej dokładnie treści:
"Tutaj wódka jest Bogiem, a wiara w Boga nałogiem".
Stałem przez ponad kwadrans wpatrując się w dzieło nieznanego mi osobiście Poety. Nie mogłem zapytać o zgodę, ale wiedziałem bardzo dobrze, że myśl krzyczącą z napisu na pewno wykorzystam w kolejnej balladzie.
Następnego dnia wracałem do Krakowa autobusem. W czasie podrózy ułożyłem szkic piosenki, której refren brzmiał:

Tutaj wódka jest Bogiem a wiara nałogiem
Tutaj szatan umiera w mordowni za rogiem
On ze smutku umiera
Bo zrozumiał teraz
To że Pan nigdy nie był mu wrogiem ...

Powstała pieśń o beznadziei i rozpaczy właśnie. Tak wchodziłem w nową, polską rzeczywistość. Zarzucano mi, że przesadzam. Że nasze, wolne rządy wspierać należy ze wszystkich sił, nie zaś krytykować jak niesławnej pamięci Babcię Komunę.
Finał tej opowiastki jest dla mnie zaskakujący. Otóż parę dni temu otrzymałem z Krosna takiego oto maila:

Dzień Dobry!

Jestem młodym mieszkańcem miasta Krosna i Pana wiernym fanem. Prosiłbym o odpowiedź na jedno pytanie. Zawsze szczególnie bliska memu sercu była Pańska pieśń "Tutaj wódka jest Bogiem". Słuchając tego utworu wydaje mi się zawsze, że opowiada ona o moim rodzinnym mieście, a to z kilku powodów. Dawno, dawno temu na jednym z budynków znajdował sie dokładnie taki napis jak pierwszy wers drugiej zwrotki: Tutaj wódka jest Bogiem, a wiara nałogiem. Powstal on końcem lat 70-tych. Po drugie, gdy slyszę: Upadły anioł chodzi ulicami, w tlenionych włosów tłustej aureoli - widzę przed oczami pewnego, niestety już nieżyjącego pana, który byl jedną z największych "osobistości" mego miasta przez lat czterdzieści. Długie siwe włosy, zyjący we własnym swiecie. Prosiłbym o odpowiedź.

Z poważaniem:
Marcin (lat 25)

Zdumienie moje było wielkie, ponieważ rzeczywiście w mojej piosence znajduje się taka zwrotka:

Upadły anioł chodzi ulicami
W tlenionych włosów tłustej aureoli
I głosem miękkim jak ciemny aksamit
Zawodzi piesni o tym co tak boli ...

Dziękuję tą drogą Panu Marcinowi za maila. Kto wie, może Człowiek, którego wymyśliłem w piosence, a który okazał się postacią z krwi i kości w konsekwentnym szaleństwie wypisywał na murach gorzkie zdanie od lat siedemdziesiątych, a może czynili to także inni?
Piękna jest samotność artysty. Na chwilę zapomniałem o burzach na szczytach władzy. Jakoś nie mogę napisać tego słowa z dużej litery.



19.03.2006

Wybory na Białorusi. Wielki test dla Świata, Unii Europejskiej, a zwłaszcza dla Polski. Każdy głos poparcia jest ważny. Kiedyś to my oczekiwaliśmy takich właśnie reakcji. Dyktator powinien czuć swoje osamotnienie. On sam i jego funkcjonariusze nie powinni mieć możliwości wjazdu do krajów demokratycznych. Przed naszymi Sąsiadami trudna droga, ale warto, bardzo warto ją przejść.
Zastanawiam się tylko, czy kiedy otrzymają dar wolności, uda im się nie popełnić błędów, które nam się przytrafiały i przytrafiają nadal. Szczerze wątpię, bo taka jest natura ludzka, więc przeżyją z pewnością kiedyś wiele rozczarowań, a znajdą się i tacy, którzy powtarzać będą, że za Łukaszenki żyło im się lepiej i godniej.



