Leszek Wójtowicz - strona główna
StartWydarzeniaBiografiaMP3GaleriaTeksty piosenekMediaBlogKsięga gościLinkiKontakt
 Media - artykuły, wywiady, recenzje
28.08.2006
Lenin i sen żony - Dziennik Polski - 19.08.06


Na zdjęciu mniej więcej trzyletni brzdąc obok stadka baranów; pod spodem dopisek - Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie. Taką fotografię odnajdziemy na stronie internetowej krakowskiego barda www.wojtowicz.net.pl … Wyłącznie żart, czy przeczucie? - Ono pojawiło się znacznie później. Byłem w liceum, gdy w telewizji zobaczyłem jakąś migawkę z Piwnicy; jak przez mgłę pamiętam bodaj Jana Kantego Pawluśkiewicza, a na pewno twarz Piotra Skrzyneckiego, i myśl, że ten dziwny świat może mógłby być moim. Może nawet przez sekundę byłem wręcz pewien, że kiedyś będę tam śpiewał. A potem o tym zapomniałem i nadal zajmowałem się big beatem - wspomina Leszek Wójtowicz.
Ale nie beztroska muza była mu pisana. W maju tego roku odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski - za wybitne zasługi w działalności na rzecz przemian demokratycznych w Polsce. Czyli, za co? - pytam. - Za dwie kasety wydane w drugim obiegu, na których większość utworów była poza cenzurą, bo albo zostały przez nią zdjęte, albo w ogóle ich jej nie zanosiłem. I za wielką ilość drugoobiegowych recitali - w kościołach, w domach parafialnych, w klubach studenckich, w Stoczni Gdańskiej w czasie strajku 31 sierpnia 1988r,  - wylicza bard.
Słowem - za twórczość. Był pierwszym piwnicznym artystą, który tak konsekwentnie komentował realia polityczne. Acz zawsze językiem poetyckim, aluzyjnym, nigdy wprost. Nawet "Pielgrzymka", opisująca wizytę w Mauzoleum Lenina, miała formę zawoalowaną, żartobliwą z lekką, ot w puencie, z butelki wyłaził diabeł, co miał rudawą bródkę. Ta piosenka była zresztą jedyną, jakiej nie dopuszczono do wykonania w sierpniu 1981 roku podczas festiwalu "Zakazane Piosenki". - Jedyna zakazana na festiwalu zakazanych - śmieje się Wójtowicz. - "To tak, jakby w kabaretach moskiewskich naśmiewano się z Matki Boskiej Częstochowskiej" - tłumaczyła mi pani cenzor. A w "Biuletynie" I Przeglądu Piosenki Prawdziwej odnotowano: Mamy przyjemność oznajmić, że dzięki koledze Leszkowi Wójtowiczowi z Krakowa honor Festiwalu został uratowany. Otóż kol. Wójtowicz padł ofiarą represji ze strony organizatorów imprezy, mianowicie zakazano mu wykonać jedną z przygotowanych piosenek.
Zanim jednak Leszek Wójtowicz zaczął tworzyć takie piosenki, minęło parę lat, w czasie, których, opuściwszy Nowy Sącz i zjechawszy na studia prawnicze w UJ, śpiewał, co wówczas początkach lat 70. było w modzie, poezję śpiewaną. Dwukrotnie nawet startował w Studenckim Festiwalu Piosenki…
Do kabaretu trafił dzięki zaprzyjaźnionemu z Piwnicą prof. Franciszkowi Studnickiemu, u którego zdawał prawo cywilne. - Gdzieś mnie usłyszał śpiewającego i zasugerował, bym udał się do kawiarni Kolorowa, gdzie przesiadywali piwniczanie. W efekcie pewnej soboty w początkach 1975 roku, zapowiedziany jako młody poeta, (co nie było prawdą), zaśpiewał przed piwnicznym programem. Później jeszcze kilka razy, aż doszło do nobilitującego wieczoru, kiedy Piotr Skrzynecki zapowiedział Leszka Wójtowicza podając jego imię i nazwisko… - Ale i wtedy wydawało mi się niemożliwe, bym miał w Piwnicy zaistnieć na poważnie.