18.03.2006

Dobry Bóg tak skonstruował ten świat, że oto upadają mocarstwa i imperia, w proch obracają się pozornie niezniszczalne systemy, a butni politycy odchodzą w niepamięć, ale pieśni powracają, jak gorzka fala.
Tak właśnie zapowiedziałem "Moją litanię" śpiewając przedwczoraj w ramach Salonu Polityki w Piwnicy pod Baranami, kórego Gościem był Jarosław Kaczyński.
Polemiczną debatę prowadziła red. Janina Pradowska wspólnie z red. Jerzym Baczyńskim.
Sala Kabaretu na długo przed rozpoczęciem dyskusji wypełniona została w większości przez zwolenników PiS i Pana Prezesa w szczególności. Przeciwnicy wyżej wymienionych musieli także w większości zadowolić sie miejscami w tak zwanej Sali Planetarium gdzie zainstalowano ekran i nagłośnienie. Kto późno przychodzi, a raczej kto nie przychodzi odpowiednio wcześnie, ten ... przegrywa wybory, można by powiedzieć złośliwie.
 Punktualnie, zgodnie z programem zaczęła się bezpośrednia transmisja w lokalnej telewizji. Tranmisja się i owszem zaczęła, ale bohater wieczoru gdzieś zniknął, a tu trzeba było punktualnie zaczynać całe przedsięwzięcie ze względu na bezpośrednią transmisję telewizyjną.
Janina (tak pozwalam sobie zwracać się do red. Paradowskiej, którą znam od czasów niezapomnianego programu pt. "Godzina Szczerości") zdecydowała, abym rozpoczął wieczór. Efekt tego był taki, że Widzowie wysłuchali część "Malowniczej wyliczanki" i całe "Pytania o zmierzchu", które zaśpiewałem wspominając Piotra, Janinę Garycką, Wieśka Dymnego i Krzysia Litwina w naszym Jubileuszowym Roku.
Potem przybył Pan Prezes, który kazał się trudnym przeciwnikiem, zagrzewanym do boju przez zwolenników, wśród których prym wiodły dwie Panie w niezwykle fantazyjnych nakryciach głowy. Dodam, że Damy owe nie darzyły przesadną sympatią prof. Leszka Balcerowicza obdarzając Go zaocznie epitetami, kórych tutaj cytować nie będę.
W końcu zaśpiewałem po raz drugi, ale tym razem Widzowie mogli usłyszeć tylko fragment "Mojej litanii". Jarosław Kaczyński zrozumiał jak sądzę przesłanie zapowiedzi i samej pieśni. Jako drugą, już poza anteną zagrałem "Magiczną taflę szkła" wywołując pewne rozbawienie na twarzy Pana Prezesa.
 Nie piszę o samej debacie, ponieważ mimo wysiłków Prowadzących nie padły ze strony Gościa żadne stwierdzenia, kórych wcześniej nie wygłosiłby w Sejmie, bądź na użytek mediów. Ciekwostką jest fakt, że była to pierwsza wizyta Przewodniczącego PiS w Piwnicy.
Dziwnie układa sie czasami życie.



15.03.2006

Piszę dopiero teraz osłupiały wczorajszą sejmową debatą. Nie będę się tutaj zastanawiać, kto miał rację, ani też kto lepiej wypadł przed kamerami, chociaż rzecz jasna mam swoje typy.
Inna sprawa zaprząta moją uwagę i jest ona, jak sądzę ogromnie ważna. Chodzi  mianowicie o coraz wyraźniejsze podziały wśród Polaków, będące swoistym rykoszetem kolejnych wojen prowadzonych przez polityków.
Przyjmijmy na chwilę, że całe to zamieszanie jest jedynie medialną grą, którą (jak to określa niezastąpiony bullterier - Jacek Kurski) "ciemny lud kupi". Oznacza to, że otrzymujemy marnej jakości igrzyska zamiast nudnych i wymagających rzetelnej pracy rozwiązań legislacyjnych. Oznacza to także, iż kiedy kończy się polityczna bijatyka, wtedy harcownicy siadają w całkowitej zgodzie prawiąc sobie nawzajem niewymuszone komplementy.
To niezbyt pociągająca wizja, ale posiadająca także swój wielki plus. Otóż Obywatele RP mają w takiej sytuacji pełne prawo machnąć na to wszystko rękami i nie przenosić temperatury widowiska do swojego otoczenia. Mówiąc po ludzku; - skoro tam się wymałpiają, to my sobie co najwyżej towarzysko pożartujemy, a przy okazji natępnych wyborów także nie będziemy przesadnie poważni. Zatem im większy cyrk Oni nam serwują, tym większy dystans w Naszych głowach.
Jeżeli jednak to wszystko odbywa się na serio, to mamy kłopot znacznie większy. Furia plujących na siebie Sług Narodu przenosi się niżej. Ludzie zaczynają stawać w obronie wykrzyczanych quasi-prawd. Węszą wszędzie obecność przedstawicieli jakiegoś straszliwego, postkomunistycznego układu, albo dla odmiany ciemnogrodu wyciągającego łapska po zdobycze wolności. Pękają więzi, wzmagają się postawy antagonistyczne.
Jeżeli ktoś zechce ocenić, iż przesadzam, to się doprawdy grubo myli. Jedno w tym wszystkim poraża najbardziej. Otóż całe wspomniane przeze mnie towarzystwo usiłuje zatruć nam mózgi pobierając za to wysokie uposażenie z naszych podatków. Przyznam, że z tak zadziwiającym połączniem perwersji i zwykłej bezczelności dawno się nie spotkałem.



14.03.2006

Wczoraj późnym wieczorem wróciliśmy z Gdańska, gdzie w Polskiej Filharmonii Bałtyckiej im. Fryderyka Chopina zagraliśmy dwa bardzo udane koncerty. Oby tak dalej w Jubileuszowym Roku.  Śpiewałem "Moją Litanię" i znowu spotkałem się z reakcją Publiczności podobną do tej sprzed 25 lat. 
Ogromnie ucieszyłem się kiedy za kulisami pojawił się maestro Janusz Olejniczak. Pojawił się dlatego, iż następnego dnia miał zagrać recital. Nasza kabaretowa trupa znalazła się zatem w znakomitym towarzystwie.
Znamy się z Januszem od wielu lat i każde nasze spotkanie mieści w sobie piękną rozmowę  o sztuce, świecie i czasie. Tym, który za nami tym, który właśnie biegnie i tym, który jeszcze przed nami.
Pamiętam lata osiemdziesiąte, kiedy Wielki Pianista grywał koncerty w Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. Było to miejsce gdzie kwitła niezależna sztuka, sztuka wolna. Występy w gościnnych progach u księdza Andrzeja Przekazińskiego były najprawdziwszą "opozycyjną nobilitacją". Nie zabrakło paru koncertów Piwnicy pod Baranami. Ja sam przez lata śpiewałem tam swoje recitale kpiąc sobie z ówczesnych władz i cenzury.
W jakimś niewartym przypomnienia szmatławcu przeczytałem wtedy wyjątkowo zjadliwą "recenzję" na temat pianisty, który właśnie w Muzeum wystąpił.
- Jak myślisz, kogo mieli na myśli? - zapytałem Janusza.
- Ależ mnie! - odpowiedział z uśmiechem.
Komunistyczni rządcy naszego kraju nie mogli wybaczyć Znakomitemu Muzykowi zaangażowania po stronie Podziemnej Solidarności.
Zawsze ujmował mnie spokój Janusza przejawiający się w wygłaszaniu poglądów, które uznawał za słuszne.
W obecnych czasach spotykam się z postawami zaiste zadziwającymi. Oto artyści, którzy w trudnych czasach udawali, że nic złego się nie dzieje, że kontestacyjne pomysły nie są warte funta kłaków, że należy przyjmować najbardziej podejrzane splendory, dzisiaj przybrali maski ortodoksyjnych antykomunistów. Chcą wartościować, lustrować i ścigać. Jeżeli zaś nie chcą czynić tego osobiście, to chętnie udzielają poparcia ugrupowaniom politycznym specjalizującym się w tego rodzaju pomysłach. Myślę, że chcą w sobie coś zagłuszyć, cos dogonić, przeskoczyć. Żałosne to i małe.
Na szczęscie Janusz Olejniczak gra Chopina. Gra przepięknie.