I tak przez parę lat, z roczną przerwą na służbę wojskową, występował do wiosny 1980. - Śpiewałem już w trakcie programu, świetnie się w kabarecie czułem, acz dopiero później dowiedziałem się, że do pełnego wtajemniczenia brakowało mi jednego - udziału w podziale pieniędzy. Dopiero te symboliczne kwoty sprawiają, że jest się pełni piwnicznym artystą - przywołuje swe początki w legendarnym kabarecie Wójtowicz.
W maju 1980 roku postanowił dać pożegnalny występ; miał już załatwioną aplikację radcowską, postanowił zająć się prawem na poważnie. Tyle że latem, na zaproszenie Związku Młodzieży Wiejskiej, w gronie innych artystów, wyjechał na olimpiadę do Moskwy. - Gdybym  nie zobaczył imperium cara Leonida w całej potędze, to prawdopodobnie, bym został radcą prawnym… - mówi nie specjalnie żartując. Tak, to wizyta w stolicy sowieckiego imperium stworzyła barda Wójtowicza… - Szok zaznany w Moskwie sprawił, że zacząłem pisać. A zobaczyłem rzeczy niezwykłe, np. kolumny ciężarówek z wojskiem, które otaczało stadion olimpijski na Łużnikach. Pamiętam też występy w tzw. klubie polskim; o ustalonej godzinie milicjant otwierał klub, wchodzili Polacy, po czym po występie pod nadzorem tegoż milicjanta wszyscy salę opuszczali.
Z Moskwy przywiózł pomysł na tekst "Olimpiady 80". Którejś wrześniowej soboty wybrał się do Piwnicy. - "Tango jesienne" Brunona Jasieńskiego z moją muzyką zostało, owszem, miło przyjęte, ale dopiero po "Olimpiadzie" publiczność zwariowała - wspomina ów wieczór piwniczny bard, po czym dodaje: - Jakże myliłem się cztery miesiące przed powstaniem Solidarności, gdy namawiany przez żonę "pisz o polityce", argumentowałem, po co, tu i tak się nic nie zmieni… Jedyny raz tak mnie zawiodła intuicja; pocieszam się, że nie mnie jednego.
Po powrocie pisał coraz więcej. - Którejś nocy, bo tylko nocami piszę, kiedy biedziłem się nad "Moją litanią", bojąc się by nie zepsuć żadnego słowa, bo wiedziałem, że konstruuję jeden z najważniejszych tekstów w życiu, obudziła się żona ze słowami: "Leszek, śnił mi się Lenin, napisz coś o tym". I zostawiłem "Litanię", a rano opisująca wizytę w mauzoleum "Pielgrzymka" była gotowa.
Pod koniec roku miał już materiał na autorski recital - "Niepewna pora". Pamięta, jak Piotr Skrzynecki powiedział: "Jest kłopot, trzy piosenki ci cenzura wycięła…", chodziło o "Pielgrzymkę", "Olimpiadę" i "Jeźdźców Apokalipsy", opowieść o szarży armatek wodnych na protestujących ludzi. - To co…? - zapytałem. Na co Piotr Ferster: "Jak to co, śpiewaj, co chcesz". I tak się zaczęła moja prawdziwa przygoda z Piwnicą.
W styczniu kabaret z niesamowitym powodzeniem występował w warszawskiej w Stodole. - Cieszyłem się ogromnie z gorącego przyjęcia moich ballad, jednak to co działo się na widowni po każdym wykonaniu "Mojej litanii" przeszło moje najśmielsze oczekiwania i marzenia. Byłem szczęśliwy, po prostu szczęśliwy.