9.03.2006

Wczoraj część Piwnicy udała się do Lubina. Mam nadzieję, że wszystko dobrze poszło i chociaż piszę to szczerze, to jednak przypomina mi się zdarzenie sprzed lat.
Aby jednak sensownie o nim opowiedzieć, muszę cofnąć się do pamiętnego roku 1989. Zwłaszcza maj był wtedy dla mnie niezwykle ekscytujący i pracowity. Trwała kampania wyborcza do Sejmu i Senatu. Prawie codziennie przyjeżdżał po mnie ktoś samochodem. Pakowałem gitarę i jechaliśmy na spotkanie  z wyborcami kandydatów Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego: prof. Romana Ciesielskiego, red. Józefy Henelowej, red. Krzysztofa Kozłowskiego, Mieczysława Gila, Jana Marii Rokity, Edwarda Nowaka, czyli późniejszych posłów i senatorów.
Śpiewałem, zaś Publiczność szczególnie gorąco przyjmowała "Moją Litanię", pieśń zakazaną przez cenzurę od 1983r. Ponadto refren tej ballady nagrałem do telewizji. Przydał się bardzo, jako jeden ze znaków medialnych w materiałach wyborczych kandydatów solidarnościowych.
Mniej więcej dziesięć lat później , nasz Piwniczny Skrzypek zorganizował koncert w Lubinie. Zapewnił transport, ustalił z kontrahentami termin, honoraria i skład mających wystąpić w tamtejszym kościele artystów. Mnie przypadła w udziale korespondecja dotycząca repertuaru i nastroju koncertu, ponieważ przed naszym występem miał wygłosić referat zaproszony z Wrocławia Pan Profesor.
W międzyczasie większość artystów pojechała do Wiednia. Miał to być koncert oparty na twórczości Wiesława Dymnego, ale jak donoszą Ci, którzy tam pojechali, na miejscu okazało się, że mają zagrać program Kabaretu. Dodam, że nie śpiewam tekstów Dymnego. Mam i owszem w repertuarze piosenkę o Nim, ale ortodoksja myślenia naszej Dyrekcji nie dopuszczała tego, abym miał ją w Wiedniu zaśpiewać. Ważne jest, że cały Zespół był goszczony serdecznie przez naszych Rodaków.
Następnym wyjazdem zagranicznym miała być podróż do Sztokholmu, z okazji rocznicy owych wyborów, które otworzyły nam drzwi do wolności. Cieszyłem się ogromnie, że w sali, gdzie wręczane są Nagrody Nobla zaśpiewam "Moją Litanię".
Kiedy w feralną, ale i szczęśliwą sobotę wyjeżdżaliśmy w kameralnym składzie do Lubina, zapytałem, czy Skrzypek, Pieśniarki, albo też Pianista zawiadomili Szefostwo, że nie będzie nas w Kabarecie. Wywołało to wybuch nieskrywanego rozbawienia, jaki to będzie bez nas w Piwnicy bałagan. Szczególnie zdziwiło mnie, że Szanowny Skrzypek nie wywiązał się ze swojego ewidentnego obowiązku.
Artystki zaśpiewały pięknie, a ja prowadziłem koncert i śpiewałem jakbym unosił się w powietrzu.
Po powrocie mój Przyjaciel i Dyrektor - Piotr Ferster poinformował mnie, że decyzją Dyrektora Artystycznego do Szwecji nie jadę, ponieważ ponoszę winę za nieobecność w Piwnicy "lubińskiej ekipy", zaś na sam nic poradzić nie może. Na widowni byli goszczący Piwniczan polscy Wiedeńczycy i zrobił się niezły skandal.
Byłem przekonany, że moje Koleżanki i Koledzy, a zwłaszcza Skrzypek sprawę wyjaśnią i całe zamieszanie skończy się przy barze, zaś jeżeli Dyrekcja się uprze, to całe Towarzystwo w odruchu solidarności zrezygnuje z wyjazdu. Po latach dziwię się swojej naiwności, jednakże wtedy bardzo przeżyłem ich zupełny brak reakcji.
Najciekawsza jest jednak pointa. Pod koniec ubiegłego roku jedna z Pieśniarek tak do mnie rzekła: - Jak mogliśmy zaprotestować? Przecież wtedy nie zabraliby także nas i co by to dało?
Kabaret. Lekka muza. Lustro. Dziwne obrazy w nim się czają.



7.03.2006

Przez kilka lat pisałem razem z Piotrem Dziennik Piwnicy pod Baranami. Kłóciliśmy się fantastycznie i pracowaliśmy jak szaleni. Współpracowali z nami: Janina Garycka, Jerzy Skarżyński, Kazimierz Wiśniak, oraz niestrudzony Sebastian L. Kudas i Inni mniej regularnie, ale równie serdecznie.
Błogosławię ten czas. Wiele się wtedy nauczyłem, a przede wszystkim zrozumiałem, że bałagan może mieć sens i urok. Mam nadzieję, ze moja strona i te notatki będą miały w sobie coś z tamtych kolumn.
Kiedy Piotr umarł prowadziłem piwniczną rubrykę sam, wspierany przez wymienionych wyżej Przyjaciół. Po Krakowie kursowały plotki o moich nieprzywoitych wręcz zarobkach. Przy okazji wyjaśniam, że apanaże pobierałem nader skromne.
Nasz Dyrektor, czyli Piotr Ferster wielokrotnie zarzucał mi, iż piszę o Piwnicy w zbytnich superlatywach, że nie krytykuję, nie drążę, nie prowokuję.
Zapewniam Cię Piotrusiu,  że to się dzięki tym zapiskom zmieni. Już niedługo.



7.03.2006

Osiemdziesiąte urodziny Andrzeja Wajdy. Trudno przecenić dokonania Mistrza. Płonące na knajpianym barze szklaneczki ze spirystusem na zawsze pozostaną dla mnie symbolem żalu za czymś co odeszło tragicznie i bezpowrotnie. Jednocześnie w tych błękitnawych światełkach migocze wspomnienie czegoś co było sensem i było piękne. Filmy. Wzruszenie i mnóstwo pytań krzyżujących się z mądrymi na te pytania odpowiedziami. Groza "Kanału", szaleństwo "Ziemi Obiecanej", wyciszenie i gorycz "Panien z Wilka", prawda "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza". I tyle jeszcze innych.
Pana Andrzeja podobnie jak Krystynę Zachwatowicz (piszę tak ponieważ jesteśmy z Krystyną od dawna na "ty") poznałem rzecz jasna dzięki Piotrowi Skrzyneckiemu i co oczywiste w Piwnicy. Nigdy nie zapytałem o sens sceny śmierci Maćka Chełmickiego na śmietniku, gdyż kwestię tę poruszył krytyk filmowy Andrzej Werner w znakomitej dzięki jej obydwu uczestnikom telewizyjnej debacie.
Jakiś czas później odbyło się niezapomniane przyjęcie u Ruth i Marii Buczyńskich. Zjawiłem się tam w towarzystwie wspomnianego Andrzeja Wernera. Pierwszą osobą poza Paniami Domu, z którą spotkał się Andrzej był jego sławny Imiennik.
 Wszyscy rzecz jasna znali przebieg rozpalonej do białości polemicznej dyskusji, ciekawi więc byli tego co stanie się za chwilę. Stało się tak jak się stać musiało, czyli z wielką klasą.
- Witam mojego najsurowszego krytyka - powiedział Mistrz - witam serdecznie!
Zastanawiam się czego życzyć Panu Andrzejowi. Niewątpliwie zdrowia, gdyż wtedy z pewnością zadziwni nas jeszcze niejednym filmowym pomysłem. Wszystkiego najlepszego! Najszczerzej!



6.03.2006

Dwudziesty wiek odchodził przygarbiony. Napisałem wyjątkowo gorzki tekst pt. "Trochę jesteśmy". Konrad Mastyło napisał do niego muzykę. Niezwykle piękną muzykę. Piosenkę zaśpiewaliśmy z Przyjaciółmi w teatrze im. Słowackiego w urodziny Piotra S. W 2002 roku ukazał się wydany przez Dziennik Polski singiel, gdzie materiał muzyczny został zaaranżowany przez Andrzeja Zaryckiego. Teraz pieśń ta nie jest w Piwnicy śpiewana, a Konrad grywa bardzo rzadko. Ja pozostałem.



5.03.2006

Premier Kazimierz Marcinkiewicz stwierdził, że ptasia grypa to choroba ptaków, nie zaś ludzi. Ponadto poinformował patrząc nieugiętym wzrokiem w kamerę, iż jadł w Toruniu drób i witał się z łabędziami. Prezydencie! Szykuj ordery dla naszego bohatera. Z jednej strony wesoło, ale z drugiej włosy dęba stają.



2.03.2006

Bardzo dziwny dzień. Premiera filmu o Papieżu, który Włosi i Amerykanie mogli juz obejrzeć w telewizji. U nas rzecz jasna trzeba zarobić. Dużo zarobić. Milionowa publiczność w kinach. Frekwencja zapewniona, zaś dopiero później emisja na szklanych ekranach. Jestem całkowicie przekonany, że Jan Paweł II nie byłby zachwycony tego typu komercyjnym podejściem. Oby przynajmniej film był dobry. Oby.
Jest godzina 22.48. W audycji Tomasza Lisa posłowie Jacek Kurski, Tadeusz Cymański (mój ulubieniec) żrą się z redaktorami Piotrem Najsztubem i Jackiem Żakowskim.
Dwóch pierwszych nie potrafię określić inaczej niż jako tandem chama z głupawym wesołkiem. Najgorsze jest to, że te obdarzone przez wyborców władzą  indywidua sprawiają wrażenie święcie przekonanych o swojej racji. Przeraża mnie możliwość ponownego wybrania podobnych im polityków w skład następnego parlamentu. Byłaby to niezwykle przygnębiająca diagnoza społeczeństwa.  Dziennikarze dziwnie nieskuteczni w tej pyskówce.
W Instytucie Pamięci Narodowej odkryto worki pełne tajemniczych dokumentów. Na szczęście nie były to worki wypełnione kotami, bo zbyt lubię koty, aby tolerować takie barbarzyństwo.
Zacząłem pisać nową piosenkę. Ma tytuł "Modlitwa na trudne czasy". No właśnie.