Wójtowicz ponadto dał w sali obok trzy recitale; w tym czasie był już popularny, jego piosenki już krążyły. Najpierw kilka z nich nagrał dla Radia Kraków ówczesny redaktor Marek Pacuła, potem niektóre zamieścił w swej gazecie, w rubryce "Spisane z taśmy magnetofonowej", Maciej Szumowski. Andrzej Jaroszewski zaprosił z kolei barda do Warszawy, by dokonał nagrań dla Programu 1 Polskiego Radia.
A potem Piwnica została zaproszona do kabaretonu na festiwalu opolskim, a Wójtowicz zgłosił się do konkursu. Długowłosy, z wielką brodą wykonał "Moją litanię", otrzymując III nagrodę główną. - To mnie utwierdziło w przekonaniu, że na pewno nie wrócę do zawodu prawnika, a będę chciał żyć ze śpiewania i pisania piosenek. Wtedy już zresztą nie pracowałem w Towarzystwie Ubezpieczeniowym Warta, a w Estradzie Krakowskiej, gdzie dał mi etat związany z Piwnicą Michał Ronikier.
A propos brody; Wójtowicz, co w kręgu piwniczan powszechnie wiadomo, uwielbia opowiadać złośliwe, prześmiewcze anegdoty o wszystkich, także o sobie. Oto jedna z nich: W stanie wojennym Piotr mnie kiedyś zagadnął, żebym obciął brodę, bo w tzw. świetle kontrowym bardzo źle wygląda, pobiegłem więc do fryzjera, by wróciwszy usłyszeć od Piotra: "Patrzcie, co on z sobą zrobił, jak on śmiesznie wygląda…".
Stan wojenny; kabaret nie mógł grać, ale recitale w jego piwnicy były możliwe. A i cenzura była łagodniejsza, niż w latach kolejnych. Leszek Wójtowicz pamięta rozmowę z cenzorem: "Proszę pana, tak długo, jak długo co trzynastego ludzie będą tłuc się na ulicach z milicją, wy, artyści, będziecie mieć względną wolność, ale jak się w tym kraju trochę uspokoi, weźmiemy się i za was...". Nie kłamał. - W 1983 roku koncert "Wystawa psów nierasowych", przygotowany w ramach Studenckiego Festiwalu Piosenki przez Zbyszka Książka, był ostatnim, kiedy mogłem legalnie wykonać "Moją litanię". Przestałem się więc przejmować zakazami…
Tytuł "Moja litania" nosiła też kaseta nagrana w 1983 roku dla oficyny NOWA; powstała w dwie noce w ówczesnym mieszkaniu Wójtowiczów na al. Słowackiego; z kłopotami technicznymi, o których długo by opowiadać. Pięć lat później ukazała się druga - "Mówią mi, że tam w Moskwie" - dla CDN. - Nagrana została przez Jacka Szymańskiego w pięć godzin w studio warszawskiej Akademii Muzycznej; oficjalnie nazywało się to ćwiczenia z realizacji dźwięku. Obie kasety wydał potem paryski "Kontakt".
Leszek Wójtowicz przywołuje chwile, gdy piosenkę zaczynającą się od słów "Mówią mi, że tam w Moskwie", poświęconą Wysockiemu, wykonał w 1990 roku w dalekim Magnitogorsku. Na sali - polscy budowniczowie, ale i Rosjanie. - Skończyłem śpiewać, chciałem zapowiedzieć kolejny utwór, a tu wstał mężczyzna, nieco tylko młodszy od mojego ojca, mówiąc ze łzami w oczach "Spasiba wam gaspadin". Dla czegoś takiego warto żyć. Podobnie jak dla chwil, jakie dane było mi przeżywać podczas drugoobiegowych recitali, gdy podchodził ktoś mówiąc: "Niech pana Bóg błogosławi". Teraz brzmi to może czułostkowo i nawet kombatancko, ale wtedy słowa te miały zupełnie inny wymiar…
Nigdy natomiast nie wydał Wójtowicz płyty oficjalnie. Owszem, nagrał u zarania III RP materiał w Polskich Nagraniach, ale te nigdy go nie wydały. Są dostępne w dwóch zbiorach jego teksty, ale płyty nie ma. - Może wkrótce coś się zmieni… - mówi enigmatycznie artysta.