27.02.2006

Ludzie nie są z reguły skłonni przeciwstawiać się złu, z powodu jego sprzeczności z zasadami, ale chętnie powołują się na zasady, kiedy owo zło dotyka ich osobiście.



26.02.2006

Bal samorządowy. Znowu Wawel, znowu miłe zaproszenie przez Kazimierza Barczyka - Przewodniczącego Stowarzyszenia Gmin i Powiatów Małopolski. Na balu wręczono nagrody Małopolanina Roku i Człowieka Roku. Dwa pierwsze trafione znakomicie. Profesor Franciszek Ziejka, były rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego i Adam Bujak znakomity fotografik. Z następnymi tytułami znacznie gorzej. Otrzymali je Jarosław Kaczyński i Donald Tusk. Zwłaszcza ten pierwszy po swoich ostatnich wyczynach nie zasługuje na zaszczyty, bo te, na których będzie mu zależało przyzna sobie sam, albo przyzna mu je brat - prezydent. Natomiast drugi laureat jest coraz bardziej zagubiony. Jego publiczna działalność to chaotyczna szarpanina. Szkoda.
Przed rozpoczęciem zabawy komediowa sytuacja. Przy ceremonialnym stole laureatów opowiedziałem historyjkę o wiceministrze z PiS, który najpierw chciał budować kutry z opłat za parkingi, potem podkradł plan działania rządowi Marka Belki, wreszcie przyłapany na tym w czasie obrad komisji sejmowej stwierdził, że musi się w tej sprawie skunsultować ... wewnętrznie. Towarzystwo śmiało się serdecznie oprócz jednego dżentelmena, który okazał się posłem PiS, przedstawicielem J. Kaczyńskiego.
Około północy wspólnie z Kazimierzem prowadziliśmy aukcję na rzecz dzieci ze Wschodu. Dowcipem i erudycją wspierał nas Jego Magnificencja. Daję słowo honoru, że mógłby z wielkim powodzeniem prowadzić w Piwnicy Kabarety, a to jeden z większych komplementów na jakie mnie stać.
Czułą rozmowę z Adamem Bujakiem o jego pracy w pobliżu Papieża zapamiętam długo.
Nie mogłem co zrozumiałe zagrać w Piwnicy, ale warto było, bo wylicytowana kwota znacznie przekroczyła 20 tysiecy złotych. Warto było.
Tym bardziej było warto, że Halina budziła powszechny zachwyt kreacją, urodą i urokiem rozmowy. Halina to moją żona. O Niej napisałem jedną z najpiękniejszych swoich ballad. O świetlistych oczach Żony.



24.02.2006

Jakiś czas temu kupiłem czajnik z gwizdkiem. Mnóstwo ludzi posiada takie czajniki. Szybko okazało się niestety, że bestia nie gwiżdże. Dźwięki wydawała z siebie chrapliwe i na dodatek słabo słyszalne. W supermarkecie gdzie zaniosłem feralny gwizdek, przemiła Pani poprosiła o paragon, ale widząc na mojej twarzy całkowitą w tej kwestii bezradność machnęła z uśmiechem ręką na procedury i wręczyła mi nowy gwizdek.
Radość moja nie trwała przesadnie długo ponieważ piszczałka ta zamilkła równie szybko jak jej poprzedniczka. Zbliżał się Nowy Rok postanowiłem zatem, że czajnik wyniosę na śmietnik, gdyż podobno pozbywanie się w tym czasie starych naczyń przynosi szczęście. Jak postanowiłem, tak uczyniłem.
W kuchni rozgościł się niebawem nowy czajnik i poświstywał, aż miło było słuchać. Miło, nie znaczy jednak długo, ponieważ nie dość, że podstępne urządzenie również zamilkło na amen, to na dodatek pod wpływem gorąca umieszczona na końcu gwizdka kulka miękła jak wosk spajający skrzydła Ikara.
Gniew okrutny wezbrał w mym gołębim sercu. Pobiegłem do sklepu, gdzie kupić można różne dodatki do mebli i tam nabyłem drewnianą kulkę piękną niezwykle. Z mściwą satysfakcją usunąłem plastikowe badziewie i zacząłem całość pracowicie skręcać, odkrycie przy okazji niezwykłe czyniąc.
Okazało się bowiem, że im mocniej elementy śrubką dociskam, tym dźwięk gwizdka bliższy moim oczekiwaniom się staje.
Zagotowałem wodę na herbatę pławiąc się w pochwałach Małżonki i wtedy pytanie straszliwe przez mózg przebiegło: czyżby nasi Ukochani Przywódcy różnej maści politycznej także trudnili się w wolnych chwilach naprawianiem czajnikowych gwizdków?



24.02.2006

Premier Kazimierz Marcinkiewicz powiedział dzisiaj w telewizji, że większość Polaków poparła w wyborach program Prawa i Sprawiedliwości. Niby wszystko się zgadza, a jednak szef rządu ewidentnie mija się z prawdą, ponieważ program PiS poparła w rzeczywistości większość głosujących, co doprawdy nie na jedno wychodzi. 
Ponure wrażenie sprawiają obecne debaty. Dominuje napięcie, histeria, inwektywy i nachalnie forsowane przekonanie o własnej racji. Tymczasem wypadkowa politycznych pomysłów Wielkich Rywali byłaby moim zdaniem wcale sensownym sposobem na naprawę Rzeczpospolitej.
Zamiast tego mamy napaść na prof. Andrzeja Zolla. Okazuje się, że można mówić cokolwiek, byle z sejmowej mównicy, byle do kamer, zwłaszcza do kamer.
SLD uparcie przybiera pozy jedynie sprawiedliwych, co sprawia wrażenie najdelikatniej mówiąc żałosne. W "Polityce" Stomma i Groński piszą co tydzień kolejną wersję lamentu nad utraconą przez lewicę władzą. Zaklinają deszcz, który i tak pada sobie w sposób całkowicie przewidywalny. We Wrocławiu jakiś czas temu działacze Sojuszu rozdawali oporniki, symbol opozycji stanu wojennego. Ciekawe, co się mogło wydarzyć, że wymienieni wyżej felietoniści nie wykpili tego pomysłu.  
Potworna tragedia w Moskwie, tak bardzo bliska tej w Katowicach. Trzeba pochylić głowę, pomilczeć przez chwilę, przynajmniej przez chwilę.



19.02.2006

Zaczynam pisanie bloga. Zastanawiam się nad granicami szczerości, których w tym miejscu będę dotykał.
Fascynuje mnie fakt, iż gdzieś tam, w klimatyzowanym pomieszczeniu stoi skrzynia. Jej eletroniczne wnętrzności zawierają słowa, które napisałem. Można dotrzeć do nich z niewyobrażalnie odległych punktów na Ziemi. "Jest tu brama w skale i są czary w bramie. Ku swej własnej chwale otwórz się Sezamie" - napisał, o ile dobrze pamiętam Bolesław Leśmian. Jego baśnie mają w sobie niepokojącą mroczność. Bardzo wiele uczynić można ku swej własnej chwale.
"Powtarzam, nie będzie w Polsce dyktatury i tylko ktoś bardzo głupi może wierzyć w tego rodzaju zagrożenie. Nie będzie autorytaryzmu, bo też tylko bardzo głupi ludzie mogą w to uwierzyć.  Natomiast będzie w Polsce porządek". Te słowa wygłosił w Sejmie 17 lutego Jarosław Kaczyński.
Parę godzin temu wykonałem w Piwnicy "Moją Litanię". Po kilku zaśpiewanych przeze mnie słowach Publiczność zaczęła bić brawo. Nie chodzi o to, że powrócił tamten czas, czas sprzed 25 lat. Wierzę natomiast, że poeta ma prawo i obowiązek "być bardzo głupim" na przekór kolejnym władcom. Moją bronią są moje wątpliwości. Daj mi Panie, abym ich nigdy nie zagubił.



Copyright © 2017 Leszek Wójtowicz. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie strony Website