Gdy zmarł Piotr Skrzynecki, Wójtowicz ortodoksyjnie głosił, że kabaret musi trwać. - Najważniejsze było to, że nas, co myśleli podobnie, wspierała jednoznacznie Janina Garycka. A Ją i Jej opinie zawsze darzyłem największym szacunkiem - mówi teraz.
I dlatego, gdy Janina Garycka w parę miesięcy po odejściu Piotra S. podążyła za nim, z tak wielką pieczołowitością i czułością postanowił ocalić pamięć o Niej i Jej, a i Piotra przecież, legendarnym mieszkaniu przy placu na Groblach. I tak, dzięki pięknym zdjęciom Zbigniewa Łagockiego i jego asystentki Marii Pyrlik powstał niezwykły album o Janinie Garyckiej. - To jedna z najważniejszych osób, jakie spotkałam w życiu, to osoba, która naprawdę wypowiadała swoją prawdę jasno i spokojnie, jak śpiewamy w "Dezyderacie", pełna ciepła, wielkiej wiedzy, niewyobrażalnej wrażliwości - mówi Wójtowicz, dodając, że piosenka "Dla Janiny" to jedna z najlepszych, jakie stworzył.
Oczywiście w gronie Mistrzów i Autorytetów są i Piotr S., i Zygmunt Konieczny (- Nauczył mnie pokory w stosunku do tekstu, aby zbyt gęstego nie zagadać dźwiękami), i Wojciech Młynarski (- Z nim odbywałem długie rozmowy o puencie i aluzji, że nie wolno walić wprost…). I jeszcze Georges Brassens. (- Jeśli w moich tekstach pojawia się czasami chropawy, ironiczny dystans do rzeczywistości, to jest to coś, czego nauczyłem się od niego, acz ogromnie żałuję, że nie znam, jak moja żona, francuskiego).
I jest wreszcie, na prawach osobnych i wyjątkowych, żona, Halina. - Jest najbardziej wnikliwym i najsurowszym krytykiem tego, co piszę. Bardzo wiele rzeczy bym nie zrobił, gdyby nie Halina… - wyznaje artysta.
Resztę zawarł w pięknej piosence "O świetlistych oczach Żony".
Sytuacja po 1989 roku właściwie niewiele zmieniła w życiu pieśniarza. Nadal śpiewa "…o sprawach, które wszyscy znamy"; jedynie rozszerzył pole obserwacji, czego sygnałem tytuł recitali - "Spójrz na mnie Europo". Czego nie ujmie we frazach wierszy, zapisuje w prowadzonym od tego roku blogu.
I tak już 26 lat komentuje rzeczywistość. - Nie, nie mam żalu - wyprzedza pytanie - że wciąż mam o czym pisać, ani nie odczuwam dyskomfortu, że wiele z tych pieśni wciąż jest aktualnych; wiem, że ten kraj jeszcze niejeden numer mi wytnie. A ja - cóż, jeszcze niejedną pieśń mu poświęcę.
Na początku jest zawsze samotność. Piękna samotność - zapisał Leszek Wójtowicz we wstępie do tomu "Moja litania". - Potem w samotności tej pojawiają się słowa, pomiędzy którymi błądzić zaczyna muzyka. Tak powstaje piosenka.
I to najpewniej też się nie zmieni…

Autor: Wacław Krupiński
Źródło: Dziennik Polski

Copyright © 2018 Leszek Wójtowicz. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wykonanie strony Website